Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

środa, 30 września 2015

Sześć lat temu o tej samej porze...

Nasz kalendarz charakteryzuje to, że jest cykliczny, to znaczy układ dat w poszczególnych dniach tygodnia jest taki sam co jakiś czas. Bo co prawda w każdym kolejnym roku dana data przesuwa się o jeden dzień, a w przypadku lat przestępnych o dwa, to jednak w pewnym momencie nasze urodziny przypadną w tym samym dniu, co jakiś czas wcześniej.
Taki sam układ jak w tym roku miał też rok 2009. Był to dla mnie bardzo ważny rok, ponieważ zdałam w nim w sumie zadziwiająco dobrze maturę i dostałam się na studia, co oznaczało dla mnie wkroczenie w nowe, dorosłe życie. Co prawda osiemnastkę skończyłam rok wcześniej, jednak w liceum byłam jeszcze nieporadnym pisklaczkiem, bojącym się wszystkiego i wszystkich. Może gdybym była bardziej odważniejsza, to studiowałabym wymarzone dziennikarstwo albo matematykę. Tymczasem wylądowałam na zarządzaniu w fizjoterapii i sporcie osób niepełnosprawnych. Bo tam wedle szkolnej pani pedagog i mojej wychowawczyni miało mi być najlepiej. Sama nie wiedziałam czego mam się spodziewać po tym kierunku. Lubiłam i dalej lubię sport chociaż bardziej w formie czynnej niż biernej. Lekka atletyka, pływanie, narty - to mój żywioł. W sumie to studia w jakiś sposób nawiązywały do niego, ale czy na pewno?
Pamiętam, że 30 września, w środę, był dzień organizacyjny - szkolenie bhp, zebranie z dziekanem. Cieszyłam się, a jednocześnie czułam niepokój. A po powrocie do domu, w ramach relaksu, zaczęłam czytać książkę. Pamiętam też, że wieczorem długo myślałam jak to będzie. Czy uda mi się utrzymać poziom? Czy znajdę bratnie dusze? Czy znowu będę popychadłem, czy też nie? Na szczęście na licencjacie trafiłam na naprawdę wspaniałe osoby, które akceptowały mnie taką, jaka jestem. Gdybym tylko wiedziała to dzień przed 1 października. Miałam jednak nadzieję, że po pięciu latach nauki otrzymam tytuł magistra. Tutaj jednak się przeliczyłam, a perspektywa otrzymania pełnego dyplomu ukończenia studiów oddaliła się w czasie... Chyba za szybko chciałam wszystko osiągnąć, pokazać, że da się. Życie jednak skutecznie nauczyło mnie pokory do samej siebie i nie wychylania się poza szereg.
Teraz jestem trochę bardziej odważniejsza. A jednak w niedzielę miałam podobne obawy jak te 6 lat temu. Jednak nie z powodu powrotu na Uniwersytet Papieski, o nie. Doskonale wiem, że tam wszyscy akceptują mnie taką zwyczajną, jaka jestem. W wakacje jednak ponownie złożyłam papiery na USM z turystyki i rekreacji, tym razem, zgodnie z moimi zamierzeniami z początku studiów, w Krakowie. Miałam obawy, co do złożenia podania, wszak jestem już na jednych studiach w Krakowie, w dodatku AWF wprowadził limit dla ludzi studiujących na dwóch kierunkach - dla nich było przewidzianych tylko 18 na 180 miejsc. A jednak mi się udało. Co więcej, byłam na dosyć wysokiej pozycji na liście przyjętych. Potem trafiłam na wspaniałą doktor od medycyny pracy, która widziała mnie w roli studenta. Dostałam zgodę na studiowanie - kolejny cud. Dzięki temu w ten poniedziałek pierwszy raz przekroczyłam próg Akademii Wychowania Fizycznego im. Bronisława Czecha w Krakowie. Czy tym razem mi się uda zdobyć dyplom magistra? Tego nie mogę powiedzieć. Wiem jednak jedno - jeżeli nie uda mi się tego dokonać, to daję sobie spokój z magisterką. Może nie jest on dla mnie?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz