Od razu mówię, że ten tekst nie jest dla obrońców praw zwierząt.
Od jakiegoś czasu moja mała Puśka jakoś tak mizernie wygląda. Je za dwóch, a chudziutka jest jak szkapa. Może gdyby nie była kastrowana(sterylizowana?) to jeszcze bym to jakoś umiała sobie wytłumaczyć. A tak bez tych swoich narządów rozrodczych i tak nie jest grubaskiem. Nie jest głodzona. Może z powodu upałów nie dostaje popołudniu papu, ale za to nadrabia wszystko z nawiązką wieczorem. Co prawda ktoś kiedyś powiedział, że zwierzęta upodabniają się do swoich właścicieli, no ale bez przesady. Jedyne co mi przychodziło do głowy to robaki. Co prawda ani w kuwecie, ani w wymiocinach nie znalazłam niczego niepokojącego, ale i tak postanowiłam wybrać się z kotką do weterynarza.
No tak, ale przecież trzeba tam zwierzę przetransportować. Najlepiej by było w takim specjalnym transporterze to zrobić, wiadomo, ale na jego zakup nigdy nie ma ani czasu, ani środków, ani miejsca na jego trzymanie. Zresztą już dawno temu wykalkulowałam, że używałabym go zaledwie dwa, trzy razy do roku, bo tyle średnio kot odwiedza lekarza(odrobaczenie + szczepienie + jakaś zupełnie niezaplanowana wizyta). Mogłabym kotkę przenieść w rękach, wszak to taka drobinka, ale po drodze mogłoby jej wszystko wyjść wszystkimi możliwymi otworami(nie wiem jak to się dzieje, ale zawsze jak coś chcę delikatnie przenieść, to ściskam to niesamowicie mocno - ot taki paradoks wiążący się nie wiem czy bardziej z atetozą czy ze spastycznością), ewentualnie ze strachu przed nieznanym światem dała by nogę i tyle bym ją widziała.
Dlatego zawsze nosiłam ją w starym, zużytym już plecaku. Wkładałam ją do największej przegrody, zasuwałam w niej i w drogą. No, ale teraz Puśka jest o cztery lata mądrzejsza i cwańsza i chyba podejrzewa już co się święci. Jak zobaczyła, że otwieram plecak to prysła w najciemniejszy kąt mieszkania(czyli pod rurę odprowadzającą wodę z muszli klozetowej) w nadziei, że jej nie znajdę. Aha, jej niedoczekanie. Najpierw zaczęłam kiciać i ciciać naiwnie myśląc, że Pusia podejdzie po dobroci. Nic z tego. W końcu złapałam ją za futro i wyciągnęłam z kryjówki wkładając do plecaka. Ledwie ją puściłam aby zapiąć go - znowu mi czmychnęła. Gdyby mogła otworzyłaby szafę i w niej się ukryła, albo chociaż wlazła za łóżko. Ale jedno i drugie było zabezpieczone tak, że nie dała radę. Po chwili znowu złapałam moje chuchro, aż kłaczki latały w powietrzu, i nie zważając na protesty(z nerwów aż na mnie syczała), znowu wpakowałam ją do plecaka zasuwając zamek przed jej ciekawskim pyszczkiem. Zarzuciłam plecak na plecy i wystartowałam niczym z bloku startowego do weterynarza.
Po drodze kot darł się wniebogłosy, wszak musiał zademonstrować swoje niezadowolenie, a za razem swoją obecność. W dodatku szalał tak bardzo, że obawiałam się, że otworzy przegrodę i naprawdę czmychnie sobie w nieznane. Świat jest przecież taki ciekawy... Nie muszę chyba mówić, że przechodnie oglądali się za nami, bo coś im miauczało wniebogłosy a tego czegoś nie było nigdzie widać...
Wreszcie dotarłam pod klinikę, w której Pusiasta jest zarejestrowana i spokojnie wytłumaczyłam pani w rejestracji z czym przychodzę. Kot oczywiście w dalszym ciągu się wściekał, bo jakżeby inaczej? Rejestratorka kazała mi usiąść na krześle i chwile poczekać, a sama poszła zapytać się wetki czy nas przyjmie. Postanowiłam nie męczyć niepotrzebnie futrzaka i otworzyłam plecak z którego wyłoniła się łepetynka. Wszyscy naokoło zaczęli się nim zachwycać... Tia, może i jest śliczna, ale zmierzła jak nie wiem co.
Pani weterynarz przyjęła nas od ręki. Obejrzała, zważyła(2.700 kilo żywej wagi, nawet ja tyle nie ważyłam po porodzie), uspokoiła mnie, że kotka jest drobna i mała, i że nigdy nie będzie grubiutka i nie wiadomo jak ciężka. Dała jej połowę tabletki, wcześniej tocząc z kocim terrorystą niemalże krwawy bój na śmierć i życie. Drugą połowę ma dostać za 2 miesiące, chyba że robaki zaczną z niej wychodzić. Już widzę dantejskie sceny, jakie się będą wtedy działy... W każdym razie po tej połówce Puśka była w takim szoku, że bez słowa sprzeciwu dała się zapakować z powrotem do plecaka i grzecznie siedziała w nim aż do powrotu do domu. Gdyby nie ciężar plecaka to pomyślałabym, że nic w nim nie mam.
Kot na razie wielce na mnie obrażony. No nic, kiedyś jej przejdzie. Przynajmniej mam taką nadzieję. Bo ile można się dąsać, prawda?
Przepięknie to opisałaś Karolinko.:-)
OdpowiedzUsuńA kocinka z pewnością zapomni i nadal będzie Cię kochać.
Już zapomniała. Na szczęście
UsuńNo cóż, normalka. Ale lepiej naciułaj na transporter. Wraz z latami życia, koty jednak częściej odwiedzają weterynarzy. I dla ciebie będzie wygodniej i dla niej jednak ciut bardziej komfortowo. W plecaku i ja bym się darła ;-)
OdpowiedzUsuńJa chyba też byłabym cała zestresowana w plecaku. Na szczęście szybko wszystko wróciło do normy i kot jest wesolutki jak szczygiełek
UsuńPrzenoszenie kota w czymkolwiek innym niz transporter moze sie zle skonczyc, koty sa sprytne i gibkie, moze Ci zwiac. Sa takie miekkie transportery, nosi sie je jak torbe na ramieniu, sa wygodniejsze dla tych, co bez samochodu.
OdpowiedzUsuńSpokojnie, pilnowałam aby nie otwarła sobie plecaka i z niego nie czmychnęła. Ale może daleko by nie pobiegła
UsuńTakie realia życia doczesnego, że nie zawsze ma się to co przyczyniłoby się do wygody w nagłych przypadkach. Tylko pozazdrości opieki nad zwierzętami i zyczyć aby dalej rzadko chorowały i bywały u lekarza. Ja mam plastikowy koszyk z dziurkami, otwierany od góry, zajrzyj do zakładki opowiadania (jakoś tak) i tam jest na zdjęciu, bo oprócz transportera i na ten czas jeszcze obwiązuję go tasiemką, to jest niciakiem.
OdpowiedzUsuńbuziaki kochana :D
Zaczynam myśleć nad jakimś transporterem :). Na szczęście Puśka nie choruje, więc do wetka chodzimy sporadycznie
UsuńNie mam kota, więc głosu nie zabieram:-)
OdpowiedzUsuń:)
Usuńdzielna dziewczyna jesteś, wyobraziłam sobie jak niesiesz drący się plecak:))
OdpowiedzUsuńlatem koty jedzą niewiele ale za to gdy tylko poczują jesień to zaczyna się obżeranie do upadłego
O tak, zawsze się śmieję, że koty są jak niedźwiedzie - muszą sobie zbudować sadełko na zimę :)
Usuńnie mam kota, to nie powiem jak powinno się go transportować:)
OdpowiedzUsuńNajlepiej na rękach - wtedy czuje bliskość właściciela
UsuńTak to już jest, że jeśli chodzi o wizyty u weterynarza, zwierzęta nie chcą współpracować ;).
OdpowiedzUsuńOj tak, i za nic nie dają się przekonać, że to wszystko robi się dla ich dobra
UsuńWrzeszczący plecak to jak atrakcja w upalny dzień, że też nie zatrzymali Cię za porwanie:-)
OdpowiedzUsuńHa, ha, ha, uprowadzenie własnego kota - tego chyba jeszcze nie było :)
UsuńNo to się uśmiałam! Chciałabym tę scenę zobaczyć, jak kotka czmycha, a Ty ją gonisz o odnajdujesz w najczarniejszym kącie! Hi, hi, hi :) Moja kotka też nie jest za gruba ani za puszysta. Najgrubsza była, kiedy była w ciąży! A kiedy nie jest w ciąży jest chudziutka - a ma ciągły dostęp do jedzenia. Nawet wychodzi na dwór i tam potrafi sobie czasem upolować mysz czy ryjówkę ;)
OdpowiedzUsuńMyślę, że filmik z tego wydarzenia mógłby z powodzeniem trafić do programu "Śmiechu warte"
Usuń😂😂😂
OdpowiedzUsuńNo tak, weterynarz. Mój pies też coś nie przepada, dziwne 😉
Może zwierzęta mają jakiś szósty zmysł?
UsuńKarolinka, też miałam kiedyś kota i jako największe wyzwanie zapamiętałam podawanie mu tabletki do pyszczka - konieczny był udział dwóch osób i skórzane rękawice dla ochrony:)
OdpowiedzUsuńBuziaczki dla Ciebie i Pusi.
U mnie podczas podawania tabletki do pyszczka też jest "awantura", na szczęście obywa się bez rękoczynów i rozlewu krwi :)
UsuńJa miałam łatwiej bo piesek na smyczy nie wiedział gdzie idzie dopiero jak był już w przychodni to się trochę bal
OdpowiedzUsuńMam wrażenie, że Puśka była wkurzona właśnie dlatego, że nie wiedziała, gdzie jest transportowana :)
Usuń