Przeziębienie mi nie mija, a wręcz przeciwnie: przybiera na sile, a ataki kaszlu są coraz bardziej intensywne. Jak to powiedział dzisiaj Archanioł - na jego ucho brzmi mu to na coś z oskrzelami. Hmmm..., chorych oskrzeli to ja chyba jeszcze nie miałam. Zapalenie płuc, zwłaszcza zachłystowe, nie raz i nie dwa, ale zapalenie oskrzeli? Nie przypominam sobie. No cóż, zawsze to jakaś odmiana. A tak na poważnie to czasami ten mój suchy kaszel bywa naprawdę męczący, zwłaszcza kiedy zdaje się nie mieć końca. Tak jest chociażby wtedy, gdy wchodzę z zimnego powietrza w ciepłe. Albo po wysiłku. Albo po dłuższej przemowie. Czyli częściej niż rzadziej. Wiem, że powinnam iść z tym do lekarza, być może skończyłoby się to na antybiotyku (znowu, jeszcze by się okazało, że w półtora miesiąca wyrobię w ten sposób roczny limit), może na zwolnieniu z uczelni i z pracy. Problem polega jednak na tym, że w tym tygodniu codziennie mam coś do zaliczenia. Zaś przy dwóch kierunkach studiów naprawdę warto być na bieżąco i odkładać jak mniej rzeczy na później.
Tak się złożyło, że taki atak kaszlu złapał mnie na dzisiejszym seminarium dyplomowym. Złapał, i za nic w świecie nie chciał puścić. Tymczasem sam promotor mojej potencjalnej pracy magisterskiej (na początku zajęć nawet nie wiedziałam o czym mam pisać) przynajmniej od dwóch dni też nie czuł się dobrze i był na antybiotyku. Nie omieszkał się skomentować mojego stanu twierdząc, że jak oni, wykładowcy, mają być zdrowi, skoro studenci kaszlą i zarażają wszystkich dookoła. Odpowiedziałam mu, że może i bym została w domu, ale obawiałam się, że wyjdzie z niego "drugie ja". Pozostali studenci wybuchli śmiechem, jednak prowadzący spojrzał na mnie ze zdziwieniem.
- Czy możesz* mi wytłumaczyć, co masz na myśli? Bo nie wiem, może powinienem skonsultować to z jakimś psychiatrą?
Teraz to mnie chciało się śmiać tak samo jak wczorajszego wieczoru po usłyszeniu na roratach pytania księdza Niosącego Światło skierowanego do dziecka, które wylosowało figurkę Dzieciątka Jezus. W tamtej parafii wymyślono, że spośród dzieci, które są na roratach, losowana jest owa figurka. Dziecko ją zabiera na jeden dzień do domu, a nazajutrz przynosi wraz z jakąś rzeczą do wybudowania stajenki. Są już poduszki, kocyk, kołderka, a nawet czapeczka. Tym razem ksiądz ni z gruszki ni z pietruszki zapytał, czy ta dziewczynka zrobi dla Jezuska... krawacik. No, tego chyba jeszcze nie było, ale ksiądz sam się śmiał ze swojego żartu. To chyba dobrze. Jakby nie był w formie to chyba nie miałby też humoru. Ja też się śmiałam, chociaż był to śmiech przez kaszel.
W tamtej parafii, podobnie jak w wielu na terenie naszego kraju, roraty odbywają się na podstawie scenariusza opracowanego przez "Małego Gościa Niedzielnego". Związany jest on z osobą św. Franciszka z Asyżu oraz z 800 letnią rocznicą powstania pierwszej szopki (dlatego też dzieciaki przynoszą rzeczy, które potem posłużą do budowy stajenki. Przez ostatnie dwa dni było opowiadanie związane z owcą, którą posiadał św. Franciszek oraz z wilkiem, którego udało mu się oswoić. Może dlatego odpowiedziałam księdzu, że chociaż na co dzień jest on łagodny jak owieczka, to w chwili zdenerwowania może przemienić się w groźnego wilka. Grupa znowu ryknęła śmiechem, a wykładowca załamał ręce. Coś tam zaczął klikać w swoim laptopie, po czym zajął się najpierw omawianiem tematu prac ludzi z drugiego roku. Dosyć szybko im to poszło, ponieważ właściwie nikt z nich nic nie zrobił przez ten czas. Przeszedł więc do nas. Jak myślicie, kto poszedł na pierwszy odstrzał? Coś tam znowu zaczął klikać w swoim laptopie, po czym usłyszałam:
- Karolina, ja nadal mam pusty twój folder. Zaraz zamienię się w wilka...
Czyżby chciał mnie nastraszyć? Jeszcze w październiku napisałam do niego meila o czym chcę pisać - że chcę powtórzyć i zanalizować badania z licencjatu, a następnie porównać je ze sobą. Ale on przeczytał chyba to, co chciał przeczytać i zaproponował mi powtórzenie swoich badań sprzed ok. 20 lat. Pomysł może i ciekawy, ale mnie on jakoś nie kręci. Dlatego postanowiłam jeszcze raz z nim porozmawiać na ten temat, tym razem powołując się na autorytet mojej pani promotor. Ksiądz wysłuchał mnie, po czym poprosił o wysłanie mu mojej pracy licencjackiej, co zrobiłam przy pomocy Coli, która udostępniła mi swój internet. Promotor przejrzał ją i ponownie się załamał.
- No pięknie, skoro twój licencjat liczy 135 stron**, to aż boję się pomyśleć, jak obszerna będzie magisterka, albo doktorat...
Tak jakoś wyszło. Ale z tym doktoratem to chyba się rozpędził.
Summa summarum stanęło na moim. Mam się tylko zastanowić, czy powtarzam badania na nauczycielach, czy może opieram je na ukraińskich dzieciach, czego trochę się obawiam ("Myślałby kto, żeś taka lękliwa" - usłyszałam komentarz).
Wychodząc, podziękowałam profesorowi, że dzisiaj był jednak łagodną owieczką. Ewentualnie dobrym łotrem. To ostatnie wywołało u niego salwę śmiechu, a także krótkie, ale jakże znaczące - "dobre...".
I na koniec dzielę się z Wami kolejną adwentową myślą:
* po majowym wyjeździe studyjnym do Rzymu przeszliśmy na ty, oczywiście jednostronnie
** takim standardem prac licencjackich na UŚiu jest 50 - 60 stron



Karolinko ,idź do lekarza, są rzeczy ważne i ważniejsze.U nas dzieci też losują figurkę, pozdrawiam cieplutko
OdpowiedzUsuńNo ja też nie lubię mieć w pobliżu kaszlących ludzi. I dla własnego zdrowia też warto się przyjrzeć. I najlepiej podleczyć się w spokoju. Chociaż rozumiem, że jak dużo na głowie, to czasu nie ma... Bratowej kiedyś wyszło w końcu, że ma zapalenie płuc... Mnie na jednej delegacji wmawiano już gruźlicę - u mnie to wtedy było od tego, co spływało zatok, które złośliwie nie chciały się wyleczyć bez antybiotyku. Gdybym poszła do lekarza i zrobiła sobie może choć dzień-dwa wolnego, miałabym szybciej spokój.
OdpowiedzUsuńZ drugiej strony często po infekcji zostają takie nadreaktywne oskrzela i takie ataki kaszlu nie do opanowania, przy obecnej jakości powietrza tym bardziej nie mają łatwo.
Karolinko ♥
OdpowiedzUsuńnie lekceważ kaszlu, idź do lekarza żeby osłuchał płuca .. często miewałam kaszel i niestety to było zapalenie oskrzeli.. dbaj o siebie Kochana, bo zdrowie jest najważniejsze !
- pozdrawiam Cię serdecznie i ciepło, życzę zdrówka! ♥
A widzisz !! Facet już wie, że masz potencjał na doktorat...;o) Rugać za ten kaszel Cię nie będę, mądra z Ciebie Dziewczynka, więc wiesz, że powinnaś o siebie zadbać...Skoro wybierasz zaliczenia...No cóż...;o)
OdpowiedzUsuńWitaj powrotem jesieni Karolinko
OdpowiedzUsuńZadbaj koniecznie o siebie i jak piszą inni "idź do lekarza", Teraz, gdy dookoła panują wirusy, warto to zrobić.
I uwierz w siebie... Bo i ja wierzę, że doktorat leży w zasięgu Twoich możliwości. Bo kto jak nie TY:)))
Życzę zdrowia, szczęśliwej każdej chwili w nadchodzącym tygodniu
Wiem, co to męczący kaszel. Miałam kiedyś często zapalenie oskrzeli a raz też zapalenie płuc. Musisz isc do lekarze, bo wygląda to niepokojąco. Pozdrawiam Cię gorąco!*
OdpowiedzUsuńZdrowia Kochana Ci życzę:))Pozdrawiam serdecznie:)))
OdpowiedzUsuńLubię ojca Szustaka i jego "Langustę na palmie".
OdpowiedzUsuńRoraty lubię ze względu na roratki, z wnukami zawsze chodziliśmy z lampionami w deszcz i w śnieg nawet.
Ja po ponad 3 dekadach pracy edukacyjnej, mam zawsze problemy z krtanią :) Chrypki, suchy krtaniowy kaszel i zanik głosu. Wystarczy, że więcej mówię, bądź głośniej, od razu kaszel i te łaskotki w krtani [bez końca] Ale szacowna komisja lekarska nie uznała tego za chorobę zawodową :) No pewnie...
OdpowiedzUsuńWięc jeśli pracujesz pedagogicznie, przygotuj się na takie sytuacje :)
Nie ma nic ważniejszego od zdrowia, nawet jeżeli miałby to być kolejny antybiotyk. Teraz jak otarłam się o śmierć wiem to i Tobie też radze dbaj o siebie, bo wszystko można nadrobić ale zdrowia NIE !!!
OdpowiedzUsuńPozdrawiam
Z tym kaszlem to warto iść do lekarza.... u mnie Adam tak kaszlał ponad trzy tygodnie, w końcu poszedł do lekarza i okazało się że to zapalenie płuc:( warto taki kaszel skonsultować ze specjalistą.
OdpowiedzUsuńDużo zdrówka!
Twój promotor wydaje się w porządku ;) Niestety wielu wykładowców to prawdziwe wilki w owczej skórze... Student zawsze musi mieć się na baczności.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam
Łączę się z Tobą w bólu - też jestem przeziębiona. I to w sanatorium :-)
OdpowiedzUsuńMam nadzieję, że do lekarza już poszłaś...
OdpowiedzUsuń