Życie jest cholernie trudnym zadaniem. Zwłaszcza przebywanie w jakiejś społeczności ludzkiej. Każdy z nas jest inny, każdy ma inne cechy charakteru i poglądy. Gdyby każdy z nas chciał nieustannie stawiać na swoim, do niczego byśmy nie doszli. Dlatego tak ważne dla relacji międzyludzkich jest pójście na pewne kompromisy, czy też ustępstwa.
Mój stosunek do "świąt" typu Walentynki jest w środowisku powszechnie znany - nie potępiam nikogo, kto je świętuje, sama jednak mam neutralny do nich stosunek. Niech będą, skoro mają być, ja się jednak w nie nie bawię. Zresztą codziennie staram się świętować miłość względem drugiego człowieka. Oczywiście to nie jest tak, że rzucam się każdemu napotkanemu przechodniowi na szyję, ale chociażby poprzez życzliwy stosunek względem innych i uśmiech na twarzy. A uwierzcie mi, jest to trudne kiedy druga osoba zalezie za skórę... Zresztą chyba każdy z nas był w takiej sytuacji.
Dzisiaj jednak musiałam trochę zmienić "reguły życiowe". Podczas zajęć w ŚDSie były warsztaty walentynkowe prowadzone przez panią z pobliskiej biblioteki. To było w sumie do przewidzenia. Więc specjalnie mnie to nie zdziwiło. W normalnych okolicznościach stałabym z boku i obserwowała pracę innych. Dzisiaj było jednak jedno "ale" - niewidomy uczestnik ŚDSu, który koniecznie chciał zrobić laurkę dla swojej... mamy. Nie wiem dlaczego, ale ruszyło mnie to. W dodatku jedna z terapeutek poprosiła mnie, abym usiadła obok A.(którego znam jeszcze z czasów przedszkolnych) i mu pomogła. Jasne, mogłam odmówić powołując się na swój światopogląd, ale czy o to chodzi?
Usiadłam więc obok A. i słuchając jego wskazówek, wykonywałam laurkę. Nota bene przypomniało mi się, jak jakieś 25 lat temu odrabiałam za niego zadania z katechezy. To jeszcze były czasy wspomnianego przedszkola, więc chyba powinno być mi to wybaczone. A. też zaczęło coś świtać, że skądś mnie zna, i tak od słowa do słowa wyjaśniłam mu skąd mnie może kojarzyć.
Wracając jednak do laurki, to wyszła nam obwódka serduszka z przyklejonych cekinów, a środek wykleiliśmy czerwoną bibułą. Początkowo miałam pomysł, że zrobię A. obwódkę serca z kleju, a on ponakleja na to cekiny - to jednak okazało się dla niego za trudne. Sama więc zajęłam się wyklejaniem, on tylko darł mi bibułę na mniejsze części. Na koniec zaś za pomocą jego dłoni wszystko docisnęłam. Nie mogłam przecież wszystko za niego zrobić, bo nie o to w tym chodziło. A. też musiał mieć w tym wszystkim jakiś wkład, chociażby mały. Wszak to była jego laurka, prawda?
Ja tylko żałuję, że nie wzięłam ze sobą aparatu fotograficznego i nie utrwaliłam naszego dzieła. Jest takie trochę pogardliwe powiedzenie, że prowadził ślepy kulawego. Bardzo go nie lubię, jednak podczas zajęć pomyślałam sobie, że doskonale obrazuje zaistniałą sytuację. Jednak efekt naszej współpracy był zupełnie inny niż finał powiedzenia(mam nadzieję, że każdy z Was wie, o co w nim chodzi). Ciekawa jestem, czy mamie A. spodobała się nasza praca. Muszę go jutro o to podpytać.
Na razie próbuję jednak odtajać od godziny, bo akurat śnieg sobie przypomniał o naszym rejonie, kiedy byłam na treningu. I chyba postanowił nadrobić dotychczasowe zaległości w swojej dziedzinie, bo sypał się jak dziki. Skutkiem tego powstał niezły paraliż na drogach, w tym opóźnienie komunikacji miejskiej. Czekałam więc sobie na autobus i z każdą chwilą czułam, że zamieniam się w bałwanka. Na szczęście ten wreszcie przyjechał, w 10 minut dowiózł mnie na odpowiedni przystanek, potem w miarę szybko dotarłam do domu. Jednak i tak dzwonię zębami z zimna...
Na razie próbuję jednak odtajać od godziny, bo akurat śnieg sobie przypomniał o naszym rejonie, kiedy byłam na treningu. I chyba postanowił nadrobić dotychczasowe zaległości w swojej dziedzinie, bo sypał się jak dziki. Skutkiem tego powstał niezły paraliż na drogach, w tym opóźnienie komunikacji miejskiej. Czekałam więc sobie na autobus i z każdą chwilą czułam, że zamieniam się w bałwanka. Na szczęście ten wreszcie przyjechał, w 10 minut dowiózł mnie na odpowiedni przystanek, potem w miarę szybko dotarłam do domu. Jednak i tak dzwonię zębami z zimna...
Niektórzy ludzie są bardzo trudni w życiu :/
OdpowiedzUsuńPomoc drugiemu to zawsze dobry uczynek, więc za to zrobienie kartki z A masz plusika tam u góry :)
OdpowiedzUsuńNie bawię się w żadne dni, w walentynki też nie. Nie widzę takiej potrzeby, dla mnie to są święta dla znudzonych, którzy potrzebują od czasu do czasu jakiejś odmiany w życiu. Ja ze swojego jestem zadowolona, więc nie muszę go ozdabiać dodatkową celebracją.
OdpowiedzUsuńŚnieżek, ale masz fajnie. :D
super,że pomogłaś ! :) Jesteś bardzo dobrym człowiekiem!
OdpowiedzUsuńokularnicawkapciach.wordpress.com
Pomoc zawsze na plus, szczególnie, że nic kontrowersyjnego w walentynkach nie widzę. :)
OdpowiedzUsuńŚnieg zaczął wczoraj padać tak z zaskoczenia, ale nie napadało go aż tak dużo...
U nas tez dziś sypało nieźle.
OdpowiedzUsuńDzieciaki lubią Walentynki, w naszej szkole działa poczta walentynkowa:-)
Ja nie świętuję walentynek choć kiedyś małym kuzynkom robiłam kartki z serduszkami .Co do niewidomych to ja często miałam okazje w naszym klubie pomagać przy robieniu prac plastycznych Jedni próbowali coś z moją pomocą robić robić inni woleli bym to ja zrobiła
OdpowiedzUsuńJak czytałam o tej laurce niewidomego, to zrobiło mi się cieplej na sercu.
OdpowiedzUsuńTakie kochane to wszystko.
Pozdrawiam ciepło!
Jesteś super ! Ja walentynki obchodzę, zawsze to miła okazja aby z mężem spędzić miły wieczór we dwoje.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam :))
Ja walentynek nie obchodzę, ale nie przeszkadza mi zupełnie to, że inni je świętują.
OdpowiedzUsuńJa też nie obchodzę walentynek i rozumiem Cię ale to bardzo szlachetne z twojej strony że się poświeciłaś i mu pomogłas. Szacun.
OdpowiedzUsuńJa też nie obchodzę walentynek, a kwiaty dostaję bardzo często bo oboje je bardzo lubimy.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam:)
Piękny gest, tym bardziej, że nie lubisz walentynek. Na pewno mama A. była mega zadowolona.
OdpowiedzUsuńWitaj
OdpowiedzUsuńDziękuję, ze znowu znalazłaś chwilę w tym pędzącym świecie i goniącym go naszym życiem, i zostawiłaś dobre, ciepłe słowo na moich stronkach.
Walentynek też raczej nie obchodzę.
A Ciebie Karolinko niezmiennie podziwiam
Pozdrawiam ociekającą chwilą