Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

piątek, 23 stycznia 2015

Zmiana, ale czy na lepsze?

Poszłam dzisiaj na trening lekkoatletyczny. Pierwszy raz od października, ale to akurat przemilczmy, bo plan zajęć na Uniwersytecie mam tak ułożony, że za nic na świecie nie mam jak wbić te 1,5 godzinki trzy razy w tygodniu :(. A w piątki jestem tak padnięta całym tygodniem, że po prostu padam na twarz i wtedy kiedy jest trening, ja po prostu chrapię w najlepsze. Poza tym ostatnio doszły problemy zdrowotne i tak jakoś wyszło... Boleję nad tym bardzo, ponieważ bieganie to nie tylko moja pasja, ale i doskonały sposób na rehabilitację zarówno ruchową, jak i oddechową. Przez piętnaście lat sporo osiągnęłam, więc szkoda zaprzepaścić włożony w to wszystko trud. Dlatego dzisiaj pokonałam własną słabość i wybrałam się do miejscowej szkoły sportowej.

Już na wstępie usłyszałam, że niewiele straciłam, ponieważ dotychczasowa trenerka zrezygnowała z prowadzenia zajęć, a jej następczynie zbyt szybko zrażały się niepowodzeniami. No tak, pewnie myślały, że trening i osiągnięcia osób niepełnosprawnych są identyczne jak zdrowych zawodników. Nic bardziej mylnego. Tak naprawdę każdy z nas musi mieć indywidualnie przygotowany program zajęć pod naszą konkretną grupę startową oraz niepełnosprawność. Jednocześnie trener musi mieć świadomość tysiąca niespodziewanych zdarzeń, jakie mogą zdarzyć się podczas treningu. Niejednokrotnie bowiem zdarzały się przypadki, gdzie trenerka musiała przerywać zajęcia i jechać z którymś z nas do szpitala, aby zszyć ranę. Nie każdy jest w stanie podołać takiej odpowiedzialności.

Pierwszy raz w mojej karierze sportowej zdarza się, aby trenerem lekkiej atletyki był mężczyzna z krwi i kości. A tutaj proszę, w środę otrzymuję SMSa z zaproszeniem na dzisiejsze zajęcia i podpisane męskim imieniem. Na szczęście w piątki miałam(bo już zakończyłam) tylko jedne zajęcia i to o 8 rano, więc spokojnie mogłam podjechać o 16 pod szkołę sportową, gdzie odbywało się spotkanie. Trochę miałam wątpliwości, bo jednak długo mnie nie było, a i nie od razu przyzwyczajam się do nowych ludzi. Na szczęście pan P. okazał się rzeczowym człowiekiem. Wszak on też zaczynał swoją przygodę ze sportem u pani A.(tylko, że ja trenowałam w ramach zajęć szkolnych, a on w innym terminie jako zawodnik "STARTU KATOWICE", do którego i ja w końcu zostałam zwerbowana), ma problemy ze wzrokiem. Posiada tytuł trenera LA, a jednocześnie sam jest w pewnym sensie niepełnosprawny więc wie, że każdy z nas ma pewne granice, których nie przeskoczy się od tak sobie. Na spotkaniu jedna mama zadała pytanie, czy tak jak dotychczasowe zastępcze trenerki, na co pan P. odpowiedział, że sam trenował i wie, że nic nie przychodzi ot tak sobie, toteż będzie z nami tak długo, jak tylko będzie trzeba. Widać było, że jest to konkretny człowiek, który planuje zajęcia w różnych obiektach. Oby mu się to udało. A potem zaczął się trening, który był jednym z bardziej luźnych, jakie zdarzyło mi się mieć. Truchcik, rozgrzewka, dwie przebieżki, cztery szybsze przebiegnięcie wyznaczonego odcinku, znowu 7 minut truchciku i na koniec streczing. Żyć nie umierać. Chociaż potem, czyli na wiosnę, przechodzimy do meritum tego wszystkiego. Mam nadzieję, że plan zajęć na uczelni będzie w miarę znośny(pobożne życzenie - dochodzi mi 30 godzin więcej zajęć w całym semestrze, więc będzie ciekawie), bo brakuje mi tego ruchu.

Chciałabym też wrócić do pływania, które uwielbiam. Klub sportowy musiałby jednak otworzyć kolejny oddział gdzieś bliżej mojego miejsca zamieszkania, a na to się na razie nie zanosi. A szkoda, bo te dwie godziny nie tylko mnie relaksowały, ale i pozwalały szybko zasnąć.
Wisła, wrzesień 2009 rok - dwa złote medale, największe zaskoczenie, a jednocześnie niecodzienny prezent urodzinowy

1 komentarz:

  1. Wracaj do pływania, wracaj, to może kiedyś spotkamy się na jakiś zawodach

    OdpowiedzUsuń