Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

sobota, 29 sierpnia 2015

Cała prawda o ludziach...

Przeglądając kiedyś jeden z zaprzyjaźnionych blogów natrafiłam na komentarz, w którym zagorzale deklarująca się chrześcijanka pisała, że ufa jedynie Bogu, a nie ludziom, ponieważ On jej nigdy nie zawiódł. Czy jednak naprawdę warto jest nie ufać ludziom?
Idąc na pielgrzymkę wiedziałam, że w pewnym stopniu będę uzależniona od innych. Nawet głupiej herbaty nie jestem w stanie przenieść na dłuższe odległości. Co ja piszę o przenoszeniu, jak mam gorszy dzień to mam nawet problem z doniesieniem szklanki do ust. Z w miarę szybkim sznurowaniem butów też mam problem. A takie są wbrew pozorom dla mnie najlepsze. O całej masie innych prozaicznie prostych codziennych czynnościach nie wspomnę. No i jeszcze do tego dochodzi zwykła ludzka słabość i zmęczenie. Czy sądzicie, że gdybym nie ufała ludziom, nawet tym zupełnie obcym, to zdecydowałabym się na taki krok?
A ludzie? Na lepszych nie mogłam trafić - pomogli donieść herbatę na miejsce, nalali chochelką zupy, poszli do sklepu po wodę, podzielili się chlebem, zatroszczyli się o nocleg drugiego człowieka, pomogli rozłożyć i złożyć karimatę, zanieśli bagaż na samochód, zawiązali sznurowadła, pomogli założyć pelerynę przeciwdeszczową... Ech, długo by wymieniać. I to wszystko z uśmiechem na ustach, a w dodatku bezinteresownie. Bo do dzisiaj nie dostałam rachunku za to wszystko hi, hi, hi. Pomijam już fakt, że wszyscy się dziwili, iż idę sama. W sumie to nawet nie miałabym z kim z rodziny iść. I tutaj koło się zamyka - jeżeli ma się niewielkie wsparcie w rodzinie, i nie chodzi mi tutaj bynajmniej o wsparcie od strony duchowej, to podświadomie szuka się go wśród obcych.
Osobiście z reguły mam to szczęście, że niemal od pierwszych chwil życia trafiam na przychylnych sobie ludzi. W ogóle zazwyczaj bezbłędnie wyczuwam tych dobrych i to nimi staram się otaczać. I to się sprawdza, bo dobry człowiek, nawet niewierzący, zawsze będzie chciał dla drugiego jak najlepiej. A co robię z tymi złymi? Nie, nie odtrącam ich, aczkolwiek staram się ich unikać i nie wdawać w niepotrzebne dyskusje. Tylko szkoda mojego zdrowia i moich nerwów. Nawet na blogu wolę pewnych grup osób nie gościć, niż potem się wściekać czytając ich wyuzdrane komentarze(nie mam tutaj na myśli nikogo z obecnie komentujących).
Jesteśmy osobami żyjącymi w społeczeństwie, nie da się więc uniknąć kontaktów z innymi ludźmi. Chociaż często jesteśmy ranieni w taki czy inny sposób, to myślę, że należy dawać szansę kolejnym poznawanym osobom. Ja tak zawsze robię i z reguły nic nie tracę. Zresztą kieruję się też myślą, że w każdym człowieku jest cząstka Boga. I jakbym żadnemu z nich, nawet ateistom, nie ufała, to tak, jakbym nie ufała też samemu Najwyższemu. A z drugiej strony potrafię powiedzieć "NIE", kiedy ktoś wykorzystując moją ufność próbuje mną manipulować. Ważne, a zarazem trudne, jest bowiem też to, aby swoją ufnością nie dać się zmanipulować. Zarówno ufność, jak i rozwaga są trudnymi umiejętnościami, ale możliwymi do osiągnięcia. Trzeba tylko wykorzystywać je z umiarem, a wszystko będzie dobrze.

2 komentarze:

  1. Z mojego doświadczenia również wynika,że zawsze trafiają się gdzieś dobrzy ludzie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Trzeba ufać ludziom, tylko nie wszystkim, a ja za bardzo im ufam i potem...bywa różnie.

    OdpowiedzUsuń