Karolina dzisiaj zaczęła zabiegi reha..., reha..., w każdym razie reha coś tam i nawet nie wie, że dorwałam się jej do laptopa. Ale Wy też o tym nic nie wiecie, dobra? Kiedyś podpatrzyłam jak włącza to wszystko i uruchamia przeglądarkę internetową(kto wymyślił taką trudną nazwę) i postanowiłam spróbować samej coś napisać. Może mi się uda?
W ogóle nie rozumiem Was, ludzi, jak można być aż tak zabieganym. Ja tam spędzam większość dnia na spaniu, potem na myciu swojej białej sierści(chociaż teraz bliżej jej do burości, przynajmniej tak stwierdził tata Karoliny), na jedzeniu, na mruczeniu. A Karolina? Karolina ciągle gdzieś biega, ciągle coś załatwia. Aż dziw, że w tym swoim zabieganym życiu znalazła jeszcze czas na szukanie mnie. A wiecie co jest w tym wszystkim najlepsze? Że szukała mnie daleko, a byłam całkiem blisko.
Podobno zaginęłam na trzy tygodnie. Ja tam nie wiem, nie znam się na tym Waszym ludzkim kalendarzu. Wiem tylko tyle, że nie było mnie w domu bardzo, bardzo długo, zresztą każdy dzień dłużył mi się w nieskończoność. Gdybym wiedziała, że to tak się skończy, to nigdy nie wychyliłabym nawet nosa zza drzwi naszego mieszkania.
Pewnego dnia, a raczej wieczoru, do Karoliny przyszedł jej tata z jakąś torbą. Korzystając z tego, że nie zamknął za sobą drzwi, postanowiłam czmychnąć na korytarz. W sumie często tak robiłam, bo ileż można siedzieć w domu. Miało być jak zawsze - wychodzę z domu, rozglądam się dookoła i wracam z powrotem. Tym razem jednak zza drzwi obok wyszedł jakiś inny człowiek z istną bestią. Potwora tego wielokrotnie słyszałam zza ściany jak szczeka(przynajmniej Karolina tak nazywała ten dźwięk) i zawsze wtedy truchlałam. Teraz stanęłam z nią twarzą w twarz. Uwierzcie mi - wszystkie włoski na moim grzbiecie stanęły mi dęba. To coś zaczęło na mnie warczeć. Co zrobilibyście na moim miejscu? Trzeba było brać nogi za pas. Drzwi do mojego domu jakimś cudem były zamknięte, wejścia na schody prowadzącego w górę pilnowało to coś, jedynym wyjściem było pobiegnięcie w dół. Więc pobiegłam. Akurat drzwi prowadzące na świat były otwarte, w przeciwieństwie do tych do piwnicy. Nie było innego wyjścia i musiałam wyskoczyć przez nie do ogródka przy bloku. Plan był prosty: człowiek z bestią sobie pójdzie, a ja wrócę bezpiecznie do domu. Proste, prawda? Kątem oka zauważyłam, że wychodzą oni z klatki wraz z tatą Karoliny. Ale zaraz potem usłyszałam niezapowiadający nic dobrego brzdęk. Z przerażeniem odkryłam, że drzwi się zatrzasnęły, a kiedy odwróciłam łebek, taty nie było już w pobliżu. Postanowiłam sama znaleźć jakieś wejście do bloku. Szłam przy ścianie, aż nagle zobaczyłam jakieś uchylone okienko. Postanowiłam spróbować tamtędy wejść. Przecisnęłam się przez szparę i wskoczyłam do środka. Niestety, lądując spowodowałam, że osunęły się zostawione przy oknie kartony. Jednocześnie usłyszałam znajome:
- Pusia, Pusia, Pusia!
- Mamo! Tutaj jestem! - krzyczałam. Nikt mnie jednak nie słyszał. To "Pusia, Pusia" powtarzało się co jakiś czas. A ja za każdym razem wołałam na pomoc. W końcu wołanie ucichło. Co prawda w kąciku komórki stał pojemnik z suchą kocią karmą, która na jakiś czas mogła mi wystarczyć, jednak nikt tutaj nie zaglądał. Ja zaś straciłam nadzieję, że ktoś mnie tutaj znajdzie. Raz nadzieja na nowo odżyła, kiedy usłyszałam znajome kroki na korytarzu. Chciałam zapiszczeć, że jestem tutaj, ale z mojego gardła wydobył się tylko żałosny, cichy jęk. Kilka razy inne bezdomne koty radziły mi co zrobić, aby się stąd wydostać, jednak nigdy nie udało mi się wystarczająco wysoko skoczyć, aby dosięgnąć okienka. W dodatku nie było się tam o co zaczepić pazurkami i podciągnął, więc musiałabym mieć naprawdę duży odskok. Coraz bardziej dokuczało mi pragnienie. Zabawne, zawsze gardziłam wodą pamiętając, że o mało nie skończyłam w niej życia jako maleńki kociak. To Karolina uratowała mnie wtedy przed strasznym końcem. Teraz oddałabym wszystko za jej łyk. Sucha karma paliła w gardło. Z żałością przypominałam sobie o pysznych karmach podawanych mi w zawsze czyściutkiej miseczce. Jednak najbardziej brakowało mi pieszczot i miziania, nie byłam już "najpiękniejszym i najukochańszym kotkiem na świecie". Czasami płakałam sobie z tego powodu.
Mijały dni. Pewnego razu ktoś przekręcił klucz w drzwiach. "Mama?" przemknęło mi przez myśl. Nie, to nie była mama. Ale, ale... wiedziałam że skądś znam tą kobietę. Tak, ona mieszka w tej samej klatce co Karolina, też ma bestię, ale dużo bardziej przyjazną od tej wtedy, ma mojego kolegę Dextera i czasami daje mi smaczne kąski. "Zabierz mnie do mamy..." mruknęłam cichutko. Jednak ku mojemu przerażeniu zamknęła na nowo mnie w tej komórce. Przeleciało mi przez głowę, że to już koniec i zapadłam w letarg. Jednak po chwili drzwi ponownie się otworzyły i stanęła w nich Karolina. Nie mogłam uwierzyć w to, że ją widzę.
- Poznajesz mnie mama, poznajesz?
- Tak, to ona. Po trzech tygodniach wreszcie ją znalazłam.
A potem wzięła mnie na ręce i poszłyśmy do domu. Po wejściu do klatki zaczęłam wierzyć w moje szczęście, a po przekroczeniu progu mieszkania w to, że nigdy nie należy przestać marzyć. Karolina szybko nalała mi wody do miseczki i dała pysznej karmy z tuńczykiem, zresztą mojej ulubionej.
- Dlaczego mi dałaś tak mało jeść. Wiesz jaka jestem głodna? - zapytałam opróżniwszy całą miskę.
- Nie dam ci Pusiu więcej, bo ci zaszkodzi - usłyszałam w odpowiedzi. Ech, człowiek chyba bardziej się na tym wszystkim zna od kota, prawda? Po posiłku umyłam sobie łapeczki i poszłam skontrolować mieszkanie. Nie uwierzycie, ale wszystko było na swoim miejscu. Nawet moja ubikacja i legowisko. Kochana mama, wiedziała, że wrócę. Oczywiście dostałam burę, którą pokornie przyjęłam. Ale też znowu usłyszałam, że jestem najpiękniejszym i najukochańszym kotem na świecie. Na dobranoc zostałam wymiziana po wszystkim co się dało. Och, jak mi tego brakowało. A jak mi się dobrze spało... Nie ma to jak wygodne ludzkie łóżko. Chociaż chyba już nie zdecyduję się na taki krok. Te trzy tygodnie zupełnie mi wystarczyły, a poza tym któregoś pięknego dnia Karolina jeszcze gotowa jest wystawić mi rachunek za farbę pokrywającą jej siwe z nerwów włosy, miau.
Hura brawo super wiadomość !!!! Tak się ciesze że kotka się znalazła .
OdpowiedzUsuńNawet nie wiesz jak ja się cieszę. Do dzisiaj nie mogę w to uwierzyć
UsuńNo i to jest wiadomosc miesiaca! Szczerze mowiac stracilam nadzieje, ze Puska sie znajdzie. Moze bedzie to dla niej nauczka, zeby nie uciekac.
OdpowiedzUsuńJa też powoli zaczęłam tracić nadzieję. Tym bardziej, że kiedyś przeszukaliśmy już piwnice. Podstawowy problem jest jednak w tym, że praktycznie wszystkie komórki są prywatnych osób i nie mogłam sobie do nich wejść ot tak sobie. Nie wszyscy byli też dostępni ze względu na sezon wakacyjny. Nie wiem kiedy Pusia wleciała do tej piwnicy, w każdym razie jak jej szukałam jeszcze tego samego wieczoru jak się zgubiła, to już nie mogłam jej zlokalizować. Dodatkowo kilka osób widziało podobnego kota koło kościoła i nawet sobie powiedziałam, że jak to nie będzie Pusia to się poddaję. Już nawet miałam obiecanego nowego kota. Na szczęście sąsiadka poszła do tej komórki i w niej wypatrzyła kota. Wszystko dobrze się skończyło :)
UsuńBardzo się cieszę. Dodam też, że moim zdaniem to jeden z Twoich najlepszych tekstów. Chwila... Powinnam napisać... Pusia, ale ty masz dar do pisania. Świetnie mi się czytało, naprawdę świetnie. :)) Cieszę się, że znów jesteście razem. :))) <3
OdpowiedzUsuńAż się zaczerwieniłam. Dziękuję. Może jeszcze kiedyś oddam Pusi klawiaturę :)
UsuńUff, możemy odetchnąć, super, że Pusia już wróciła!
OdpowiedzUsuńokularnicawkapciach.wordpress.com
I nawet sen jest o wiele spokojniejszy
UsuńZnakomita wiadomość i świetny tekst.:) Ani na moment nie straciłam nadziei, że Twój kotek się znajdzie. Najważniejsze, że wszystko się dobrze skończyło. Głaski dla Pusi i pozdrowienia dla Karolci.:)
OdpowiedzUsuńO, to jesteś lepsza ode mnie, bo ja już zaczęłam w to wątpić. Wiesz, tyle poszukiwań, tyle apeli, jedyna przerwa w tym wszystkim to trzy dni pielgrzymki do Częstochowy, ale wtedy też byłam cały czas pod telefonem. Aż tu nagle zupełnie niespodziewanie Pusia się znalazła. Oczywiście pogłaszczę ją od Ciebie Lenko jak tylko się obudzi.
UsuńJak dobrze, że wszystko miało szczęśliwe zakończenie :)
OdpowiedzUsuńPusiu - nigdy, nigdy więcej takich eskapad!
Mało brakowało, a finał wszystkiego byłby zupełnie inny. Pusia jest tak wymęczona tym wszystkim, że chyba nawet jej nie w łebku kolejne wycieczki w celu poznania świata :)
UsuńPusiu, dobrze, że się znalazłaś. Pamiętaj, że wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej:)
OdpowiedzUsuńPo tych trzech tygodniach Pusia jest chyba tego samego zdania
UsuńBrawo, wspaniała wiadomość... Dla takich wzruszeń warto żyć ;)
OdpowiedzUsuńDokładnie. Z tego wszystkiego nie wiedziałam czy się śmiać ze szczęścia czy może płakać :)
UsuńRelacja wspaniała, a jeszcze wspanialsza wiadomość :-)
OdpowiedzUsuńCieszę się, że i Wy się ze mną cieszycie :)
UsuńWspaniała wiadomość! Ciesze się razem z Tobą:)
OdpowiedzUsuńDziękuję Aniu. To miłe, że podzielasz moją radość
UsuńChyba nigdy nie zrozumiem tej personifikacji zwierząt...
OdpowiedzUsuńAle popatrz jakie to może być urozmaicenie blogowych postów takie przedstawienie czegoś z perspektywy zwierzęcia
UsuńNajważniejsze, ze sie znalazła i jest wszystko dobrze:)
OdpowiedzUsuńDziękuję Reniu. Kamień z serca, że już jest z nami
UsuńA nie mówiłam, że się znajdzie :) Wspaniała nowina Karolinko.
OdpowiedzUsuńPrzesyłam uściski.
Mówiłaś, mówiłaś :). Dziękuję za podtrzymywanie mnie na duchu
Usuńgłaski dla Pusi uściski dla Karoliny, ależ się cieszę wraz z Wami!
OdpowiedzUsuńPusia wygłaskana za wszystkie czasy
UsuńJak dobrze :)
OdpowiedzUsuńNawet nie wiesz ilem się nerwów najadła przez te 3 tygodnie
UsuńKochani, dziękuję za tak miłe słowa, za to, że umiecie cieszyć się wraz ze mną. Bo uwierzcie mi, nie jest sztuką cieszyć się z własnego szczęścia, ale współcieszyć się z szczęścia innych. Dziękuję, że jesteście!
OdpowiedzUsuńMyślałam o Pusi, szczególnie w tym okresie kiedy przestałaś opisywać na blogu poszukiwania kotki. Martwiłam się, że może faktycznie już zaginął po niej ślad, to by było straszne. Tymczasem tutaj - taka wiadomość! :) Bardzo, bardzo cieszę się razem z Tobą!
OdpowiedzUsuńWiesz, miałam w planach jeszcze jeden wpis poszukiwawczy, bo wielu ludzi mi mówiło, że widziało podobnego kota koło kościoła. I w zależności od tego, czy ten kot byłby Pusią czy też nie(jak pokazał czas, to nie był mój kot) albo byłby to wpis optymistyczny albo kończący serię poszukiwań. Na szczęście wszystko dobrze się skończyło i dosyć niespodziewanie dla nas wszystkich. Bo szukaliśmy jej daleko, a była stosunkowo blisko
UsuńSuper! Bardzo, bardzo się cieszę! Sama przeszłam ucieczkę moich papużek, potem jedna się odnalazła, ale zdechła z tęsknoty za swą towarzyszką. Więc tym bardziej było mi smutno. Za to cieszę się ogromnie, że poszukiwania sie zakończyły i to pomyślnie!!! Uściski dla Ciebie i Pusi :)
OdpowiedzUsuńOch, szkoda papużki... Dziękuję, że podzielasz moją radość, bo ja już zaczęłam wątpić w happy end :)
UsuńOch! Jak cudownie :D Bardzo, bardzo się cieszę :D
OdpowiedzUsuńNie wiem jak mi umknął ten post... nieważne :D Najważniejsze, że wszystko szczęśliwie się zakończyło :D