Wczorajsze ubieranie choinek w kościele zajęło nam ponad 4 godziny. Pewnie było by szybciej, gdyby było więcej osób. A tak było nas zaledwie 5 + marudzący proboszcz. Ksiądz co prawda ogłaszał w niedzielę, że w czwartek zaprasza chętnych na ubieranie choinki. Rok temu nie mogłam pomóc w dekorowaniu kościoła, ale teraz nic nie stało na przeszkodzie. Koło południa zostały przywiezione przez kupca z targu, panowie ze Straży Honorowej ciosali ich pnie, aby później umieścić je w stojakach. Jeden z nich tak nieszczęśliwie się zamachnął siekierą, że wbił sobie ją w rękę. Polała się krew, zadzwoniono pod 112. Zanim jednak do kościoła dotarło pogotowie, przyjechała policja. Dwóch funkcjonariuszy wpadło na zakrystię z pytaniem:
- Gdzie jest ten mężczyzna, który goni z siekierą po zakrystii?😂
Ludziom oczy wyszły na wierzch, w końcu jeden z nich mądrze odpowiedział:
- A pan chce mu pomóc, czy go zaaresztować?
Wkrótce na parking podjechała karetka, strażaka wzięli do szpitala. Ale choinki zostały postawione i po wieczornej Mszy świętej można było je ubrać.
Na początku byłam sama na kościele, nawet ksiądz proboszcz pojechał na plebanię się przebrać. Po drodze zapytał mnie, czy przyjdzie ktoś z animatorów. A bo ja wiem? Niech się Boskiego pyta, a nie mnie. No, ale tą uwagę zachowałam dla siebie. Ponieważ ksiądz T. spowiadał w konfesjonale, to kościół był otwarty, jednak proboszcz zamknął zakrystię. Po chwili przyszedł kościelny z panem F. od których dowiedziałam się o zdarzeniach sprzed kilku godzin.
Powoli zaczęliśmy rozwijać lampki i wieszać je na choinkach. W sumie trochę nie przemyślano taktykę, bo prościej by było najpierw zawiesić lampki, a potem postawić drabinę. A tak nawet stojący na drabinie pan F. nie mógł dostać do najwyższych partii drzewek stojących przy ołtarzu. Boski Oski może by dosięgnął. Ale jego nie było. Kiedy przyszły dziewczyny z zespołu muzycznego, na choinkach były już lampki. Teraz wystarczyło tylko powiesić bombki.
Ksiądz proboszcz kupił nowe, 50 sztuk, na dwie choinki.
- 49! - krzyknęła N., kiedy jedna z nich przez przypadek "wybuchła" w moich dłoniach. Oj, to chyba nie był dobry pomysł, abym brała je w swoje łapki.
- 49! - krzyknęła N., kiedy jedna z nich przez przypadek "wybuchła" w moich dłoniach. Oj, to chyba nie był dobry pomysł, abym brała je w swoje łapki.
- 48! - powtórzyła po chwili, znalawszy kolejną pękniętą bombkę.
- To nie ja - powiedziałam odruchowo, na co odpowiedziała mi salwa śmiechu.
- Spoko, nawet ciebie o to nie podejrzewamy - usłyszałam od J. Trzymanie bombek to nie dla mnie, ale trzymanie kartonu z bombkami, albo drabiny z ludźmi - już tak! Nawet swoim sposobem przycięłam obcążkami kilkanaście sztuk drucika, na którym wiszą bombki. A to naprawdę nie jest łatwe, kiedy macie do dyspozycji tylko jedną sprawną rękę. Ale dla chcącego nic trudnego.
Choinki przy ołtarzu zostały udekorowane lepszymi, nowszymi bombkami(już widzę, jak spadają podczas procesji wejścia trącane przez kapłanów, gorszymi, wieloletnimi przystroiliśmy iglaczki po bokach. Tutaj połowa bombek była uszkodzona, więc zbytnio się nie martwiłam, że ich ubędzie. Wybrakowane lądowały w koszu.
Po choinkach przyszła pora na przygotowanie szopki. Figurki mamy te same od lat, wystarczyło je tylko wytrzeć z kurzu, którym obrosły na kilkanaście milimetrów. A potem tylko poustawiać w szopce. Chociaż bardziej realistycznie byłoby w grocie. Kolejna czynność na kilkadziesiąt minut roboty... No i na koniec posprzątaliśmy, bo potłuczone bombki mogłyby dziwnie wyglądać na porannej Mszy świętej. Do domu wróciłam... o 22:50. Zważając na to, że wyszłam z niego przed 17:00, to mogę powiedzieć, że spędziłam w kościele niecałych 6 godzin. Ale za to zarobiłam dwa kalendarze z "Warki"(!!!), długopis i książkę o świętej Hiacyncie z Fatimy(chociaż w tytule jest jeszcze błogosławioną). Dodatkowo ksiądz proboszcz powiedział, że możemy dzisiaj pomóc w ubieraniu choinek w Domu Młodzieżowym.
Jeszcze wracając do domu umówiłyśmy się z N., że przyjdziemy do księdza około godziny 13:00. Pech chciał, że byłam tam pierwsza. Drzwi otworzył mi ksiądz T., a po chwili do domu wrócił proboszcz, który kazał mi na dole czekać na N. Po kilkunastu minutach zbiegł do mnie ksiądz Oskar, żebym poszła na górę na jadalnię, bo tam jest choinka. Poza tym bez sensu, abym siedziała sama w piwnicy. Na jadalni natchnęłam się na księdza proboszcza, który zapytał się, kto mi kazał tutaj przyjść. Przekonana, że chodzi mu o aktualną sytuację, powiedziałam że ksiądz Oskar. Proboszcz na to, że jemu chodzi, czy to N. kazała mi przyjść. Ja mu na to że nie, że przyszłam z własnej woli. Coś tam pomruczał pod nosem i sobie poszedł. Kurde no, jak człowiek chce zrobić dobry uczynek to już jest coś nie tak! A może jako osoba niepełnosprawna nie mogę chcieć sama z siebie pomóc w czymś? Ksiądz Oskar widząc moją minę kazał mi się nie przejmować i zaczął zagadywać w sprawie przygotowań do świąt. Po chwili przyszła N. i zaczęliśmy ubierać choinkę. Najpierw tą w jadalni, potem w pokoju wspólnotowym, a na samym końcu u księdza w pokoju. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że w dwóch ostatnich jest klauzura zakonna... No, ale widać, że czasami można ją zdjąć. I przekonaliśmy się, że u księdza w pokoju jest naprawdę zimnica. W takich warunkach naprawdę ciężko zdrowieć. Trzy godziny minęły nie wiadomo kiedy. Było dużo śmiechu i chichu, było dużo rozmowy. I nawet bombki przeżyły spotkanie ze mną :).
Choinki wyglądają wspaniale, zwłaszcza kiedy jest ciemno. N. też zadowolona z tego, że jej pomogłam. W końcu o te kilkanaście bombek szybciej skończyła wszystko. Ksiądz Oski też powiedział, że dobrze że przyszłam. A i ja się trochę zintegrowałam. Po tym wszystkim byłam tak zmęczona, że już podarowałam sobie dzisiejsze roraty. Ale na zakrystię zawitałam - po świece "Caritas". Chciałam ją kupić już w niedzielę, ale ludzie wykupili to co było do sprzedania na kościele(nota bene sama stałam i sprzedawałam je). Kiedy zapytałam się księdza Oskara czy są jeszcze te małe świeczki, spojrzał do pudełka, zobaczył kilka dużych świec(nie patrząc, co jest pod nimi) i stwierdził, że małe zostały wykupione. Tymczasem wczoraj na zakrystii zauważyłam całą paczkę tych małych świeczek(nie zdziwiłabym się, gdyby były one pod tymi dużymi). Wzięłam więc odliczone pieniądze i w drodze do kościoła mówię do księdza:
- Psze księdza, widziałam wczoraj na zakrystii kilka małych świeczek "Caritas". Mogę sobie w końcu kupić jedną?
- O ile ktoś ich nie wykupił przed Mszą świętą, albo nie są dla kogoś odłożone, bo czasami tak się robi...
- Całe pudełko?
- (Tłumiony śmiech) Aż tak to nie. Słysząc kilka myślałem o trzech, czterech sztukach, a nie o pełnym pudełku. Jasne, że możesz sobie jedną kupić.
Pudełko ze świeczkami stało jak stało, wzięłam sobie więc jedną z nich, pieniądze dałam księdzu, jeszcze raz usłyszałam, że fajnie że przyszłam i wystartowałam do domu. Czas na kolejną partię porządków w mieszkanku...

Ale krwawe wydarzenia w kościele!
OdpowiedzUsuńU mnie w kościele są choinki pod sam sufit, nie wiem jak oni je ubierają?;)
Znowu będą na mieście, że nad salezjanami jakaś klątwa wisi :). U nas na szczęście sufit jest wysoki, więc trudno by było kupić tak wysoką choinkę. Ale faktycznie, może to być wyzwanie dla parafian
UsuńPo latach fajnie będzie to wszystko wspominać.
OdpowiedzUsuńRadosnych Świąt życzę :D
Tak, to jest chyba w tym wszystkim najlepsze. Spotkamy się po latach i będziemy wspominali: A pamiętasz jak wtedy...
UsuńMoże powstanie nowe przysłowie? - "Obyś cudze choinki ubierał":)
OdpowiedzUsuńTulę mocno.
Ha, ha, ha! Dobre, kto wie...
UsuńA w domu też ubierasz choinkę? Po tak emocjonujących wydarzeniach? :)
OdpowiedzUsuńW domu ubiorę jutro. Do tego czasu ochłonę z emocji...
UsuńWydarzenie które na pewno na długo pozostanie w Twojej pamięci. Ciekawa jestem jak przygotowania w domku? Ja wróciłam do blogowania.
OdpowiedzUsuńW sumie ja tej akcji z siekierą nie widziałam na własne oczy, tylko słyszałam. A w domu... w sumie chyba już się odrobiłam...
UsuńNapracowałaś się
OdpowiedzUsuńA jeszcze musiałam posprzątać w domu. Na szczęście mieszkanie mam niewielkie, więc dałam sobie z tym radę :)
UsuńŚmieję się, że będzie dobrze, jeżeli podczas kolędy nie dostanę rachunku za te straty w bombkach(w sumie ostatnio znowu mi się dowcip wyostrzył).
OdpowiedzUsuńJa Tobie również życzę wesołych, rodzinnych świąt.