Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

piątek, 10 sierpnia 2018

763. Ach, cóż to za emocje są!

Nie od dzisiaj wiadomo, że jestem łasa na emocje związane ze sportem. Nie ważne, czy są one czynne czy bierne, nawet nie jest dla mnie ważna dyscyplina sportu - ważne, aby coś się działo. A ostatnio dzieje się dużo. 
Od zawsze kochałam kolarstwo. Niestety, z powodu moich zaburzeń równowagi nie jestem w stanie utrzymać się na dwukołowym. Ba, nawet kiedyś próbowałam się nauczyć na takim jeździć, jednak po tym, jak o mało nie wleciałam przy okazji pod nadjeżdżające auto(brawa dla jego kierowcy za refleks i hamowanie) stwierdziłam, że to nie dla mnie. Wiem, że są specjalne rowery dla niepełnosprawnych, ale za zbieranie na nie pieniędzy(mimo wszystko nie chcę ogołocić do zera rachunku oszczędnościowego) mogę się zabrać najwcześniej w lutym przyszłego roku. Mam nadzieję, że uda mi się uzbierać na kolejne z moich marzeń. Na razie zostaje mi rowerek stacjonarny i oglądanie zmagań kolarzy. Dzisiaj na przykład zakończył się jubileuszowy, 75 wyścig Tour de Pologne. Ba, można nawet powiedzieć, że był on podwójnie jubileuszowy, wszak mamy stulecie odzyskania przez Polskę Niepodległości. Co prawda w tym roku kolarze ani nie finiszowali(w sumie dwie kraksy, o jednej z nich pisałam nawet >>TUTAJ<< i >>TUTAJ<<, skutecznie chyba zniechęciły organizatorów wyścigu do mety w Dąbrowie), ani nawet nie przejeżdżali przez moje miasto, ale od czego jest transmisja telewizyjna. I tak z zapartym tchem przez ostatnie sześć dni oglądałam zmagania kolarzy zarówno na płaskich terenach, jak i w górach, jednocześnie podziwiając ich za wytrzymałość. Dzisiaj oczywiście największe nerwy, bo to ostatni etap i prawdziwa radość, że ten wyjątkowo jubileuszowy Tour de wygrał Polak, Michał Kwiatkowski(rocznik 1990 górą!). Wzruszyłam się oglądając dekorację, bo udało się i nie daliśmy się innym narodom. Wiecie, gdyby to były inne okoliczności, to porażka nie byłaby tak dotkliwa... Na szczęście Polak spisał się na medal, i to dosłownie.
A w Berlinie szalejemy w lekkiej atletyce. No ja nie wiem co Ci Polacy tak napalają się na medale w piłce nożnej, skoro są dyscypliny sportowe, w których jesteśmy naprawdę dobrzy. A lekka atletyka zdecydowanie się do nich zalicza. Chociaż sportowcy nie zawsze mają warunki do jej trenowania, to niemal zawsze przywożą z zawodów jakieś medale. Teraz jesteśmy na czele tabeli wynikowej. To prawdziwy powód do dumy, przynajmniej dla mnie. A może to tylko skutek tego, że sama uprawiam tą dyscyplinę sportu? W każdym razie z uporem maniaka śledzę co wieczór to co się dzieje u zachodnich sąsiadów. I za każdym razem odczuwam takie emocje, jakbym sama tam była.

Osobiście zaś przygotowuję się do kolejnego biegu, który jest już tuż, tuż. Wszystko byłoby dobrze, gdybym nie obtarła ostatnio skóry na paluchu przy obu stopach. Na początku było wszystko w porządku, jednak wczoraj gdy zdejmowałam skarpetki to zerwał mi się ropny strupek i tym razem polała się krew. A bieg tuż tuż. Mam nadzieję, że do biegu trochę mi się to podgoi. Na razie zalepiłam to plastrem(wcześniej tego z głupoty własnej nie zrobiłam), zobaczymy co z tego wyjdzie.

środa, 8 sierpnia 2018

762. A w tle leciały "Cykady na Cykladach"...

Półtora tygodnia temu po ciężkiej i długiej chorobie odeszła do wieczności legenda polskiego rocka, a za razem wokalistka zespołu "Maanam" - Olga Jackowska, bardziej chyba jednak znana pod swoim scenicznym pseudonimem - Kora. Dla wielu rodaków była charyzmatyczną ikoną z charakterystycznym pazurem w głosie. Mi osobiście zaimponowała szybkością wyśpiewywanych słów. Wiecie, dla kogoś, kto ma problemy z wymową to prawdziwy wyczyn. Zresztą podejrzewam, że dla wielu ludzi nie zmagających się z wadą wymowy też.
Jaki jest mój osobisty stosunek do artystki? Szczerze powiedziawszy to mieszany. Ceniłam ją za mądre teksty, nie byłam jednak jakimś tam wielkim fanem "Maanamu". No cóż, nie każdy musi lubić rock, prawda? Także jej muzykę tolerowałam, ale nie za bardzo za nią przepadałam. Nie przeszkodziło to jednak w tym, aby jedną z wykonywanych przez nią piosenek, "Cyklady na Cykladach" wiązała z pewnym wydarzeniem z liceum.
Był wrzesień 2006 roku. Od kilkunastu dni byłam licealistką jednego z miejskich ogólniaków(o którym zresztą szerzej pisałam >>TUTAJ<<. Powoli wdrażałam się w nową rzeczywistość. Poznawałam kolegów i koleżanki z klasy, badałam, kto mi pożyczy bez marudzenia zeszyt do skserowania(nie miałam jeszcze laptopa, a nie nadążałam z notowaniem), a kto będzie robił mi przysłowiową łaskę, zaznajamiałam się z nauczycielami, którzy też musieli przyzwyczaić się do mojej specyfiki, uczyłam się też organizacji czasu, wszak nie chciałam porzucić trenowania lekkiej atletyki, tym razem jednak nie w ramach SKS, ale klubu sportowego z prawdziwego zdarzenia(na szczęście trenerka pozostała ta sama - czyli wychowawczyni mojej klasy z podstawówki i gimnazjum). I tak po 8 - 9 godzinach w szkole drałowałam na dwugodzinny trening, po którym wracałam do domu i siadałam do zeszytów. Był to też niejako powrót do korzeni - obowiązkową edukację rozpoczynałam w szkole masowej i kończyłam w niej(chociaż klasa w ogólniaku miała charakter integracyjny).
Jedną z tradycji, niestety już zaniechanych, mojego liceum był tzw. Rajd Gwieździsty. Wszystkie klasy wyjeżdżały wtedy na Jurę Krakowsko-Częstochowską na dwa dni, gdzie pierwszego dnia wysiadaliśmy w określonym miejscu i szliśmy z niego do punktu docelowego, w którym mieliśmy mieć wszyscy ognisko i nocleg w jakimś baraku. Taka pierwsza wycieczka integracyjna, dofinansowana przez szkołę, aby każdy mógł w niej wziąć udział(za klasowe wycieczki już sami za nie płaciliśmy i nie każdy na nie jechał). Ponieważ praktycznie w każdej klasie integracyjnej była osoba na wózku, to nasz szlak był najłatwiejszy. Po kilku kilometrach marszu dotarliśmy na miejsce. Nasz wychowawca był w-fistą i od razu zaangażował się w przygotowanie miejsca na ognisko. Inny w-fista akurat przyjechał dużym transportowym samochodem naszego wychowawcy(z tego co kojarzę, to był jeszcze współwłaścicielem jakiejś rodzinnej firmy budowlanej), w którym przywieziono prowiant(nota bene awaryjnie miał być do dyspozycji, gdyby komuś coś się stało po drodze, oczywiście były jeszcze autokary, które wysadziły nas po drodze, a na miejsce dowiozły nasze bagaże, ale autokar wszędzie nie dojedzie). Nauczyciele zaczęli wypakowywać przywiezione rzeczy, w tle leciała muzyka z radia samochodowego. Nagle, ni stąd ni zowąd do moich uszów doleciało:
Podejrzewam, że już wcześniej słyszałam ten kawałek, jednak nie zwróciłam na to szczególnej uwagi. A tutaj klasy powoli zaczęły dochodzić na miejsce, w dodatku nauczyciele, w tym nasz wychowawca zaczęli tańczyć coś na znak twista. Usta same mi się śmiały. Po chwili na podest wyszła pani dyrektor i powitała wszystkich uczniów. Panowała tak radosna atmosfera, że chciało by się aby ta chwila trwała i trwała. Siedziałam z klasą przy ognisku i gadaliśmy o wszystkim i o niczym. Chyba na zawsze zapamiętam opowieść mojej koleżanki o tym, jak bała się kiedyś wejść do lasu, bo były tam... szyszki. Potem nocleg w śpiworach na pryczach(och, jak wtedy pachniało żywicą) i cudowny koncert pasikoników za oknem. Aż ktoś tam zaczął zawodzić "Cykady na Cykladach...", co spowodowało śmiech na sali. Nawet pilnujące nas nauczycielki nie miały siły nas uspokajać, zresztą nie było też takiej potrzeby, bo wszyscy szybko posnęliśmy. Nazajutrz, trochę zmęczeni, podjechaliśmy jeszcze do zamku w Smoleniu, a raczej tego, co z zamku zostało. Trochę połaziliśmy po ruinach, partiami rzecz jasna, bo ok 300 osób z trudem by się tam zmieściło, popodziwialiśmy widoki, a potem wróciliśmy autokarami do domu. Nasze życie wróciło na normalne tory, chociaż w perspektywie mieliśmy już październikową dwudniową wycieczkę do Wisły, jednak nie wszyscy już na nią pojechali. Dlatego ta na Jurę była tak ważna dla całej społeczności szkolnej.
Niestety nie mam z niej zdjęć, jednak zawsze kiedy słyszę "Cykady na Cykladach" przypominam sobie tych kilka wspaniałych i beztroskich chwil spędzonych z całą moją klasą. A wiecie co jest w tym wszystkim najlepsze, czy też najciekawsze? Równo dwa lata wcześniej(21 września) podczas olimpiady sportowej pierwszy raz usłyszałam piosenkę "Jej czarne oczy" zespołu "Ivan i delfin" od czego zaczęła się moja wieloletnia przygoda z nim. Sama olimpiada organizowana była zaś... przez liceum, do którego później uczęszczałam i w którym zdałam maturę.
Dzisiaj oryginalna wykonawczyni tego przeboju spoczęła na cmentarzu na Warszawskich Powązkach. Mam nadzieję, że gdzieś tam będą jej cykały "Cykady na Cykladach" o których tak entuzjastycznie śpiewała....

poniedziałek, 6 sierpnia 2018

761. Prawie jak Kopciuszek

Kupowanie butów jest dla mnie prawdziwym koszmarem. Z powodu koślawych i dosyć drobnych stóp czasami muszę się nieźle naszukać, aby coś zn.aleźć. Najlepsze są dla mnie buty sznurowane, które można ściągnąć sznurówką. Ich potęgę poznałam w klasie IV, kiedy nagle w planie lekcji pojawiło się 7 godzin W-Fu na tydzień i codziennie treningi. Wcześniej zawsze miałam wkładane obuwie zmienne, które często "gubiłam" po drodze. Ale wtedy byłam "oślakiem"(przyznać się, u kogo jeszcze w domu lub szkole funkcjonowało to określenie). Klasa czwarta to już level wyższy to i buty zmienne musiały być bardziej "dorosłe". A wiecie co było w tym wszystkim najlepsze? Miałam buty wiązane, których... nie umiałam nawet zawiązać. Przez rok wiązała mi je albo wychowawczyni albo matematyczka, a w wakacje przed 5 klasą sama opanowałam tą niełatwą sztukę, co oczywiście okupiłam niejedną łzą.
Sportowe buty sznurowane przeważają w moim obuwiu. Mam jeszcze jedne zamszowe i jedne skórzane na szczególne okazje. Ale nie tylko. Co prawda moje marzenie o szpilkach raczej się nie spełni, bo nie zrobię w nich ani kroczka(chyba, że na kolanach), poza tym wątpię, abym znalazła takie idealne dla mnie. Ale mam kilka par sandałków idealnych na tak gorące dni jak teraz. Sukienka, sandały i świat jest mój. Wszystkie oczywiście z paskiem, bo bez paska to szybko bym je pogubiła. Tak jak kapcie w pierwszych klasach szkoły podstawowej.
Od pewnego czasu marzyłam też o balerinach. Może dziwnie to zabrzmi, ale jeszcze nigdy nie nosiłam tego typu butów. I oto przez przypadek spełniłam moje pragnienie. Znalazłam piękne, zamszowe, w kolorze czarnym(czyli właściwie do wszystkiego powinny pasować), na płaskim obcasie(czyli "przeżyję" chodzenie w nich bez wywrotki). Potem z dumą patrzyłam na nie i czekałam, aż nastanie niedziela i będę mogła w nich iść do kościoła.
Wczoraj włożyłam moje upragnione balerinki. I kicha. Okazało się, że i one spadają z moich koślawych stóp. Jeszcze inteligentnie pomyślałam sobie, że może muszę się przyzwyczaić do nowego obuwia. Ehe, do teraz zastanawiam się jakim cudem nie zgubiłam ich na schodach... Ale jeszcze nie tracę nadziei, jeszcze liczę na to, że będę mogła swobodnie chodzić w tego typu obuwiu, skoro szpileczki są poza sferą moich marzeń...

A swoją drogą, może gdybym zgubiła bucik na tych nieszczęsnych schodach, to znalazłby go jakiś chłopak... Kopciuszkowi udało się w ten sposób znaleźć lubego swojego serca, więc kto wie...

piątek, 3 sierpnia 2018

760. Odszedł na wieczną wartę...

Generał Zbigniew Ścibor - Rylski (10 marca 1917 - 03 sierpnia 2018)
I pomyśleć, że zaledwie dwa dni temu była 74 rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego, w którym brał udział...

czwartek, 2 sierpnia 2018

759. Więźniowie obozów koncentracyjnych i zagłady też potrafili się zbuntować

Uwielbiam historie związane z holokaustem. Chociaż uwielbiam to nie jest chyba odpowiednie słowo wszak to ciężki temat. Ale na razie nie umiem dobrać żadnego innego, które by było jego odpowiednim synonimem. Nawet moja praca na diecezjalny konkurs patriotyczny dotyczyła ratowania Żydów zbiegłych z wadowickiego getta.
Dwa lata temu, przy okazji śmierci ostatniego żyjącego uciekiniera z Treblinki, Samuela Willenberga, przywołałam przeprowadzony z nim wywiad, który ukazał się m.in. na łamach "Newsweeka". Opowiadał w nim nie tylko o codziennym piekle obozowego życia, ale także o ucieczce 300 więźniów z obozu. Wśród uciekinierów znalazł się także Willenberg. 
Dzisiaj, 2 sierpnia 2018 roku, przypada 75 rocznica tego wydarzenia(nota bene w tym samym czasie trwała likwidacja będzińsko - sosnowieckiego getta). Onet zamieścił z tej okazji(oczywiście ucieczki z obozu w Treblince) obszerny artykuł, a może raczej powinnam napisać, że wywiad z Michałem Wójcikiem, autorem książki "Treblinka 43. Bunt w fabryce śmierci", dotyczący tego wydarzenia, którym chciałabym się z Wami podzielić:

2 sierpnia 1943. Bunt więźniów w Treblince

2 sierpnia 1943 roku w obozie zagłady w Treblince wybuchł bunt. Wzięło w nim udział 700 więźniów, wojnę przeżyło stu z nich. - Wszystko było świetnie skoordynowane. Chodziło o zaskoczenie przeciwnika i sparaliżowanie jego działań. W kilku miejscach obozu wybuchł pożar, który błyskawicznie zajął wszystkie baraki. Łunę ognia widać było z 10-15 kilometrów - mówi w rozmowie z Onetem Michał Wójcik, autor książki "Treblinka 43. Bunt w fabryce śmierci".
  • Obozu Treblinki II pilnowało od 20 do 40 SS-manów. To byli ludzie wyselekcjonowani, a nawet wytresowani, żeby wytrzymać to, co się tam działo. Każdego dnia było tam mordowanych do 15 tysięcy ludzi
  • W buncie wzięło udział ok. 700 osób. 300 zginęło w wyniku strzelaniny, czy na drutach okalających obóz, a 400 udało się z niego wydostać. Około 100 przeżyło wojnę
  • Uciekinierzy przedzierali się przez bagna, moczary. Bardzo dużo osób uciekło w kierunku Warszawy i innych większych miast. Wiele osób przez miesiące ukrywało się w równych wykopanych jamach czy lasach

Piotr Gruszka/Onet: Jaką rolę miała odegrać Treblinka w ramach "ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej", które chcieli wprowadzić w życie niemieccy naziści?

Michał Wójcik: Ta rola była kluczowa. Z dwóch powodów. Z jednej strony miała to być likwidacja elity żydowskiej z Warszawy i centralnej Polski. To stołeczni Żydzi trafili do Treblinki w pierwszej kolejności. Z drugiej strony to była grabież na niespotykaną skalę. Mord i pieniądze – to były dwa nierozerwalne elementy. Miał nastąpić kres cywilizacji żydowskiej i zawłaszczenie jej dóbr materialnych.
W tym kontekście trzeba wymienić nazwisko Odila Globocnika (brał udział w opracowaniu technicznych rozwiązań dot. zagłady i nadzorował trzy obozy zagłady: Sobibór, Bełżec i Treblinkę), który w czasie wojny sporządził skrupulatną analizę finansową mordu w podległych mu obozach. Wyszczególnił, co do feniga, zegarka, złotego łańcuszka, ile III Rzesza zyskała na Zagładzie. Oczywiście trzeba podkreślić, że raport, który wysłał do Heinricha Himmlera był kłamliwy, bo przecież oficerowie SS sami kradli na potęgę.

Niemcy szeroko korzystali z doświadczeń zdobytych w Sobiborze i Bełżcu.

Tak. W Bełżcu i Sobiborze Niemcy uczyli się, jak uruchomić to piekło. W Treblince wszystkie doświadczenia wykorzystano. Fenomen Treblinki polegał na tym, że była to najdoskonalej funkcjonująca machina zagłady. I to na terenie nie większym od Stadionu Narodowego w Warszawie. Metodologia zabijania została doprowadzona do perfekcji.
Niech świadczy o tym choćby to, że metodą prób i błędów Niemcy dobrali silnik do urządzenia, które wtłaczało gaz do komór gazowych w Treblince. Wiemy, że był to silnik z radzieckiego czołgu.

Dlaczego radzieckiego, a nie niemieckiego?

To wynikło z doświadczenia. Niemcy wiedzieli, że w czasie działań wojennych mogą być problemy z dostarczaniem czystego paliwa. Wiedzieli jednak, że radziecki silnik będzie działał na każdym. Na brudnym niemiecki się "zatnie". Tymczasem na zastój w fabryce śmierci, III Rzesza nie mogła sobie pozwolić. Ordnung muss sein. Dbano nawet o takie szczegóły.

Doboru kadr także nie pozostawiono przypadkowi. Ile osób pilnowało więźniów?

Obozu pilnowało od 20 do 40 SS-manów. To byli ludzie wyselekcjonowani, a nawet wytresowani, żeby wytrzymać to, co się tam działo. Pamiętajmy, że każdego dnia było tam mordowanych do 15 tysięcy ludzi. Pomagało im 100-120 ukraińskich wachmanów. Byli kompletnie zdemoralizowani. Swój wolny czas spędzali w okolicznych wsiach na piciu i na handlu z okolicznymi chłopami. Właściwie nigdy nie trzeźwieli.

Jak wyglądała ta niemiecka machina zagłady?

Logistyka była przygotowana perfekcyjnie. Transporty do Treblinki przyjeżdżały m.in. z Białegostoku, Warszawy czy Częstochowy. Dojeżdżały do miasteczka Treblinka. Tam transporty przejmowali lojalni wobec III Rzeszy niemieccy maszyniści. Następnie wagony przez dwa kilometry przepychane były na rampę w obozie. To była strefa, w której nie wolno było przebywać Polakom. Na rampie mieściło się kilkanaście wagonów. Czyli transport musiał być dzielony na partie, tak aby rozładunek odbywał się bez zakłóceń. Samo wywlekanie potwornie zmęczonych podróżą ludzi, odbywało się szybko. Chodziło o to, by Żydzi jak najpóźniej zorientowali się, o co w tym wszystkim chodzi. Nie zawsze się to udawało, wiadomo o buncie transportu z Ostrowca. Tak czy siak było ich tak dużo, że czasami tworzyły się kolejki na stacjach dookoła Treblinki. To dla niemieckich czy ukraińskich żołnierzy obsługujących transporty była doskonała okazja, by się wzbogacić. Wycieńczeni ludzie za wodę lub jedzenie byli w stanie zapłacić majątek. I najczęściej nie dostawali nic.

Jak wyglądały pierwsze chwile więźniów w obozie?

Tego, co działo się w obozie nie da się opisać. Niemcy ciągle krzyczeli i strzelali. Nierzadko od razu zabijali wiele osób. Chciano jak najszybciej ich zastraszyć, by reszta była całkowicie posłuszna.
Machinę obsługiwało ok. tysiąca Żydów-więźniów. Niewolnicy byli zmieniani rotacyjnie. Każdy nowy miał szansę żyć najwyżej przez kilka tygodni. Z każdego transportu zawsze wyciągano różnego rodzaju specjalistów, którym kazano segregować rzeczy innych więźniów z tego samego transportu. I tak codziennie setki ojców segregowało rzeczy swoich żon i dzieci, gdy ich najbliżsi właśnie szli do gazu, a oni dopiero po 12-14 godzinach uświadamiali sobie, co się stało. W ciągu tych kilku pierwszych nocy część z tych mężczyzn popełniała samobójstwo. Jeśli nie, zamieniali się w roboty z wyłączoną psychiką. Dopiero potem, gdy pierwszy szok minął (jeśli możemy w ogóle tak powiedzieć) zamieniali się w pałające zemstą maszyny. Co dziesiąty przystępował do spisku, czy decydował się na ucieczkę.
Praca odbywała się w kilku strefach, których granic nie mogli swobodnie przekraczać. W strefie śmierci działa "łaźnia", gdzie Żydzi byli zabijani. Ich ciała zakopywane były w gigantycznych w dołach śmierci. Po wizycie Himmlera na początku 1943 r. zwłoki odkopywano i palono na wielkich szynach – stosach pogrzebowych. Później specjalne komando rozdrabniało prochy na popiół.
W drugiej strefie sortowano, czyszczono i pakowano przejęte po zamordowanych rzeczy. Setki tysięcy par ubrań, przedmiotów codziennego użytku, kosztowności.

Wszystkiemu towarzyszył terror

Machina musiała być w ruchu. Niewolnicy co jakiś czas byli zabijani i zastępowano ich kolejnymi. Starano się ich utrzymać w ciągłym biegu, w pewnego rodzaju bezmyślności, by cały czas coś robili i nie mieli czasu i siły na opór.

Początki funkcjonowania obozu były dalekie od doskonałości. W sierpniu 1942 roku został odwołany pierwszy komendant obozu Irmfried Eberl. Dlaczego?

W lipcu ruszyła akcja Reinhardt i już w sierpniu Globocnik poprosił Franza Stangla, który wcześniej był komendantem obozu zagłady w Sobiborze, o przyjazd.

Już w latach 70. Stangl w rozmowie z brytyjską dziennikarką Gittą Sereny przyznał, że gdy po raz pierwszy tam się pojawił, zrozumiał, że to jest "Piekło Dantego".

On nie był przerażony tym, że mordowani są ludzie, ale w jakim bałaganie to się dzieje. Był wręcz zażenowany tym, co zastał. Nieuprzątnięte zwłoki ofiar leżały przy torach, dookoła płonęły jakieś ogniska, słychać było śmiechy i wycie prostytutek. To źle wpływało na transportowanych tu Żydów, bo ci już w wagonie mogli myśleć o oporze. Poza tym dolary, brylanty, złoto i wszelakie kosztowności leżały w błocie. Tak przecież być nie mogło. To powinno być zapakowane i zabezpieczone, i miało służyć III Rzeszy. Stangl opanował sytuację. W swoich działaniach był zimny i spokojny. Idealnie nadawał się na komendanta Treblinki

Czy przed wybuchem buntu w 1943 roku dochodziło do ucieczek więźniów?

Ucieczek było dużo. W sierpniu 1942 roku, kilka dni po zamordowaniu w Treblince Janusza Korczaka, "Bundowcy" od Marka Edelmana dowiedzieli się od dwóch uciekinierów, co się tak naprawdę dzieje w obozie – że tam następuje kres cywilizacji żydowskiej. Tak więc, dość szybko w getcie warszawskim było wiadomo o rozgrywającej się nieopodal tragedii. Co innego jednak wiedzieć, a co innego to sobie uświadomić, objąć to rozumem i jakoś zareagować.

Jak wyglądały przygotowania do powstania?

Trzon spiskowców stanowili Żydzi polscy i czescy. Część z nich służyła w armiach, więc umieli posługiwać się bronią, wiedzieli, co to znaczy dyscyplina, taktyka.
Konspiratorzy działali w pięcioosobowych grupach. Wybrany lider wiedział tylko o liderach innych "piątek". W razie wsypy i tortur nie mógłby zdradzić pozostałych członków grup. Główny trzon spiskowców – około 40 osób – stworzył Komitet Organizacyjny.

Czy można wskazać na jakieś wydarzenie, czy serię wydarzeń, które bezpośrednio wywołały bunt?

W książce próbuję rekonstruować myślenie więźniów, ale to jest bardzo ciężkie. Ocalali więźniowie po wojnie opowiadali o swoich motywach, ale zapewne u każdego co innego było zapalnikiem. Takich wydarzeń mogło być kilka. Jednym z nim mógł być bunt Berlinera, podobno obywatela Argentyny, którego w Polsce zastała wojna i nie mógł wrócić do ojczyzny. Do Treblinki przybył z żoną i córką, kobiety zginęły natychmiast.
Ten w akcie desperacji podczas apelu zamordował jednego z SS-manów. To się stało na oczach innych więźniów. Potem jednak Niemcy popełnili, z ich punktu widzenia, zasadniczy błąd. Zamiast wymordować wszystkich świadków, zabili co drugiego. Ci, którym udało się uniknąć śmierci opowiedziało towarzyszom niedoli o wypadku. Bunt Berlinera przeszedł do legendy i uświadomił pozostałym przy życiu, że jednak można skutecznie stawić opór. Tyle tylko, że akcja musi być skoordynowana i musi zakończyć się sukcesem. Czyli ucieczką wszystkich.

Dlaczego na wybuch buntu wybrano 2 sierpnia?

To był poniedziałek. W ten dzień SS-mani mieli wolne. W ostatnich dniach lipca i na początku sierpnia panowały ogromne upały. Tego dnia esesmani poszli się kąpać w Bugu. Cześć z nich była zmęczona imprezą poprzedniego dnia, na której polało się sporo alkoholu.
Kolejną ważną okolicznością było to, że ok. godz. 16 miał za drutami obozu śmierci przejeżdżać transport więźniów do obozu I. Pojawił się pomysł, by zatrzymać pociąg, otworzyć wagony i namówić tamtych więźniów do udziału w buncie. Finalnie, nie udało się tego zrealizować.
Poza tym, ruch oporu zdawał sobie sprawę, że dłużej nie da się utrzymać w tajemnicy faktu, że niemiecki arsenał… jest pusty.

Jak to?

Pierwsza próba wydobycia granatów z arsenału broni zakończyła się fiaskiem. Wprawdzie tzw. Żydzi dworscy (grupa młodych więźniów, którzy sprzątali posłania Niemców i tym samym mieli dostęp do miejsc przeznaczonych tylko dla SS) zdołali wykraść kilkadziesiąt sztuk, ale bardzo szybko się okazało, że nie mają one zapalników. Były więc bezwartościowe. Kolejna próba zdobycia broni zakończyła się sukcesem. Arsenał został opróżniony, a broń ukryta w warsztacie samochodowym.

Tuż przed "godziną zero" napięcie w obozie sięgało zenitu.

Oczywiście. Znamy dokładne opisy. Więźniowie nie byli już nawet w stanie markować pracy. Spiskowcy nawoływali ich, aby robili cokolwiek, bo się zdekonspirują. Nie można było dłużej czekać. Napięcie było tak silne, że w pewnym momencie nie wytrzymał więzień o nazwisku Salzberg. Ratując syna, którego jeden z esesmanów zamierzał właśnie pobić, dał hasło do walki.

O 15:57.

Okazało się, że wszystko było świetnie skoordynowane. Chodziło o zaskoczenie przeciwnika i sparaliżowanie jego działań. W kilku miejscach obozu wybuchł pożar, który błyskawicznie zajął wszystkie baraki. Łunę ognia widać było z 10-15 kilometrów. Część spiskowców liczyła, że do buntu przystaną także Ukraińcy. Nadzieje okazały się jednak płonne.

Gdzie więźniowie uciekali?

We wszystkich możliwych kierunkach. Przedzierali się przez bagna, moczary. Bardzo dużo osób uciekło w kierunku Warszawy i innych większych miast. Wiele osób przez miesiące ukrywało się w równych wykopanych jamach czy lasach. Inni znaleźli schronienie u Polaków. Pamiętajmy, że uciekinierzy, przygotowując się do akcji, gromadzili kosztowności – dolary, brylanty. To później bardzo się przydało.

Jak szybko Niemcy zorganizowali pościg?

Natychmiast, ponieważ nie udało się przerwać połączenia Treblinki z Małkinią czy Kosowem Lackim. Z kilku baz w pobliżu obozu w akcję pościgową wyruszało kilkuset niemieckich żołnierzy. Obława była totalna. Niemcy utworzyli kilka pierścieni i przecisnąć się przez to sito było niezwykle trudno. Na szczęście bagienny teren sprawił, że wielu więźniów ukryło się w trudno dostępnych miejscach.

Ilu ocalało?

Wiemy, że w buncie wzięło udział ok. 700 osób. 300 zginęło w wyniku strzelaniny, czy na drutach okalających obóz, a 400 udało się z niego wydostać. Około 100 przeżyło wojnę. Znamy nazwiska 85 z nich.

Byli także więźniowie, którzy nie zdecydowali się na ucieczkę i pozostali w obozie.

Zostało sto osób. Zapewne nie wierzyli w sukces akcji i mieli nadzieję, iż pozostając w obozie, pokażą Niemcom, że są wobec nich lojalni i dzięki temu przeżyją. To był błąd, wszyscy zostali zamordowani. Część na miejscu, a część wysłana do innych obozów, gdzie zginęła.

Jakie były straty po stronie niemieckiej?

Bardzo trudno powiedzieć. Kilku esesmanów było rannych, ale prawdopodobnie nie udało się zabić żadnego. Pamiętniki i powojenne relacje mówią o 200 wyeliminowanych oprawcach.
Prawdopodobnie nie zginął żaden Niemiec, bo po buncie nie zostało wszczęte specjalne dochodzenie w sprawie śmierci SS-mana, a to w takich wypadkach było regułą.

Inna sprawa, że wybuch buntu był ukrywany przed najwyższymi władzami w Berlinie.

Ani Stanglowi, ani Globocnikowi nie zależało, by ich kompromitacja wyszła na jaw. Zresztą wkrótce po buncie, Stangl awansował i wyjechał do Triestu. Nowym komendantem obozu został Kurt Franz "Lalka".

Co się stało z obozem po buncie?

Ogień strawił go doszczętnie. Niemcom pozostało już tylko zniszczyć murowaną "łaźnię". Wszystko zostało zaorane i obsiane łubinem. Na tym terenie osadzono rodzinę ukraińskiego wachmana, która miała pilnować terenu i nie dopuścić do archeologii na własną rękę okolicznych ludzi.

Czy Armia Krajowa wiedziała o tym, co się działo w obozie?

AK wiedziała o wszystkim doskonale. Dokładne informacje miała zarówno od organizacji żydowskich, jak i ze źródeł swojego wywiadu. I tu zachodzi pytanie: i co z tego wynikło?

Proszę na nie odpowiedzieć.

Trzeba przywołać historię Witolda Pileckiego, który przez AK został wysłany do obozu w KL Auschwitz, by stworzyć tam konspirację i wzniecić bunt. Jak wiadomo, do buntu nie doszło. Pilecki w powojennym raporcie napisał dokładnie dlaczego. Był wściekły na bezczynność dowództwa AK. Gdy uciekł z obozu zapytał Komendę Główną: "co z tym buntem? Dlaczego nie ma zgody na walkę?". W Warszawie zapanowała konsternacja: "jaki bunt, żadnego powstania nie miało być". AK nie zamierzała pomagać więźniom w Treblince jeszcze z innego powodu. Treblinka była obozem żydowskim. I tu postawię kropkę.
W 1969 roku powstał mit, że to AK zorganizowała to powstanie. Że była to wspólna polsko-żydowska akcja "za waszą i naszą wolność". Znamy nawet nazwy oddziałów biorących udział w akcji, nazwiska uczestników, ich pseudonimy, ilość broni, karabinów. Znamy doskonale dowódcę tego polsko-żydowskiego Powstania. Wszystko to jednak zostało całkowicie zmyślone. To humbug.
Ale pokazuje, że nawet kombatanci AK-owscy czuli, że taka pomoc powinna zostać udzielona. Przypomnę, że Treblinka leżała 80 km od Warszawy i zostało tu zamordowanych 900 tysięcy ludzi. Obywateli Rzeczpospolitej. Czyli Polaków żydowskiego pochodzenia, wyznania mojżeszowego.