Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

sobota, 24 stycznia 2015

Wizyta raz do roku

Doczekałam się dzisiaj kolędy. Zważając na terminy z zeszłych lat zauważyłam, że z roku na rok jest ona w moim bloku coraz później. Wiele osób w moim środowisku zastanawia się, czy jest w ogóle sens wpuszczać księdza do mieszkań, skoro później może na kazaniach czy też ogłoszeniach duszpasterskich poruszać kwestię jak kto mieszka. Szczerze powiedziawszy śmieszy mnie taki argument, ponieważ jak długo żyję, nigdy w naszej parafii nie słyszałam, aby ksiądz poruszał kwestię wyposażenia czyjegoś mieszkania. Co najwyżej ubolewał nad faktem, że tak wiele par mieszka na "kocią łapę" i nawet nie zamierza zalegalizować swojego związku... Nie wymieniał nikogo z nazwisk, broń Boże, ale i tak wielu poczuło się urażonych tymi słowami(i tym sposobem sami zdradzili, że stwierdzenie dotyczy właśnie ich :D). Dla mnie osobiście wizyta duszpasterska jest wizytą samego Boga, który przychodzi do mojego mieszkania w postaci kapłana. Oczywiście wierzę, że Najwyższy jest ze mną zawszę i wszędzie, jednak ten jeden dzień w roku jest tego namacalnym symbolem. Żyję raczej skromnie, jednak zawszę staram się, aby tego dnia pokój wyglądał naprawdę nieskazitelnie. To trochę tak, jakby miał nas odwiedzić papież albo prezydent. Wiadomo, że nie przyjmiemy go w potarganych spodniach i pokoju, w którym po podłodze walają się papierki po cukierkach. A teraz odwiedził mnie ktoś znacznie ważniejszy.

W tym roku moją ulicę objął najmłodszy wikary. Szczerze powiedziawszy było mi to całkiem obojętne, kto tym razem do mnie zawita. Jak już pisałam, dla mnie to przychodzi Bóg w osobie kapłana, a nie człowiek. Zresztą tradycyjnie było u mnie schludnie. Wczoraj wymieniłam firanki na nowe, świeżo wyprane. Jeszcze przed wyjściem do szkoły(dzisiaj miałam zajęcia w Żaku) złożyłam tapczan i wyciągnęłam z szafy pasyjkę, świeczniki, kropidełko i świeżo wykrochmalony obrus(ciekawa jestem, czy ktoś dzisiaj jeszcze krochmali bieliznę?). Ku mojej radości zajęcia w szkole trwały dzisiaj tylko do 12(w tym miałam egzamin z podatków i wynagrodzeń, który jakimś cudem zdałam na 4). Po powrocie do mieszkania przygotowałam sobie obiad, aby nie umrzeć z głodu(dzisiaj królowała kuchnia chińska, czyli warzywa z mięsem mielonym i ryżem z patelni - szybkie i treściwe, a przy okazji zostanie mi jeszcze na poniedziałek), "wyeksmitowałam" mojego kociaczka - Pusiaczka do łazienki, aby mi nie przeszkadzał i wzięłam się za zmycie podłogi. Potem tylko podlanie moich trzech kwiatków na parapecie i rozłożenie niezbędnych akcesoriów na stole, który uprzednio też zmyłam. Zdając sobie sprawę z tego, że ksiądz J. raczej nie szybko do mnie dotrze(bądź co bądź, numer mojego mieszkania ma bliżej końca niż początku), postanowiłam poduczyć się na jutrzejszy egzamin z działalności gospodarczej. Warto mądrze wykorzystać swój czas. Chociaż gdybym czytała "Dzieje chrześcijaństwa w zarysie" Daniela Olszewskiego pewnie byłoby bardziej na temat.

Ksiądz J. zawitał do mnie wcześniej niż się spodziewałam - przed 6. Odmówiliśmy modlitwę, pokropił moje skromne progi. Trochę spieszył się na wieczorną Mszę Świętą, toteż obyło się bez zbędnej rozmowy. Zresztą i tak często mnie widzi w kościele, zaangażowałam się w organizację zimowych półkolonii, nawet się śmiał, że w końcu trafił do jakiejś scholanki. Jednocześnie przypomniał mi o jutrzejszej sumie odpustowej. Co prawda mam zajęcia w Żaku, ale najwyżej wcześniej wyjdę. Zostawił mi aż trzy obrazki, po jego wizycie śmiałam się, że nadrobił te lata, podczas których nic nie dostałam. Nie żebym była łasa na kartoniki, ale to jednak miło dostać taką pamiątkę. I jeszcze jeden miły akcent - wikary za nic na świecie nie chciał wziąć ode mnie koperty. Wiem, że mieszkam raczej skromnie, ale wiem też, że parafia ma swoje potrzeby. Teraz spłaca raty za nową elewację. A tych kilkadziesiąt złotych na pewno się im przyda. Suma sumarum koperta w końcu została wzięta, ale podbudowano we mnie świadomość, że nie dla wszystkich pieniądze są najważniejsze. A może inaczej - niektórzy zdają sobie sprawę z tego, że są ludzie, którym pieniądze są bardziej potrzebne. To takie niespotykane w dzisiejszych czasach, kiedy każdy chce mieć jak najwięcej kapitału. 

4 komentarze:

  1. Dokładnie, utrzymanie Kościoła trochę kosztuje. Choćby samo światło to już duże koszty.
    My lubimy odwiedziny duszpasterskie, bo tak jak napisałaś odwiedza na Bóg, a z nim żyje się o wiele lepiej
    Gratulujemy zdania egzaminu

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tylko, że nie każdy rozumie te koszty i myśli, że kościół nie musi płacić... Dziękuję za gratulację. Pozdrawiam

      Usuń
  2. Hm, dowiedziałam się właśnie, że u nas kolęda za dwa dni, planuję nie być.
    Też jestem w trakcie sesji, więc życzmy sobie wytrwałości :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zawsze można "być na uczelni/w pracy/w drodze" :). Ja Tobie też życzę wytrwałości i powodzenia :)

      Usuń