Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

poniedziałek, 20 marca 2023

1543. Największa katastrofa lawinowa w polskich górach

W końcówce stycznia tego roku pisałam Wam o tragedii tyskich licealistów, którzy 20 lat temu zostali porwani przez lawinę w Tatrach. Chociaż wstrząsnęła ona wieloma ludźmi, to tak naprawdę nie była ona największą tego typu tragedią na terenie naszego kraju. Dużo większa pod względem ofiar katastrofa wydarzyła się 35 lat wcześniej w Karkonoszach. Nie wiem, czy przy okazji śmierci tyskich uczniów została ona przypomniana, nie pamiętam już tego. Myślę jednak, że warto o niej tutaj wspomnieć. Tym bardziej, że dzisiaj mija 55 lat od tego tragicznego dnia w historii gór polskich.
 
Nazwano ją największą tragedią lawinową w polskich górach. 20 marca 1968 roku w Białym Jarze w Karkonoszach zeszła lawina, która pogrzebała żywcem 19 osób. Wśród nich znalazło się 13 Rosjan, 4 obywateli NRD i dwoje Polaków. W akcji ratunkowej wzięło udział 1100 osób: GOPR, czescy ratownicy i wojsko. 
Do tej pory w polskich górach nie wydarzył się inny na taką skalę dramat. Laikom, którzy nie znają Karkonoszy oraz nieobytymi z górami masyw ten raczej nie będzie kojarzył się z "białą śmiercią". Ale tutejsze kotły lodowcowe i głębokie nisze niwalne zamieniają się zimą w śmiertelne pułapki.
Zima z przełomu 1967 i 1968 roku była wyjątkowo śnieżna. Dużym opadom śnieżnym towarzyszyły zmienne temperatury oraz silne wiatry wiejące z południa oraz południowego-zachodu. W skutek tego z dnia na dzień na krawędzi Białego Jaru narastała potężna masa nawianego śniegu.
W raporcie Andrzeja Brzezińskiego, ratownika i starszego instruktora ratownictwa Grupy Karkonoskiej GOPR, który zajmował się też lawinoznawstwem i badaniem śniegu, można wyczytać: "17 marca 1968 roku/niedziela nadeszło pierwsze ostrzeżenie. Z powodu silnego wiatru wyciąg krzesełkowy na Małą Kopę nieczynny. Brak widoczności, zamieć śnieżna. Grupa siedmiu narciarzy mimo bardzo złych warunków pogodowych wybiera się na narty w rejon Strzechy Akademickiej, trasa ich marszu przebiega przez Biały Jar, gdzie lawina zasypuje całą grupę, ale na szczęście odkopują się sami, o czym powiadamiają ratownika GOPR Jurka Janiszewskiego "Szatana", który w dn. 18.03.68 r. spisuje oświadczenie dotyczące sytuacji pogodowej i lawinowej.".
20 marca była piękna pogoda. Panowało stosunkowe ciepło, świeciło też słońce. Co prawda wiał wiatr z prędkością ok. 25-30 m/s., przez co zamknięto wyciąg krzesełkowy na Małą Kopę, jednak większość turystów nie zniechęciło to przed wycieczką w góry. Ci, którzy zostali na dole opalali się na słońcu. Nikt nie zdawał sobie sprawy z tego, że tego dnia skumulowały się czynniki, takie jak ocieplenie i silny wiatr, gwałtownie zwiększając ryzyko lawinowe w Białym Jarze.
W dalszej części raportu Andrzej Brzeziński zanotował: "W tym gronie są turyści z ZSRR, kilku młodych Niemców z NRD, oraz kilku Polaków. Nie ma wśród nich przewodnika, tylko pilot grupy Rosjan. Udają się czarnym szlakiem do góry, podchodzą pod Biały Jar. Tu ścieżka rozdziela się na łagodniejszą letnią i stromą zimową. Wybierają tę letnią, która za chwilę staje się dla dziewiętnastu osób zgubną (...) Było około godz. 11.00".
Właśnie w tym momencie z Białego Jaru zeszła lawina, która porwała i zabiła 19 osób. Pozostali turyści, częściowo zasypani albo ci, którzy nie znaleźli się w zasięgu lawiny, są w szoku. Jeszcze nie zdają sobie sprawy z tego, co tak właściwie się stało. Ich oczom, gdzie przez nimi przed chwilą za zakrętem zniknęli maszerujący ludzie, ukazała się masa śniegu.
Ratownik GOPRu, Andrzej Schubert tak wspomina ten dzień - "W 1968 roku prowadziłem biuro turystyczne w Karpaczu. Pamiętam, że tego dnia była piękna pogoda. Ciepło. Nagle telefon. >>Słuchaj, w Białym Jarze poszła niesamowita lawina. Bierz, co możesz i przybywaj na miejsce". Tak jak stałem, wybiegłem i wskoczyłem w pierwszą karetkę, która jechała już do góry. Gdy znalazłem się na miejscu, zobaczyłem zrujnowany krajobraz, wszędzie śnieg. Nikogo. Tylko pierwsi ludzie szukający ofiar. Tego nie da się zapomnieć.
- W czasie tragedii nie byłem jeszcze ratownikiem, ale plątałem się już koło ratownictwa. Miałem 19 lat. Gdy informacja się rozniosła, wielu młodych chłopaków udało się do góry na miejsce zdarzenia, raz z ciekawości, a wielu jak ja, z myślą, że być może się do czegoś przydamy. Gdy przybyliśmy na miejsce, zobaczyliśmy rozmiar tej lawiny. Była ogromna. Pracowały już na niej ekipy ratowników polskich i czeskich z Horskiej Służby. Wraz z kolegą, który później tak jak ja został ratownikiem, zostaliśmy zaangażowani przez starszych do transportu potrzebnego sprzętu, który był dostarczany na dolną stację wyciągu krzesełkowego. My przenosiliśmy go dalej na lawinisko. I tak to trwało kilka dni - zachowało się w pamięci Andrzeja Brzezińskiego.
Andrzejowi Schubertowi, który swoją służbę zaczął w 1959 roku i przez ten czas wiele w górach widział w przeżył, w pamięci najbardziej utkwił inny obraz - To było później, gdy zaczęliśmy wydobywać ciała. Czasem spod 5-metrowej warstwy śniegu. Pamiętam, że pierwszą odnaleźliśmy kobietę. Ciała wydobywaliśmy na linach, nie mieliśmy wtedy sprzętu. Trwało to kilka dni, i choć wiedzieliśmy, że nie ma szans, by kogoś wydobyć żywego, była w nas nadzieja, że a nuż, ktoś jednak przeżył... Ciała zawijane były w koce brezentowe i toboganami zwożone na dół - wspomina ratownik.
Na lawinowisku pracowali ratownicy GOPR i pracownicy wyciągu. Z pomocą przyjechali ratownicy czeskiej Horskiej Służby z psem. Dojeżdżali żołnierze i strażacy.
- Cały czas dochodzili ludzie, którzy chcieli nieść pomoc zasypanym. Była to bardzo trudna akcja, brakowało sprzętu - wspomina Brzeziński.
W tym samym czasie w znajdujących się na dole pensjonatach i domach wczasowych rozmawiano z turystami. W ten sposób próbowano ustalić liczbę osób zasypanych przez lawinę. Przybyła też straż pożarna i przedstawiciele ambasady ZSRR oraz NRD.
Sama lawina miała ok. kilometra długości, a jej czoło było wysokie na ok. 15 metrów. Dlatego lawinisko zostało przekopane do głębokości kilku metrów na całej szerokości i długości.
Jak napisał w swoim raporcie Andrzej Brzeziński: "W pierwszym dniu akcji odkopano 10 osób: 9 Rosjan i Polaka. Ratownicy byli potwornie zmęczeni, cały czas organizowano posiłki. W drugim dniu odkopano tylko jedną osobę - Rosjankę. Istniało niebezpieczeństwo zejścia wtórnej lawiny. Powiadomiono jednostkę wojskową z Żagania i Jeleniej Góry. Żołnierze przywieźli moździerze i działa bezodrzutowe. Postanowiono odstrzelić pozostałe nawisy, jednak bez skutku. Trzeciego dnia odkopano 5 osób. Wiedziano, że pod śniegiem są jeszcze ludzie, kopano dalej, czwarty dzień akcji - znaleziono kolejną Rosjankę. Dalsze dni ciężkiej pracy nie przynoszą efektów, aż do 1 kwietnia, kiedy to znaleziono kolejną ofiarę - obywatela NRD. 5 kwietnia, po piętnastu dniach akcji, spod śniegu wydobyto ostatnią ofiarę.". - Ci turyści po prostu nie byli kompletnie świadomi zagrożenia - ocenia po latach ratownik. Niektórzy z nich nie mieli nawet odpowiednich butów na takie warunki. - Dziś w Internecie można sprawdzić prognozę pogody, stopień zagrożenia lawinowego. Ogłaszane są bardzo dokładne komunikaty. Wielu turystów jest świadomych zagrożenia, choć zdarzają się niestety osoby zupełnie nierozsądne.
Jakiś czas później ratownicy GOPR potwierdzili, mimo różnych spekulacji na ten temat, że lawina została uruchomiona samoistnie. Na miejscu tragedii ustawiono poświęcony pamięci ofiar tej tragedii pomnik, ale kolejna lawina zmiotła ważący kilkadziesiąt ton monument już na początku lat 70. Jego pozostałości do dziś leżą w Białym Jarze.
- Po polskiej, północnej stronie masywu, kotły lodowcowe oraz nisze niwalne są bardzo strome. Co więcej, znajdują się na stokach zewnętrznych, gdzie śnieg jest nawiewany i odkładany w postaci potężnych magazynów. Takim wielkim magazynem jest Równia po Śnieżką - bardzo duży płaskowyż nad Białym Jarem. Z tego miejsca jest on transportowany przez wiatr na strony zawietrzne - wyjaśnia Andrzej Brzeziński.
Biały Jar jest niszą niwalną, która została utworzona przez lodowiec jakieś 10 mln lat temu. Szeroki kocioł zwęża się i przechodzi w jar. Taki specyficzny układ terenu wraz z północną wystawą to książkowy przykład terenu, na którym istnieje zwiększone ryzyko wystąpienia lawiny. Obrywająca się na krawędzi niszy lawina niżej, w zwężającym się jak lejek jarze, nabiera prędkości, a masy śniegu spiętrzają się i tworzą wielometrowe czoło lawiny.
Sam Biały Jar znajduje się pomiędzy popularnymi rejonami turystycznymi oraz narciarskimi, takimi jak Mała Kopa i Polana Złotówki. Aktualnie szlak trawersujący Biały Jar jest zamknięty przez zimę. Dawniej jednak tak nie było.
Od 1968 roku w miejscu tragedii wydarzył się jeszcze jeden śmiertelny wypadek: 22 marca 2008 roku w ogromnej lawinie zginął młody snowboardzista.

19 komentarzy:

  1. Straszna katastrofa, powinna być przestrogą, niestety mimo licznych ostrzeżeń, zakazów i nakazów turyści nadal idą w góry bez specjalnego odzienia czy butów.Gory w zimie potrafią być straszne.Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  2. Szczerze... podziwiam Wszystkich którzy zimą wybierają się w góry. Dla mnie to są sami egoiści. Nie myślą o tych którzy będą ich ratować czyli o ratownikach. Wiem trudno zakładać że coś się stanie... ale
    prawdopodobieństwo jest duże. Głupio, ale wcale mi ich nie żal. Rozumiem że zew krwi wzywa , ale bez przesady !!
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  3. Zgadzam się z Anią Iwańską- góry to natura, a ona rządzi się swoimi prawami i my musimy się do niej " dostosować. A jak widzimy "głupich" nie sieją i dalej narażają innych na utratę zdrowia i życia. Od dawna mówię, że każdy wyjazd TOPTRu/GOPRu powinien być opłacany przez takich ryzykantów, może wtedy byłoby ich mniej? pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  4. Naczytałam się książek o różnych katastrofach, m.in. w górach i teraz boję się tam jechać.

    OdpowiedzUsuń
  5. przerażająca historia...
    https://okularnicawkapciach.wordpress.com/

    OdpowiedzUsuń
  6. Często przez niefrasobliwość turystów narażeni są ratownicy, niestety!
    jotka

    OdpowiedzUsuń
  7. Zgadzam się z poprzedniczkami - przez swoją niefrasobliwość i brak wyobraźni niektórzy narażają życie nie tylko własne.
    Pozdrawiam, Karolinko.

    OdpowiedzUsuń
  8. Góry od dziesięcioleci uczą ludzi pokory...Niestety, nieskutecznie...;o)

    OdpowiedzUsuń
  9. Góry są tajemnicze i grożne, szczególnie zimą. Nigdy wtedy nie odważyłabym się w nie wybrać.

    OdpowiedzUsuń
  10. Dzisiaj dostęp do informacji jest większy, a i tak zdarzają się nieświadomi turyści, którzy niepotrzebnie narażają siebie, a później ratowników...

    OdpowiedzUsuń
  11. W górach trzeba czasem po prostu odpuścić, gdy widzimy, że robi się zbyt niebezpiecznie... Sami nie raz zawracaliśmy ze szlaku z nadzieją, że ja jakiś czas tu wrócimy...

    OdpowiedzUsuń
  12. Tej historii nie słyszałam, fajnie, że przypomniałaś. Góry uczą pokory każdego I nikt z nimi jeszcze nie wygrał.

    OdpowiedzUsuń
  13. Witaj wiosną nie tylko w kalendarzu Karolinko
    Wiosna, a tu taki poważny temat. Zauważyłam, że często piszesz o tragediach w górach. Może właśnie należy o nich wspominać ku przestrodze dla innych. Ale czy wszyscy wezmą sobie takie ostrzeżenia do serca? Niestety zawsze znajdą się tacy, co....
    Pozdrawiam uśmiechem fiołków za oknem

    OdpowiedzUsuń
  14. Wielu niedoświadczonych i nieprzygotowanych turystów wyrusza zimą w góry tym samym narażają zdrowie i życie goprowców. Uważam, że pseudoturyści za każdą akcję powinni zapłacić.
    Serdecznie pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
  15. Przed górami trzeba mieć respekt, a w sercu dużo pokory...

    OdpowiedzUsuń
  16. Ludzie nie mają wyobraźni. Dobrze że w dobie Internetu można przynajmniej poczytać na temat zagrożenia lawinowego.
    Serdecznie pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  17. To prawdziwy żywioł. Mnie w tym roku ogromnie przestraszyła masa śniegu zsuwająca się z dachu tuż przede mną. A do gór trzeba mieć szacunek.

    OdpowiedzUsuń
  18. Moje rejony, może w tym roku będziemy mijali Biały Jar, ale to dopiero latem, góry zimą nie dla nas. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  19. Serdecznie dziekuje za odwiedziny i komentarz.To mieszkancy kupuja kwiaty krokusy , bratki, zonkile i narcyzy,dlatego jest tak ladnie i kolorowo.Pozdrawiam cieplo

    OdpowiedzUsuń