- Jedź z nami na Chatkę, będzie świetnie - tak zachęcał mnie Madziałek, kiedy zbliżały się listopadowe trzydniowe rekolekcje z DA w dość nietypowym ośrodku wspólnoty. Nietypowym, bo jest to dosłownie chatka z trzema pomieszczeniami na dole (w tym kaplicą), ogromną sypialnią na górze oraz dwoma typowo wiejskimi toaletami na zewnątrz (jeżeli oglądaliście "Kogiel-mogiel" to pewnie wiecie o co chodzi). W dodatku trzeba do niego dojść jakieś 2 kilometry w górskich warunkach. Trochę, nie, przepraszam - bardzo mi to przypomina warunki, w jakich wychowywał się mój tata. Nawet rodzinny dom miał podobny. Ale może te warunki wpływają na niecodzienną atmosferę panującą w tamtym miejscu?
Wtedy, kiedy padła propozycja ze strony Madziałka, nie pojechałam. W Duszpasterstwie byłam zaledwie od kilku spotkań, stwierdziłam więc, że to za wcześnie. Poza tym w tym samym czasie był Bieg Niepodległości organizowany przez "Bieg Zbója", na którym miałam być i pomagać. To, że finalnie nie dotarłam to już inna sprawa. W każdym razie, nie opanowałam bilokacji, a więc trudno mi byłoby być tu i tu. Kolejny wyjazd "na Chatkę", tym razem typowo rekreacyjny, był w pierwszy weekend czerwca. Jednak w tym samym czasie było też spotkanie młodych na Legnicy, w którego wyjazd byłam zaangażowana, a na miejscu pomagałam trochę w promowaniu Światowych Dni Młodzieży, a więc znowu nie mogłam być w dwóch miejscach na raz. Ale tydzień później ponownie był zaplanowany wyjazd do Brennej, gdzie znajduje się wspomniany ośrodek, bardziej pod kątem rekolekcji. Tym razem nic nie stało na przeszkodzie, abym wzięła w nim udział, przynajmniej na chwilę zapisów, dlatego postanowiłam jechać, chociażby po to, aby zobaczyć na czym ta cała "Chatka" wygląda.
Do Brennej wyjechaliśmy wraz ze znajomymi z duszpasterstwa w piątkowy wieczór. Po mniej więcej 1,5 godziny dotarliśmy na miejsce. No, prawie, bo tak jak pisałam wcześniej, trzeba było jeszcze kawałek dojść na nogach. Do chatki doszliśmy ok. godziny 21:30. Na szczęście wszyscy czekali na nas z kolacją, jak zapewniała Zosia w SMSie. I z Mszą świętą, która miała miejsce o godzinie 22:00 w chatkowej kaplicy. Byliśmy zmęczeni (ja np. tego samego dnia rano miałam zaliczenie na pedagogice), ale nie wypadało nie iść. W końcu był to wyjazd rekolekcyjny, co rządziło się własnymi prawami. Tego dnia przypadała uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa. Nawet kilka razy wypowiedziałam się podczas kazania (mającego formę dialogową). Po Mszy dostaliśmy zaległą kolację, a następnie czas zleciał nam na rozmowach i grania w różne gry planszowe. To był dobry czas, który pozwolił nam się zintegrować i jeszcze lepiej poznać. Gdzieś o godzinie 2 nad ranem odmówiliśmy kompletę, łącząc się z przyjaciółmi księdza Krzysztofa mieszkającymi w Panamie.
Sobotę rozpoczęliśmy jutrznią o godzinie 7:30. Podczas niej mieliśmy pierwszą część nauki rekolekcyjnej polegającej na rozważaniu Pisma Świętego metodą Lectio divina. Na rozważania ksiądz Krzysztof zaproponował nam fragmenty Ewangelii według św. Marka, które roboczo nazwał pedagogiką Jezusa wobec uczniów. Pierwszy z nich dotyczył pierwszeństwa i tego, że każdy powinien stać się jak dziecko, aby móc wejść do Królestwa Niebieskiego. Dla mnie jest to świetna sprawa, ponieważ każdy z nas inaczej może postrzegać to, co usłyszał. Po godzinie poszliśmy na śniadanie. W ogóle zwyczajem jest to, że każdy uczestnik wyjazdu przywozi ze sobą coś do jedzenia. Mi w udziale przypadło 0,5 kilo żółtego sera. Po śniadaniu mieliśmy jakąś godzinę na odpoczynek i rozmowy ze sobą, a następnie, ok. godziny 11:30 ponownie udaliśmy się do kaplicę na Godzinę Czytań oraz kolejną część nauki rekolekcyjnej, również opartej na fragmencie Ewangelii według św. Marka. Dotyczył on tego, że ktoś uzdrawiał w imię Jezusa, co niezbyt podobało się jego uczniom oraz tego, co może budzić zgorszenie. Tym razem nie dzieliliśmy się naszymi spostrzeżeniami z grupą, a zostaliśmy wysłani przez księdza w odosobnione miejsca, abyśmy sami, albo w małych grupach, przeanalizowali to, co usłyszeliśmy. O 13:00 mieliśmy obiad, na który składała się przepyszna zupa meksykańska ugotowana przez Zosię. I zupełnie nie wiem o co chodziło księdzu z niedogotowanymi ziemniakami, jak dla mnie wszystko było w porządku. Zrozum mężczyznę. Po obiedzie znowu mieliśmy chwilę dla siebie, po której o 15:00 uczestniczyliśmy we Mszy świętej. A następnie udaliśmy się na nogach do centrum miejscowości, gdzie ksiądz Krzysztof zafundował nam lody. Był to idealny czas na rozmowy, śmiechy, na wymienienie się spostrzeżeniami na temat wyjazdu i całego roku formacyjnego. Przy okazji ustaliliśmy kolejność nocnej adoracji Najświętszego Sakramentu. Kolejne minuty mijały nieubłaganie i musieliśmy wracać do domu rekolekcyjnego. Tym bardziej, że była to blisko 6-kilometrowa droga na nogach. Ale i ona przebiegała w bardzo radosnej atmosferze. Tuż przed wejściem na ostatnią, przysłowiową prostą (chociaż w rzeczywistości nie była ona wcale taka prosta) drogę w stronę domu zatrzymaliśmy się aby odmówić dziesiątkę różańca w intencji Towarzystwa Ciemnych Typów. Po dotarciu na miejsce zjedliśmy kolacje, a potem gdzieś do 23:00 z zaciekawieniem, a nawet wręcz z szeroko otwartymi oczami, uszami i ustami słuchaliśmy opowieści księdza Krzysia z pobytu w Panamie oraz w Gwinei. O wspomnianej godzinie 23:00 udaliśmy się do kaplicy aby odmówić kompletę połączoną z rozważeniem kolejnego fragmentu Ewangelii, tym razem dotyczącego błogosławieństwa dzieci przez Jezusa. Rozważyć mieliśmy go jednak dopiero podczas naszej kolei adoracji Najświętszego Sakramentu. A ponieważ moja pora wypadła dopiero o godzinie 3:00, to poszłam na strych spać.
Budzik miałam nastawiony na godzinę 2:45. Jednak sama z siebie obudziłam się ciut wcześniej. Co ciekawe, osoba która miała adorację tuż przede mną, idąc spojrzała w moją stronę i zobaczyła, że bardzo mocno śpię. Postanowiła sobie, że obudzi mnie wracając z powrotem. Jak się okazało, nie było to konieczne. Za oknem szalała burza, a błyskawice co rusz przeszywały niebo. Domek dawał pozorne poczucie bezpieczeństwa. Mimo wszystko mój półgodzinny dyżur minął szybko i w miarę spokojnie (na tyle, na ile może być spokojnie podczas burzy). Po jego skończeniu ponownie położyłam się spać, wszak jutrznia rozpoczynająca dzień była przewidziana dopiero na 7:45. Można więc było jeszcze na chwilę przyłożyć głowę do poduszki. Na dobre wstałam półgodziny przed jutrznią, co pozwoliło mi jeszcze spakować się przed powrotem do domu. Potem zeszłam na dół do kaplicy, gdzie już wiele osób czekało na jutrznię. Ta zaczęła się niemal punktualnie. W ramach rekolekcji rozważaliśmy ostatni z wybranych fragmentów markowej Ewangelii, który mówił o tym, jak trudno jest wejść bogaczom do Królestwa Niebieskiego. Następnie udaliśmy się na śniadanie. Ponieważ i tak wieczorem miały się odbyć prymicje księdza Pawła, który był przez jakiś czas związany z duszpasterstwem, to ksiądz Krzysiu nie odprawiał już Mszy w chatce. Mieliśmy za to czas na rozmowę po posiłku. Około godziny 11:00 zaczęliśmy sprzątać budynek, tak aby godzinę później zamknąć go na klucz i udać się w drogę powrotną w stronę Śląska. Jednak zanim to się stało, udaliśmy się jeszcze raz do jednej z kawiarni w Brennej, tym razem na kawę i ciastko. Tam doszła nas informacja o śmierci znanej aktorki, Marzeny Kipiel-Sztuki. Chociaż jesteśmy z różnych pokoleń, to chyba każdy z nas kojarzył ją z roli Halinki Kiepskiej. Tak przy okazji zaczęliśmy wspominać tych aktorów serialu "Świat według Kiepskich", którzy już nie żyją. Ksiądz przez przypadek "uśmiercił" Bartosza Żukowskiego, odgrywającego rolę jej syna, Waldusia. Szybko jednak odkrył swój błąd i sam się z niego śmiał.
Takie chwile mogłyby trwać w nieskończoność, ale naprawdę, musieliśmy już wracać do domów. To był bardzo ciekawie spędzony weekend. Szkoda tylko, że nie było wypadu w góry, ale myślę, że to nic straconego. Tak samo jak mam nadzieję, że jeszcze nie raz zagoszczę w gościnne progi naszej duszpasterskiej Chatki.

Ale mieliście napięty grafik. Super, że jednak udało Ci się pojechać do chatki :).
OdpowiedzUsuńJeśli chodzi o pomyłkę księdza Krzyśka w sprawie Waldka z Kiepskich, to jeśli dobrze kojarzę, to pierwszy aktor, który odgrywał tą rolę właśnie nie żyje...
Księdzu Krzysiowi na pewno chodziło o Bartka Żukowskiego, bo wymienił go z imienia i nazwiska. A on żyje i nawet w dniu śmierci Kipiel-Sztuki miał swoje urodziny. Wyjazd do chatki był bardzo udany i mam nadzieję, że na tym jednym razie się nie skończy. Pozdrawiam
UsuńNo tak rekolekcje to nie relaks, trzeba być zdyscyplinowanym!
OdpowiedzUsuńKiepskich nie oglądałam, ale informacja była w mediach, wiec kojarzę. To chyba kolejna śmierć aktorów serialu.
jotka
Ktoś obliczył, że zmarło już ok. 120 aktorów grających w tym serialu. Smutne to, ale takie jest życie. Inna sprawa, że Kipiel-Sztuka była w takim wieku, w którym nie myśli się raczej o umieraniu. Pozdrawiam
UsuńDo trzech razy sztuka, ciekawy wypad i ciekawe miejsce i ważne że się podobało, pozdrawiam cieplutko.
OdpowiedzUsuńCoś te trójki za bardzo mnie prześladują. Ale grunt, że w końcu i tam trafiłam. Pozdrawiam
UsuńTeż na studiach jeździłam do chatki. nie było tam co prawda kaplicy, ale byłe jedna wielka sypialnia i kibelek na dworze zapomnij o łazience, myło się w misce w wodzie ze strumienia, ale fakt jeździło się tam co tydzień i nikt nie narzekał. Wyślij tam teraz młodzież !!!. Wspominam to do dziś bardzo miło. Super że Ci się udało pojechać, wyśpisz się już w domu, to są niezapomniane chwile Karolinko !!! Korzystaj póki możesz!!!
OdpowiedzUsuńPozdrawiam
Nie no, u nas też nikt nie narzekał na spartańskie warunki i chyba wszystkim się podobało. Nawet jeżeli wiązało się to z pójściem do ubikacji w środku szalejącej burzy. Pozdrawiam
UsuńAle Ty prowadzisz aktywne życie!
OdpowiedzUsuńMyślę, że wiele osób mogłoby się pochwalić podobnym. Pozdrawiam
UsuńWitaj, Karolino.
OdpowiedzUsuńMiło czyta się to Twoje sprawozdanie. Cieszę się, że pobyt w Chatce dał Ci tyle satysfakcji:)
Pozdrawiam:)
O, dziękuję. Miło mi to czytać. Tak, pobyt w Chatce bardzo mi się podobał. Pozdrawiam
UsuńUwielbiam takie chatki w górach. Cieszę się, że miałaś okazję spędzić warościowy czas w tak zacnym towarzystwie. Udanych wakacji Karolinko! Pozdrawiam 🤗
OdpowiedzUsuńEch, ja myślę, że ową miłość do takich obiektów odziedziczyłam po tacie, który wychował się w takich warunkach. Miło jest czytać, że ktoś lubi podobne klimaty. Pozdrawiam
UsuńBardzo miłe miejsce ta Chatka. Ściskam mocno Karolinko. Buziaki
OdpowiedzUsuń