Kilka miesięcy temu napisałam Wam, że biorę udział w diecezjalnym konkursie literackim na wspomnienia historyczno - patriotyczne. Wielu z Was wyraziło wtedy chęć przeczytania tej historii. Z wiadomych względów nie chciałam jej publikować przed rozstrzygnięciem, żeby nie było, że praca była już gdzieś kiedyś umieszczona. Dzisiaj jednak odbyło się uroczyste ogłoszenie laureatów konkursu, więc postanowiłam się z Wami podzielić tą historią. Tylko ostrzegam - będzie trochę długawy ten post.
„Szkice pamięci. Ocalić od zapomnienia. Rodzinne wspomnienia historyczno – patriotyczne”
„Szkice pamięci. Ocalić od zapomnienia. Rodzinne wspomnienia historyczno – patriotyczne”
Kto ratuje jedno życie…
Wadowice to miasto, o którym z pewnością nie było by głośno, gdyby nie postać Wielkiego Polaka, papieża Jana Pawła II. 18 maja 1920 roku przyszedł na świat w tym niewielkim położonym u podnóża Beskidów miasteczku, które w okresie, kiedy znajdowało się pod zaborem austriackim słynęło z wyrobu opłatków. W okresie międzywojennym co czwarty mieszkaniec Wadowic był wyznania mojżeszowego. Warto tutaj wspomnieć, że Żydzi zaczęli osiadać w miasteczku dopiero od 1867 roku, ponieważ wcześniej wydano ku temu zakaz. Żydzi mieli w miasteczku swoją gminę, okazałą synagogę, własny cmentarz, a także mykwę, w której dokonywano rytualnego obmycia. Na równi z katolikami prowadzili swoje zakłady, a w czwartki handlowali podczas jarmarku na placu przed kościołem. Język jidysz zaś przeplatał się z językiem polskim. Również przyszły papież chodził do jednej klasy z wieloma żydowskimi kolegami, a nawet stał na ich bramce jako bramkarz, kiedy rozgrywali wspólne mecze piłki nożnej.
Kilkanaście kilometrów od Wadowic zaczynają wznosić się góry. Na jedną z nich, której szczyt nosi nazwę Leskowiec, wspina się wraz z ojcem i kolegami, kilkuletni Karolek Wojtyła. Ich trasa biegnie od północnego wzgórza. Tymczasem jakieś dwa kilometry poniżej szczytu, ale od strony wschodniej, rozciąga się osada ludzka. Niewielki, położony w środku lasu, przysiółek, liczący zaledwie kilka domostw, gdzie z dziada pradziada mieszkali ludzie niebojący się ciężkiej pracy, ani niewygód. Żyli z tego, co im urodziła biedna, jałowa ziemia, w której więcej było kamieni, niż gleby oraz z tego, czym obdarowywały ich zwierzęta domowe trzymane w dobudowanych do drewnianych domków obór. A i nieraz bywało tak, że gospodynie nie miały co do garnków włożyć. Nic jednak nie było w stanie zachwiać mocnej wiary chłopów i w każdą niedzielę, czy to w siarczysty mróz, czy to w upalny dzień, szli kilkanaście kilometrów do parafialnego kościoła położonego we wsi Krzeszów, aby wysłuchać niedzielnej sumy. Pokrzepieni Słowem Bożym wracali do swojego przysiółku, gdzie cieszyli się prostotą swojego życia. W tygodniu biedne dzieci chodziły do szkoły elementarnej po to, aby jako tako nauczyć się czytać i pisać, i może jeszcze jakieś podstawowe rachunki umieć obliczyć. I ich edukacja najczęściej kończyła się na tej szkole, ponieważ wiejska bieda nie pozwalała posyłać dzieci chociażby do wadowickiego gimnazjum, a i w samych gospodarstwach każda para rąk do pracy była potrzebna. Starsi mieszkańcy przysiółka najczęściej nie posiadali najczęściej żadnego wykształcenia, zaś w swoim życiu kierowali się miłością i sercem.
W jednej z tych wiejskich chatynek, stojących zresztą do dnia dzisiejszego, w 1928 roku przyszedł na świat mój dziadek, któremu na odbywającym się miesiąc później chrzcie świętym nadano imię Władysław. Matka zmarła mu wcześnie, ojciec zaś, za namową wiejskich kum, wziął sobie młodą pannę z sąsiedztwa, Antoninę, która mu nie tylko pomagała wychować liczne potomstwo, ale też pomagała w prowadzeniu domu.
Wrzesień 1939 roku przyniósł Polakom wybuch II wojny światowej. Szkoła, na którą dzieci tak czekały, musiała poczekać na kilka lat. Lat życia w strachu i niepewności. Do domów, które miały być azylem, niejednokrotnie wpadali Niemcy i przeszukiwali je w celu znalezienia ukrywających się w nich partyzantów lub ludności pochodzenia żydowskiego.
Trzy lata po wybuchu wojny, wybudowano w Wadowicach getto, w którym skumulowano nie tylko wadowickich Żydów, ale też przywiezionych z okolicznych miejscowości, takich jak Kęty, Sucha Beskidzka, Andrychów, czy też Zator. Stłoczeni na małej powierzchni ludzie musieli odtąd nauczyć się żyć w nowych warunkach. Do wielu z nich szczęście się uśmiechnęło – pozwolono pracować im przy regulowaniu brzegów przepływającej przez miasteczko rzeki Skawy. Była to idealna okazja do ucieczki, czy też wyprowadzenia najmłodszych mieszkańców getta, ukrytych pod obszernymi płaszczami robotników, poza jego mury. Ci, którym to się udało i nie zostali zauważeni, kierowali się najczęściej w góry, gdzie udawało im się przeżyć dzięki stacjonującym w lasach partyzantom bądź miejscowej ludności.
Któregoś zimowego wieczoru rozległo się nieśmiałe stukanie do drzwi skromnego, drewnianego domku. Wszyscy niepewnie popatrzyli na siebie. Wiedzieli, że to raczej nie Niemcy, bo oni łomotali z całej siły, albo wchodzili do domu przez drzwi w stajni, które zawsze były otwarte. Więc kto? Sąsiedzi? Partyzanci? Antonina głęboko westchnęła i biorąc z kuchennego stołu świeczkę poszła otworzyć drzwi.
Zimno wtargnęło do izby, powiew wiatru o mało nie zgasił wątłego płomyka, w którego blasku jej oczom ukazał się widok jednej dorosłej postaci i dwojga mniejszych. Wiedziała kim są, wiedziała co grozi za ich ukrywanie, wszak niemieccy żołnierze wielokrotnie grozili im łamaną polszczyzną. A jednak wpuściła ich do domu. Wkrótce przed trzema nędznie ubranymi istotami wylądowały miski z ciepłymi kartoflami i kubki ze świeżym mlekiem. Wygłodniali ludzie w ciszy zjedli skromny posiłek. Tymczasem Antonina po cichu poszła na strych, aby przygotować nieznajomym posłanie tuż obok posłań dzieci, które przyszło im wychować.
Rano obudziło wszystkich gwałtowne pukanie do drzwi. Antonina z Stanisławem wiedzieli co to oznacza. Mężczyzna przeklął kobietę, że nieszczęście na nich sprowadziła, że teraz pewnie wszystkich zastrzelą na miejscu, a chałupę spalą, żeby zatrzeć ślady...
Tymczasem Niemcy zaczęli przeszukiwać ich skromny dom. Po chwili zeszli ze strychu prowadząc przed sobą dzieci Stanisława oraz podejrzanie wyglądającą trójkę przybyszów. Na widok ojca i macochy Władek wraz z rodzeństwem wyrwali się Niemcom i z płaczem pobiegli w ojcowskie ramiona. Pozostała trójka stała ze wzrokiem utkwionym w deskach podłogi. Ciszę przerwała Antonina:
- Toć to moi kuzyni, moi krewni, moja familia. No, ze Śląsko przyjechali, tymu tacy czarni jak murzyny – spokojnie mówiła zaciągając góralską gwarą.
Nie wiadomo, czy to dlatego, że była taka spokojna, czy dlatego, że ukrywający się tego dnia u nich Żydzi potrafili wykonać znak krzyża i powiedzieć kilka zdań po niemiecku, ale żołnierze opuścili skromny dom sami, bez nikogo z nich. Zaś mężczyzna, wraz ze swoimi synami: Bolkiem i Jonaszem, jeszcze przez kilka dni ukrywali się w domu Antoniny i Stanisława. Antonina wyleczyła im rany i odmrożenia oraz utkała ciepłe swetry i czapki na drogę. Na odchodne dała im zaś chleb i kilka złotych. Stanisław zaprowadził ich do Krzeszowa, a stamtąd już mieli przejść przez Babią Górę na drugą stronę granicy. A stamtąd już uciekać do Palestyny…
Czy im się to udało? Nie wiadomo. Ostatnią rzeczą zapamiętaną przez pradziadka były trzy postacie znikające za górską mgłą, z których jedna trzymała pewnie rumiany bochen wypieczony z ostatnich miarek mąki…
Sama Antonina dożyła prawie 100 lat. Do końca cieszyła się jasnością umysłu oraz poważaniem i szacunkiem u innych. Odeszła cicho, we śnie, w 2000 roku. Nigdy specjalnie nie chwaliła się swoją odwagą z okresu II wojny światowej. Być może uważała swój czyn za zwyczajny, taki na jaki stać by było niejednego człowieka. I chociaż prababci Tosi, zwanej przez nas, prawnuków „babusią” nie ma już z nami, to jej niezwykła odwaga i trzeźwość myślenia przetrwała w tym niezwykłym wspomnieniu wydarzenia, które miało miejsce przeszło 75 lat temu w ubogiej chatce na końcu świata. Za każdym razem, kiedy w telewizji podawana jest informacja o Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata, podświadomie uśmiecham się sama do siebie. Bo chociaż babusia nie walczyła z bronią w żadnej jednostce, ani w żadnej bitwie, to jednak wykazała się nie mniejszą odwagą i patriotyzmem przygarniając pod swój dach trójkę zbiegłych z wadowickiego getta Żydów…
Dla mnie napisane na pierwsze miejsce w konkursie!
OdpowiedzUsuńNie tym razem, ale cieszę się, że tekst przypadł Ci do gustu
UsuńPiękna historia
OdpowiedzUsuńDziękuję Agaju
Usuńpięknie napisana historia!
OdpowiedzUsuńokularnicawkapciach.wordpress.com
Dziękuję Lenko
UsuńWspaniała i wzruszająca historia.:)
OdpowiedzUsuńDziękuję Lenko
UsuńGratuluję Ci Karolinko.
OdpowiedzUsuńWzruszający tekst.
Dziękuję Jadziu
UsuńPiekna opowiesc i wspaniale napisana:) Pozdrawiam:)
OdpowiedzUsuńDziękuję Kamilo
Usuńpięknie...
OdpowiedzUsuńDziękuję Basieńko
UsuńNie trzeba walczyć na froncie by być wielkim...
OdpowiedzUsuńGratulacje!
Dokładnie Jotko. Czasami wystarczą małe rzeczy aby poruszyć całą lawinę
UsuńWspaniała historia wspaniale oddana słowami.
OdpowiedzUsuńDziękuję Małgosiu
UsuńKarolinko!
OdpowiedzUsuńPrzepiękna, wzruszająca historia!
Wg mnie I miejsce zapewnione.
Serdecznie pozdrawiam:)
Dziękuję Lusiu, tym razem obyło się bez żadnego miejsca, jednak i tak cieszę się, że w jakimś stopniu mogłam ocalić tą historię od zapomnienia
UsuńBardzo wzruszająca i jednocześnie inspirująca historia. Muszę powiedzieć, że chyba nigdy nie poznamy w pełni ludzkich losów z takich właśnie czasów, jak czasy wojennej zawieruchy. Każda taka opowieść przybliża nas jednak to stworzenia sobie pewnego obrazu człowieka tamtych dni.
OdpowiedzUsuńPozwoliłem sobie przejrzeć Twój blog wstecz i muszę powiedzieć, że jestem pod dużym wrażeniem Twoich szerokich zainteresowań. Szczególnie spodobał mi się cykl o prezydentach USA.
Widziałem też, że poszukiwania Pusi (dobrze pamiętam imię zwierzaka?) zakończyły się dobrze.
Pozdrawiam!
Mozaika Rzeczywistości.
Dziękuję Piotrze.
UsuńCieszę się, że podoba Ci się mój blog i mam nadzieję, że będziesz się tutaj czuł jak u siebie.
Takich historii wojennych napłynęło na konkurs bardzo dużo. Teraz wszystkie mają trafić do IPN.
Pozdrawiam
Jestem pod wrażeniem, naprawdę - ciarki przechodziły mnie w trakcie czytania. Tacy ludzie są cichymi, ale prawdziwymi bohaterami. Teraz, kiedy wiele faktów z okresu drugiej wojny światowej niektórzy starają się przemilczeć albo wręcz zafałszować, zdjąć winę z jednych nakładając ją na drugich - teraz szczególnie potrzebujemy takich świadectw. Przepiękny tekst, Karolino.
OdpowiedzUsuńMiło mi czytać Patrycjo takie słowa. Cieszę się, że podoba Ci się mój tekst
UsuńPiękna historia. Tacy ludzie naprawdę zasługują na chwałę i podziw nas młodych. Bo takie ukrywanie groziło śmiercią, więc odwaga jaką wykazała się Antonina jest godna podziwu! Prawdziwa patriotka!!!
OdpowiedzUsuńDziękuję Aniu za tak ważne słowa. To prawda, prababcia Antosia była patriotką z krwi i kości, chociaż podejrzewam, że nigdy się za taką nie uważała. Pozdrawiam
Usuń