Im jestem starsza tym mam większą świadomość, że niektórzy ludzie pojawiają się w moim życiu tylko na krótki moment. Są jakby promieniami słońca prześwitujące przez ciemne chmury naszej codzienności, albo prorokami, którzy niosą radość samą swoją obecnością. Taka była moja ulubiona matematyczka, taka była pani Mery Poppins, taki jest ksiądz, który będzie błogosławiony, i podejrzewam, że jeszcze kilka osób by się znalazło. Wierzyły i wierzy w człowieka nawet wtedy, kiedy wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że coś nie ma prawa się udać, głównie przez jego niedoskonałość. I wtedy to, co na pierwszy rzut oka zdaje się niemożliwe, staje się jak najbardziej możliwe. Człowiek automatycznie chce przebywać jak najdłużej w towarzystwie takiej osoby, a tymczasem całe szczęście pęka w jednej chwili niczym bańka mydlana.
Czas poprzedzający długą, 45 minutową przerwę, dłużył mi się niesamowicie. Niby miałam już od 11:15 (a nawet od 11:00, bo wykładowczyni z prawa zrobiła nam świąteczny brewis) wolne i mogłam opuścić uczelniane mury, jednak postanowiłam poczekać na przyszłego błogosławionego księdza. Po pierwsze - chciałam mu już oddać papiery związane z projektem (które wypełniałam wszędzie, nawet leżąc w szpitalu pod kroplówką). A po drugie wypadało mu złożyć chociaż krótkie życzenia świąteczne. Niby nie mam z nim zajęć wynikających z planu lekcji, jednak tydzień spędzony pod jego skrzydłami sprawił, że po prostu stał mi się jakiś taki bliski. Wiem, że mogę do niego wpaść na konsultacje, kiedy nurtuje mnie jakiś teologiczny problem. No i jeszcze doszedł ten projekt badawczy. Nie, nie zakochałam się w nim, ale nie potrafię też przejść obok niego i chociaż się "krzywo" nie uśmiechnąć, albo nie krzyknąć już z daleka "Szczęść Boże!". Lubię go na tyle, na ile można lubić wykładowcę.
Sekundy przeskakujące na świetlnym zegarze umieszczonym w głównym holu na trzecim piętrze zamieniały się w minuty. Zaczęłam się nawet zastanawiać, czy on na pewno dzisiaj będzie, ale nie przypominałam sobie, żeby na stronie wydziałowej była informacja, że go ma nie być. Nawet nie zauważyłam, kiedy obok mnie usiadła znajoma z roku wyżej, a jednocześnie studentka pierwszego roku teologii. W dźwiganej siatce miała sporych rozmiarów garnek.
- Robiliśmy sobie wigilię rocznikową - próbowała się tłumaczyć. Ok., nie wnikałam w szczegóły. Zaczęłyśmy rozmawiać, toteż czas mi przyspieszył. W końcu patrzę - idzie. A raczej pędzi. Niecodzienny widok, bo w sutannie. Popatrzyłyśmy na siebie z Wisią i wzruszyłyśmy ramionami.
- Idziesz ze mną? - zapytałam.
Dałyśmy jednak przebrać się chłopinie, który pędził z wizyty duszpasterskiej, co by mu było wygodnie. Ba, dałyśmy nawet drugiemu rocznikowi teologii coś u niego zaliczyć. A później wparowałyśmy z Wisią do jego gabinetu - ja z pękiem kartek w koszulce, a ona z garnkiem. Najpierw przedstawiłam mu raport z moich badań i obserwacji, a następnie przeszliśmy do lżejszych tematów.
- Księże - zaczęłam drążyć temat, który od dawna nie dawał mi spokoju. - Pamięta ksiądz moje i Archanioła czytanie Czytań? (tak, wiem, wyszło masło maślane)
- No tak - przyznał stając ze stołka - to było tak mocne, że nie sposób tego zapomnieć.
- Czyli nie było beznadziejnie?
Przyszły błogosławiony podszedł do mnie, położył mi dłonie na barkach i spojrzał uważnie. Właściwie często tak robi, a jednocześnie nigdy nie przekracza niebezpiecznej granicy pomiędzy tym, na co może sobie pozwolić, a na co już nie.
- Nie - powtórzył zdecydowanie, patrzą mi przy tym w oczy. - Było najlepiej jak mogło być.
- Aha, bo wie ksiądz, zbieram karty przetargowe do tego, aby w sobotę na roratach przeczytać Pierwsze Czytanie. Na razie mam taką, że przez większość dni robiłam podwójne roraty. No, rano akademickie, a wieczorem parafialne. Taka ponad 100% frekwencja - dodałam widząc zdziwienie w jego i Wisi oczach. Chwilową ciszę przerwał wybuch męskiego śmiechu. A był on taki serdeczny, że nie sposób było na niego nie odpowiedzieć tym samym na zasadzie akcja - reakcja.
- Teraz będę mogła powołać się na księdza.
Kątem oka widziałam jak Wisia pokłada się na ścianie ze śmiechu. Duchowny się opanował i jeszcze raz spojrzał na mnie. Przez chwilę zastanawiałam się, czy jest na mnie zły za ten jeden głupi wybryk, ale chyba nie. Bo inaczej nie zachowywałby się tak na luzie.
- Tylko, że obawiam się, że jak wymienię księdza z imienia, nazwiska i tytułu...
- Nie zapomnij dodać godziny, kiedy to usłyszałaś - przerwała mi Wisia powstrzymując śmiech.
- Tytułu, to na niewiele się to zda. Ale nie tracę wiary. Jak Amos - to ostatnie było nawiązaniem do jednej naszej rozmowy, kiedy kazał mi być jak Amos. Oczywiście dalej nie przeczytałam jego Księgi, ale ciii...
- Och, pani Karolino - westchnął ksiądz - wierzę, że uda się pani z tym czytaniem. Nawet się pomodlę, żeby sobie pani z nim poradziła.
- Ksiądz się lepiej modli, żeby ona to czytanie dostała - skomentowała Wisia. Tym razem to ja parsknęłam śmiechem patrząc na wielką mapę z zaznaczoną Ziemią Świętą. I nagle mi się przypomniało, że w plecaku mam dla niego bombkę, którą wykonywałam przez pół nocy. Zwykła, styropianowa kula, pomalowana na niebiesko. Na jednej stronie zrobiłam cekinami coś na wzór szopki betlejemskiej, a na drugiej kościoła. Nawet wytłumaczyłam księdzu symbolikę - kiedyś pastuszkowie zmierzali do żłóbka przywitać nowonarodzonego Pana, a od wieków wierni robią symbolicznie to samo udając się do kościoła na pasterkę.
- Nie musi wisieć na choince - powiedziałam mu. - Nawet nie musi być na widoku. Może ją gdzieś ksiądz schować. Ale jak kiedyś ksiądz ją wyjmie i sobie o mnie przypomni, to będzie dobrze - dodałam zastanawiając się jak tam mój kulawy Anioł.
- Jest piękna - przyznał ksiądz, a Wisia mu zawtórowała. - Dziękuję bardzo.
Jeszcze tylko złożyłyśmy mu najserdeczniejsze życzenia, m.in. żeby czerpał radość ze swojej posługi kapłańskiej, pożegnałyśmy się i opuściłyśmy pomieszczenie.
Zabawne i takie serdeczne, super :-) A najlepsze to tłumaczenie księdzu symboliki szopki - liczyłabym, że on to wie ;-)
OdpowiedzUsuńbardzo sympatyczne!
OdpowiedzUsuńPiękna bombeczka, zwłaszcza, że od serca robiona.
OdpowiedzUsuńTy potrafisz człeka w wyśmienity humor wprawić...Jesteś Niesamowita !! ;o)
OdpowiedzUsuńBo są ludzie tzw. Podróżnicy, nie mylić z teorią ludzi podróżujących w czasie. Podróżnicy mają misję do spełnienia, najczęściej pomoc komuś. Wiem, bo doświadczam tego na co dzień :)
OdpowiedzUsuńTeż tak czasm myślę. Są ludzie, którzy są jak anioły... Pojawiają się przy nas na chwilę wtedy, kiedy najbardziej ich potrzebujemy. Może Wasz kontakt bedzie trwał dłużej, może nie ale na pewno pozostanie w pamięci do końca życia, a to jest bardzo cenne. Też spotykałam anioły na swojej drodze :). Wesołych Świąt Kochana :*
OdpowiedzUsuńFantastyczne osoby ,gratuluję wytrwałości w roratach a bombka piękna.Pozdrawiam.
OdpowiedzUsuńDobrze jest spotykać miłe osoby na swojej drodze:)))Pozdrawiam serdecznie:)))
OdpowiedzUsuńRadosnych świąt.Bóg się rodzi.🌟🌟🌟🌟
OdpowiedzUsuńTak, niektórzy pojawiają się tylko na chwilę a mogą w te chwile zmienić bardzo wiele.... pozdrawiam i zapraszam do mnie flowersblossominthewintertime.blogspot.com
OdpowiedzUsuńPamiętam i ja Karolinko księży, którzy naprawdę wspierali, dodawali otuchy, dodawali odwagi. Zwłaszcza, że moja edukacja katolicka przypadła na czas stanu wojennego i Kościół był nadzieją na wolność. Tym bardziej jestem w szoku słysząc o pedofilii w KK, o głoszenie kłamstw popierających tych, którzy powinni być skrytykowani. Uświadamia mi to, słowa, które słyszałam niekiedy i uważałam za błędne: chodzi o władzę, o pieniądze. Co nie zmienia faktu, że bywają ludzie powołani do pomocy ludziom, z wielkim kochającym sercem. I obyśmy takich tylko spotykali na naszej drodze. Buziaki
OdpowiedzUsuńKarolinko myślałam o Twoim komentarzu pod postem terapia czaszkowo - krzyżowa. Rozumiem, że nie zawsze przynosi oczekiwany efekt. Podstawą pożyteczności tej terapii jest wyjątkowa otwartość. Ludzie nie lubią przyznawać się do porażki, do strachu, do bólu, do poczucia krzywdy. Lepiej być dzielnym, pokonywać przeszkody. Tak jesteśmy uczeni, nie być mięczakiem. Terapia wyzwala najgłębsze, ukryte troski. Trzeba sonie na to umieć pozwolić. Mnie taka otwartość udzieliła się nawet na blogu. I wtedy kiedy to bolące wyrzuciłam z siebie, przyszła ulga. Zresztą, mam nadzieję, widzisz to na moim blogu. Kolega kiedyś mnie zapytał, czy ja się nie wstydzę pisać o tak intymnych sprawach. Dziś już się wstydzę. Już drugi raz bym tego nie powtórzyła. Ale dzięki temu jestem już wolnym człowiekiem, bez kompleksów, cierpliwym, łagodnym, współczującym. A byłam w czarnej dupie, chciałam umrzeć. Więc sądzę, ze terapia była dla mnie wielkim szczęściem. :-)
OdpowiedzUsuńWesołych Świąt Karolinko, aby Ci się wszystko dobrze układało :-) Buziaki
OdpowiedzUsuńWesołych Świąt, Karolinko.
OdpowiedzUsuńZdrowych, spokojnych świąt najmilsza Karolinko.
OdpowiedzUsuńChwile tak piękne, jak i Twoja bombka! Cudo!
OdpowiedzUsuńBardzo lubię twoje opowiadania i przemyślenia. Przemiło się czytało. Też mam wrażenie, że niektóre osoby pojawiają się w naszym życiu tylko na.chwile. Już kilka razy to przerabiałam. Trudne doświadczenie.
OdpowiedzUsuńKasinyswiat
samego Dobra Szczęścia Kaski Zdrowia i Pełnej miseczki! To dotyczy oczywiście też zwierzątek! 🎄
OdpowiedzUsuń