Kilka dni temu zadzwonił do mnie Domino. Akurat byłam w trakcie zaliczania drugiej części przedmiotu "Kościół wobec rodziny" i tak nie bardzo mogłam z nim w tym momencie rozmawiać. Oddzwoniłam jednak od razu, jak tylko rozłączyłam się z prowadzącym zajęcia. Pokrótce domyślałam się, o co może Dominowi chodzić - już w listopadzie chciał mnie zachęcić do wolontariatu podczas Górskiego Biegu Niepodległości, jednak tego samego dnia sama biegłam w biegu organizowanym w moim mieście. A że jeszcze nie umiem się samoistnie sklonować, to musiałam odmówić, niestety. Jednak już w zimowej odsłonie chciałam wziąć udział. Zwłaszcza zobaczywszy poniższy filmik reklamujący całą imprezę biegową.
Napisałam do organizatora meila i grzecznie czekałam na odpowiedź. Niestety, bez rezultatu. Za to, tak jak pisałam, zadzwonił Domino z pytaniem, czy będę(no dobrze, właściwie to ja oddzwoniłam i wtedy rozmawialiśmy). Pokrótce wyjaśniłam mu całą sytuację, obiecał, że zadzwoni i mi ten wolontariat załatwi. Do końca w to nie wierzyłam, ale i nie zwątpiłam na 100%. A jednak mu się udało i zadzwonił kilka minut później, aby przekazać mi tą wiadomość.
I tym sposobem w sobotni poranek o godzinie 5 rano jechałam w autobusie do Katowic, tak aby zdążyć na pociąg odjeżdżający o 5:55 do Żywca. Tym sposobem już o 7:20 byłam na miejscu. Teoretycznie w dalszą podróż miałam wyruszyć komunikacją miejską(bielskie Błonia znajdują się jakieś 6,5 km od głównego dworca PKP w Bielsko-Białej), jednak Domino załatwił mi podwózkę na miejsce zawodów. Żyć nie umierać. Ale nie byłby sobą, gdyby czegoś nie przekręcił.
- Ty przyjechałaś z Tychów - zapytał mnie Adam, znajomy Domina.
- Nie, z Katowic, a jeszcze konkretniej to z DG.
- To dlaczego Domino powiedział, że mam Cię potem podrzucić do Tychów, bo tam mieszkasz?
Dobre pytanie, ale nie do mnie.
Na bielskie Błonia dojechaliśmy po kilku minutach. Co prawda parking dla zawodników był kawałek od miejsca startu/mety, jednak organizatorzy i wolontariusze mogli zostawić swoje pojazdy na parkingu na terenie imprezy. Po opuszczeniu samochodu zgodnie przyznaliśmy z żoną Adama, która też jechała z nami, że boisko służące za parking może z powodzeniem służyć za lodowisko. Było ślisko, to prawda, ostatnio jednak kupiłam sobie buty górskie, które zapobiegły mojej wywrotce.
Poszliśmy do biura zawodów, gdzie był sztab wolontariacki, aby dowiedzieć się, co mamy robić. To było ciekawe, pojechałam na wolontariat nie do końca wiedząc co będę robić. A z drugiej strony - tak ufałam Dominowi, że wiedziałam iż nie zostawi mnie na lodzie. Ledwie dotarliśmy na miejsce, zauważyłam mojego znajomego. Zresztą miał tak charakterystyczny strój, że nie sposób było go nie wyłapać w tłumie ludzi.
Szybko też znalazłam wolontariuszy, których poznałam na "Festiwalu Trzech Jezior". Chyba ucieszyli się na mój widok tak samo jak ja na ich :).
| Arek, naczelny fotograf biegów górskich musiał utrwalić mnie i Domina(źródło zdjęcia) |
Jak zdążyliście się zapewne zorientować z poprzednich tego typu postów, podczas kilku ostatnich wolontariatów byłam w biurze zawodów. Teraz jednak było ono całkowicie obstawione, dlatego poszliśmy z Dominem szukać odpowiedniego dla mnie zajęcia. W tym celu wróciliśmy się na obszar startu/mety. Najpierw Domin zaprowadził mnie do dużego, białego namiotu, gdzie wraz z Sabiną przygotowywałyśmy kawę i herbatę do samoobsługi(no wiecie, trzeba było rozsypać kawę do mniejszych kubków, podzielić jakoś torebki z herbatą, przygotować same kubki itp.), a następnie wróciłam na przysłowiowy start, aby porozstawiać na stoliku... bezalkoholowe piwa w puszkach. Jednym ze sponsorów biegu był bowiem "Lech", który też przekazał napoje dla każdego biegacza.
Starty biegów odbyły się w dwóch turach: o godzinie 9:00 wystartowali biegacze na 26 oraz 39 km.(odpowiednio 2 i 3 pętle), a następnie o 9:30 był start biegu na 13 km(czyli jedna pętla). Przed startem udało mi się obalić wszelkie prawa geometrii, a gdyby moje matematyczki i matematycy usłyszeli co powiedziałam, to anulowaliby mi wszystkie oceny celujące z ich przedmiotu na świadectwach.
A było to tak: pewien biegacz zapytał mnie ile to jest te 26 kilometrów. To ja mu na to, że dwa, ale wyleciało mi z głowy słowo "pętla" i powiedziałam "kółka". Chociaż jednej pętli do koła było bardzo, ale to bardzo daleko. Na szczęście biegacz zrozumiał o co chodzi, ja zaś jeszcze dzisiaj śmieję się w duchu z tego "kółka"😂😂😂.
Po drugim starcie biegaczy mężczyźni zaangażowani w wolontariat poprzynosili kilka kartonów z medalami, które trzeba było poukładać dziesiątkami. Nie wiem z jakiego stopu zostały one wykonane, bo były dosyć ciężkie. Ale i bardzo mi się podobały wizualnie.
| źródło zdjęcia |
| Tu się prezentuje jeszcze dokładniej(źródło zdjęcia) |
Po rozpakowaniu i rozłożeniu medali była chwila wolnego, ponieważ pierwszych finiszujących z dystansu 13 km spodziewano się około godziny 11. Domino zabrał mnie więc na smażonki(smażone ziemniaki z boczkiem i kiełbasą, albo bez - wersja dla wegetarian). Nawet smaczne, chociaż ilość tłuszczu w misce nieco mnie przerażała.
Po posiłku wróciłam na linię startu-mety i wraz z innymi oczekiwałam na pierwszych sportowców, którzy ją przekroczą.
| Nasz medalowy team(źródło zdjęcia) |
Zgodnie z przewidywaniami organizatorów, pierwsi finiszujący pojawili się na mecie po godzinie 11. Było też małe zamieszanko, ponieważ tak jak pisałam, trasa biegu na 26 i 39 km była identyczna jak dla 13 km, z tym, że trzeba było ją przebiec odpowiednio 2 i 3 razy. Dlatego w pewnym momencie na zbiegu naprawdę zaroiło się od uczestników biegu, a my szykowaliśmy się na prawdziwe oblężenie mety. Jakież było zaskoczenie, kiedy dobiegło na nią zaledwie kilka osób. Szybko jednak domyśliliśmy się, że reszta musiała odbić za hotelem(?) na dalszą część trasy.
| Upragniona meta i medale(źródło zdjęcia) |
Podobno w nocy przed biegiem padał śnieg, natomiast w sobotę od rana świeciło słońce, a temperatura była zdecydowanie na plus. Skutek tego był taki, że na mecie zrobiło się małe błotko. Bardzo często zdarzało się, że wbiegający na nią zawodnicy, chociaż w górach ani razu się nie wywrócili, to właśnie na mecie upadali. I to niekoniecznie ze zmęczenia, ale właśnie z powodu poślizgnięcia się na owym błocie. Kilka osób na mecie zrobiło tak jednak specjalnie - organizatorzy biegu mieli kilka voucherów na przyszłe biegi, którymi chcieli nagrodzić kilku zawodników za najbardziej spektakularne i widowiskowe przekroczenie mety. Tak więc kiedy tylko widać było na horyzoncie biegnącego na złamanie karku biegacza, odsuwano się na boki - nigdy nie było wiadomo w którą stronę poniesie go błoto.Na
| Na mecie(źródło zdjęcia) |
| Radość niektórych z ukończenia biegu była ogromna(źródło zdjęcia) |
| A inni wręcz prosili o wspólne zdjęcie(źródło zdjęcia) |
Impreza kończyła się ok. godz. 19(biegacze na 39 km mieli na pokonanie trasy 9 godzin, czyli powinni byli przekroczyć metę najpóźniej o godzinie 18:00), mnie jednak udało się załatwić transport do samych Katowic z Adamem i Olą(to ci, którzy mnie odbierali z dworca kolejowego w BB). A że oni wracali do domu po 15, zabrałam się razem z nimi. Prawdę mówiąc, po tej 14 godzinie na metę wbiegały już pojedyncze osoby, więc nie potrzebowali aż tylu wolontariuszy. Pożegnałam się więc z organizatorami i z Dominem(nota bene sprawcą mojej obecności na biegu) i wraz z Olą i Adamem udałam się w podróż powrotną do Katowic.
Ogólnie impreza mi się podobała, tradycyjnie zaśmiewałam się do łez z wygłupów Domina(dać chłopakowi ciupagę i od razu będzie szalał). Trochę oczywiście był niedosyt, że nie było kiedy iść w góry, no ale nic jeszcze straconego. W sierpniu jest letnia edycja biegu, dwudniowa. Być może uda się i na nią załapać. A wcześniej jeszcze na inne imprezy biegowe. O ile nie wydarzy się nic niespodziewanego, oczywiście.
| Takie tam prawie rodzinne(źródło zdjęcia) |
Pieknie się zapowiada, widoki prześliczne , cudowna okolica, czekam na c.d.Pozdrawiam.
OdpowiedzUsuńBielsko-Biała zachwyca o każdej porze roku. Pozdrawiam
UsuńKarolinko, Twoja aktywność i zaangażowanie są niesamowite. Czekam na ciąg dalszy.
OdpowiedzUsuńBuziaki.
Po prostu robię to co lubię. To dla mnie prawdziwa przyjemność. Pozdrawiam
UsuńZdjęcie Twoje i "zbója" wygrało dziś wszystko:)
OdpowiedzUsuńWłaściwie to był baca...
Usuńkochana, jak ja Ciebie podziwiam!
OdpowiedzUsuńhttps://okularnicawkapciach.wordpress.com/
W sumie to nie za bardzo jest za co podziwiać... Pozdrawiam
UsuńPiękny bieg, tyle kilometrów. To jakbym miała biec od domu do Cieszyna i z powrotem. Ekhm... 1 km mam problem przebiec o co dopiero 13 czy 39. Wooooowwwwwwwww i jeszcze raz woooooowwwwww.
OdpowiedzUsuńTakie wooowww pojawiało się u mnie za każdym razem, kiedy jakiś zawodnik przekraczał linię mety, a ja mogłam mu założyć medal na szyi :). Pozdrawiam
UsuńWidać, że świetna impreza, ale też i widzę w Twoich oczach niesamowitą energię radości, która leci w dal !!! Brawo !!! Pozdrawiam serdecznie :))
OdpowiedzUsuńNo bo mnie się naprawdę podobają wszystkie tego typu imprezy, nawet jeżeli wiążą się ze wstawaniem o nieziemskich porach. Pozdrawiam
UsuńNo nieźle, trzeba mieć zdrowie na taki dystans!
OdpowiedzUsuńjotka
Ale oni trenują miesiącami, aby przebiec cały dystans. Pozdrawiam
UsuńKolejna wspaniała przygoda:)))Pozdrawiam serdecznie:))
OdpowiedzUsuńMam nadzieję, że nie ostatnia ;). Pozdrawiam
UsuńFajna tak impreza,i super że udało Ci się załapać na ten Wolontariat. Fajnie tak obejrzeć tych co się zmagali z trasa i pogodą. Podziwiam Cię Karolinko za tą wolę walki i udział w takich imprezach o dwóch kierunkach studiów nawet nie wspomnę.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam
Wiesz, gdyby nie interwencja Domina, to byłoby krucho. A tak dzięki niemu załapałam się na kolejne ciekawe doświadczenie. Ech, piszesz o mnie tak, jakbym była jakimś bohaterem. A ja zwyczajnym człowiekiem jestem, który ma swoje wady i niedoskonałości. Pozdrawiam
UsuńFajna z Was ekipa :)
OdpowiedzUsuńTo fakt, stworzyliśmy dosyć zgrany zespół, jak na pierwszy raz. Pozdrawiam
Usuń