Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

niedziela, 12 kwietnia 2015

O takim jednym liceum, które jest moim rówieśnikiem

Wczoraj byłam świadkiem uroczystości 25 lecia istnienia liceum, do którego miałam przyjemność uczęszczać w latach 2006 - 2009. Dlaczego spośród wielu szkół działających w okolicy wybrałam to, które ma stosunkowo najkrótszą historię?
W życiu każdego nastoletniego człowieka nadchodzi taki moment, w którym kończy gimnazjum i zastanawia się co ma dalej robić. Czy wybrać liceum, technikum, czy może szkołę zawodową? Podobne dylematy naszły i mnie, kiedy kilka lat temu zbliżałam się do chwili opuszczenia murów szkoły, w której uczyłam się przez całą dotychczasową drogę edukacyjną, wyłączając przy tym pierwszą klasę szkoły podstawową, kiedy z powodu braku warunków lokalowych placówka nie mogła otworzyć obiecanych klas szkolnych. Owszem, rodzice mogli mnie odroczyć, ale po co? Niestety, ośrodek do którego uczęszczałam kończył swoją ofertę edukacyjną na gimnazjum. Pozostało pytanie co dalej? Większość moich kolegów z klasy szła do zasadniczych szkół zawodowych istniejących z reguły przy innych szkołach specjalnych. Ja jednak miałam bardziej skonkretyzowane plany - matura, a po niej studia. Dobrze się uczyłam, brałam udział w licznych konkursach przedmiotowych. Dodatkowo przy moim schorzeniu w grę wchodziła raczej szkoła z klasami integracyjnymi. Nie chciałam bowiem ani tracić kontaktu z rówieśnikami, ani brać okrojonego materiału. A w szkole masowej pewnie zaproponowaliby mi nauczanie indywidualne z wcześniej podanymi ograniczeniami. Jednocześnie chciałam dalej kontynuować swoje treningi sportowe, a idąc do masówki pewnie mało nauczycieli zrozumiałoby moje nieobecności. Zaczęłam więc na poważnie myśleć o liceum integracyjnym.
Na szczęście kilka lat wcześniej dyrektorka placówki, do której ówcześnie uczęszczałam podjęła przedsięwzięcia, aby w naszym mieście otwarto taką szkołę, gdzie kontynuowałaby naukę zdolna niepełnosprawna młodzież m.in. wychodząca z naszego gimnazjum(a wcześniej ośmioklasowej szkoły podstawowej). Tego niełatwego zadania podjęła się tylko jedna szkoła średnia - liceum im. kanclerza Jana Zamoyskiego. Co ciekawsze, w szeregach jej nauczycieli znalazło się dwoje niepełnosprawnych, których uczniowie zostawali laureatami i finalistami licznych konkursów i olimpiad przedmiotowych. Równocześnie od wcześniejszych roczników słyszałam o wysokim poziomie nauczania, a zwłaszcza języków obcych. Mimo wszystko postanowiłam spróbować, uzgadniając z rodzicami, że jakby mi nie szła nauka, to przenoszę się albo do liceum mieszczącego się przy szkole dla niewidomych, albo do jakiejś zawodówki.
Nie zdziwiło mnie to, że dostałam się do liceum. Zgodnie z regulaminem jako finalistce olimpiady matematycznej przysługiwało mi pierwszeństwo. Jednak już pierwszego dnia poczułam, że nie dam rady. Klasa integracyjna miała profil ogólny, wszystkie przedmioty były poszerzone. Nie ważne, czy interesowała cię historia, czy też chemia. W dodatku, jak już pisałam, w liceum kładziono nacisk na języki, a jednak moja mowa nie jest do końca wyraźna i aby mnie zrozumieć, trzeba po prostu chcieć! Kolejnym problemem były notatki - umiem pisać, jednak z powodu atetozy zanotowanie szybkiego dyktowania nauczyciela było awykonalne. Co prawda w sekretariacie MOPSu leżał wniosek o dofinansowanie do laptopa, jednak pod koniec roku otrzymanie czegokolwiek graniczyło z cudem. Rodzice kazali mi jednak wstrzymać się z decyzją o przeniesieniu do końca miesiąca. 
Wtedy po raz pierwszy poczułam co to jest jedność - wychowawca znając moją sprawę prosił nauczycieli, abym zamiast pisać kartkówki, po prostu na nie odpowiadała, a w razie dłuższych wypracowań chodziłam je pisać do biblioteki na komputerze. Koleżanki i koledzy bez szemrania dawali mi skserować notatki, a kiedy mnie nie było po prostu sami mi je odbijali w sekretariacie i przynosili do domu. Ćwiczenia na w-fie były dopasowane do moich możliwości. Jednak najbardziej nas zjednoczył dwudniowy Rajd Gwieździsty, przypadający w połowie września. Nikt nas, niepełnosprawnych nie poganiał, nikt nie marudził, że za wolno idziemy. Były zabawy przy ognisku i rozmowy do późnej nocy w baraku, w którym nocowaliśmy. A później w październiku pojechaliśmy na pierwszą wycieczkę klasową do Wisły.
Prawie cała nasza klasa w Wiśle
Wiele osób uważa, że klasy integracyjne mają niski poziom nauczania. Nic bardziej mylnego. Co więcej, w liceum do którego uczęszczałam właśnie klasy integracyjne wyróżniały się najwyższym poziomem nauczania. Sprzyjała temu mała liczba uczniów w klasie, nauczyciel wspomagający, a także indywidualne podejście do każdego ucznia, do jego pasji i zainteresowań. Nikt mi nie robił problemów, że często nie ma mnie na piątkowych zajęciach z powodu wyjazdów na zawody, czy też z tego, że bardziej wolałam matematykę od fizyki.
Wracając jeszcze do sportu, to liceum jest organizatorem corocznej paraspartakiady Śląska i Zagłębia, w której brałam udział jeszcze jako gimnazjalistka. Natomiast w pierwszej klasie liceum miałam niebywałą przyjemność odpalić uroczysty znicz paraspartakiady.

Podobnie jak na wcześniejszych szczeblach edukacji, także i teraz starałam się brać udział w konkursach przedmiotowych, a także włączyłam się w kilka akcji. Dzięki szkole mogłam wspomóc WOŚP, byłam na promocji szkoły, brałam udział nie tylko w wycieczkach przedmiotowych, ale i spotkaniach z ciekawymi ludźmi. Wiceminister MENu, pan Mirosław Orzechowski, poseł Waldemar Andzel, eurodeputowana Małgorzata Handzlik, polityk Janusz Palikot, polski olimpijczyk Józef Zapędzki, czy też ksiądz Tadeusz Isakowicz - Zalewski. Ilu z nich mogłabym na żywo zobaczyć, gdyby nie szkoła? Pewnie żadnego.



Prawdziwe efekty trzech lat spędzonych w liceum pojawiły się natomiast w czerwcu 2009 roku, kiedy odebrałam wyniki matury. Zaskoczeniem było uzyskanie 100% z rozszerzonej matmy, coś co na pozór wydaje się niemożliwe dla osoby z niesprawnymi dłońmi. Jednym zdaniem ponownie udowodniłam, że najważniejsze jest to, co mamy w głowie. Bo tego nam nikt nie zabierze.
Nie żałuję podjętej przed laty decyzji co do wyboru szkoły, bo z perspektywy czasu widzę, jak wiele w niej zyskałam.

V liceum ogólnokształcące zostało powołane do życia wiosną 1990 roku. Było nowatorską szkołą w mieście, która chociaż nie posiadała nawet budynku, to oferowała ciekawe profile, wysoko wykształconą kadrę pedagogiczną oraz wysoki poziom nauczania języków obcych. Nauczyciele, którzy chcieli w nim nauczać musieli złożyć u dyrekcji projekt nauczania swojego przedmiotu. Spośród 250 uczniów kończących szkołę podstawową z świadectwem z czerwonym paskiem, egzamin wstępny wyłonił 52, którzy byli pierwszym rocznikiem rozpoczynającym swoją przygodę w nowej szkole. Niespotykana była tutaj odwaga rodziców tych dzieci, którzy zaufali nauczycielom, chociaż nawet nie było pewne, gdzie ich pociechy po wakacjach będą się fizycznie uczyć. 
Od początku szkołę charakteryzował bardzo wysoki poziom nauczania. Już w pierwszym roku pojawili się pierwsi laureaci konkursów przedmiotowych, w tym ogólnopolskich. Jakaż była w nich chęć nauki, bez względu na brak warunków lokalowych.
Po dziesięciu latach włóczęgi placówka otrzymała stały budynek nieopodal centrum miasta. W tym samym roku nadano szkole imię kanclerza Jana Zamoyskiego, a także odbyła się pielgrzymka młodzieży niepełnosprawnej do Watykanu, gdzie na prywatnej audiencji papież Jan Paweł II pobłogosławił ideę paraspartakiady Śląska i Zagłębia. Rok później została utworzona pierwsza klasa integracyjna. Siedem lat później nadano szkole sztandar, a następnie wybudowano windę dla osób niepełnosprawnych.

Kurcze, te 25 lat zleciało nie wiadomo kiedy. Najpierw była uroczysta Msza święta w bazylice, a następnie gala podsumowująca ćwierćwiecze. Byłam na jednym i drugim. Bardzo się ucieszyłam, kiedy okazało się, że nauczyciele jeszcze mnie pamiętają, że nie jestem dla nich anonimowym uczniem. Zresztą z tego co zauważyłam to nikt nie był. Podchodzili, pytali się co u nas słychać, zwracali się z imienia. Człowiek czuł się cząstką całej 25 letniej społeczności. A za razem uświadomił sobie, że za pół roku sam skończy te 25 lat...

1 komentarz:

  1. Odpowiednia szkoła średnia to naprawdę prawdziwy skarb. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń