Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

niedziela, 23 września 2018

786. I to jest dla mnie proboszcz

35 lat istnienia parafii to całkiem dobry czas na pewne przemyślenia na jej temat. Stałam sobie wczoraj na chórze wraz z zespołem muzycznym i patrząc na to wszystko co się działo dookoła zastanawiałam się nad wieloma rzeczami. Szczególnie utkwił mi w pamięć obraz schorowanego pierwszego proboszcza-salezjanina w naszej parafii, a za razem budowniczego naszej świątyni, z którą identyfikuje się w szczególny sposób. Możecie mi wierzyć albo i nie, ale każdy przyjeżdżający do nas salezjanin z naszej inspektorii wrocławskiej, który zetknął się z księdzem M. mówi, że kapłan tyle mu opowiedział o naszej parafii, że ma wrażenie, że przyjeżdża do swoich starych znajomych. Sam ksiądz M. nie wyobrażał sobie jubileuszu swojej 50 rocznicy święceń kapłańskich gdzie indziej niż w naszej wspólnocie. Wtedy miałam przyjemność nieść kwiaty w darach na ołtarz jako przedstawiciel parafialnej scholi i wtedy też zostało wykonane pamiętne zdjęcie.
Komentarz chyba jest zbędny... Swoją drogą podobny gest został wykonany wiele lat wcześniej podczas mojej Pierwszej Komunii, kiedy, nomen omen, też niosłam w darze kwiaty.
W sumie trochę trudno mi było sobie wyobrazić tą rocznicę bez budowniczego naszej świątyni. No, może nie dosłownie, bo ani nie zaprojektował kościoła, ani go nie wzniósł, ale przez 10 lat udało mu się wznieść gmach zarówno kościoła, jak i Oratorium. Poprzedni proboszczowie budowali coś tam, nie przeczę, że nie, ale w ostateczności trzeba było od nowa podkopywać fundamenty(co jest nie lada sztuką na pokopalnianym terenie), o reszcie nie wspominając. Do czasu postawienia gmachu Msze święte i wszelkie nabożeństwa odbywały się najpierw w prywatnym mieszkaniu, potem przy ołtarzu polowym, aż w końcu w murach magazynu zaadaptowanego na cele sprawowania Kultu Bożego. Nota bene ten barak był niemym świadkiem mojego Chrztu Świętego oraz Pierwszej Komunii Świętej. Msze święte w obecnej świątyni zaczęto sprawować od 2002 roku, chociaż wcześniej już odbywała się w ledwo wznoszących się murach uroczysta Msza święta z poświęceniem kamienia węgielnego, czy też równie uroczysta pasterka pod przewodnictwem ówczesnego biskupa sosnowieckiego, księdza Adama Śmigielskiego, który sam był salezjaninem i który sprowadził księży salezjanów do naszej parafii.
Równolegle kilkaset metrów dalej trwała budowa salezjańskiego Oratorium będącego zarazem plebanią. Z tą budową też było trochę zamieszania, bo prowadził ją kto inny niż budowę kościoła i a to inwestor nie dotrzymał terminu, a to zakupiono okna, które przez noc ukradli(co proboszcz przepłacił zawałem serca). Zastanawiacie się, gdzie w takim razie spali nasi księża? Pierwsi proboszczowie aż do księdza M. podnajmowali pokój, gdzie pierwotnie odbywały się Msze święte. Kolejny ksiądz mieszkał... w salce nad kancelarią parafialną(akurat był to okres wzmożonych kradzieży różnych rzeczy z kościoła, a jednocześnie Oratorium nie było jeszcze gotowe, ksiądz zaś gdzieś mieszkać musiał). Wikarym zaś wynajęto dwupokojowe mieszkanie w okolicznych blokach. Niektórzy się podśmiewali, że księża mają nie wiadomo jaki majątek, że stać ich na mieszkanie, a przecież płacili za nie jak za normalne. Kolejni księża mieszkali już na swoim, czyli w Oratorium.
Ksiądz M. nie doczekał konsekracji kościoła w 2005 roku, ani poświęcenia Oratorium, które odbyło  się dwa lata później, ponieważ po 10 latach został przeniesiony na inną placówkę. Ale w oby dwóch uroczystościach uczestniczył, w końcu to niejako jego dzieło.
Nikt nie wie jak on to robił, ale w rachunkach związanych z budową zawsze był porządek(nie licząc strat spowodowanych kradzieżą, ale to już chyba musieliby spać na budowie). Odchodząc z parafii właściwie wszystkie bieżące należności były spłacone. Nie zdążył co prawda formalnie oddać budynku do użytku(jeszcze kilka rzeczy trzeba było zrobić), ale najważniejsze etapy budowy były już wykonane. Co ciekawe, budynek czekał jeszcze jakieś 11, 12 lat, aż któryś z kolei proboszcz zainteresuje się, jak to wszystko wygląda od strony prawnej. I chodząc od Urzędu do Urzędu wyszły różne takie niuanse. Jest to dziwne tym bardziej, że od kilku lat nie było żadnych przeszkód, aby to zrobić.
Księża raczej niewiele mieli, wszak w każdej chwili mogli zostać wyeksmitowani z podnajmowanego mieszkania, a i pokój zajmowany przez księdza M. nie był na tyle duży, aby pomieścić trzech dorosłych mężczyzn. Zagadką dla mnie jest gdzie się stołowali, może wikarzy sami sobie coś pichcili, a może chodzili tam gdzie mieszkał proboszcz na obiad? Nawet nie mieli wow samochodu - bo trudno takim nazwać wysłużonego poloneza. Nie pamiętam nawet, aby jeździli na dwu- trzytygodniowe urlopy nad morze, co najwyżej na dzień, dwa do rodziny. I nie narzekali. Często rozmawiałam z jednym z wikarych, "kumplem" mojego szkolnego katechety, który oprócz tego, że był księdzem i miał etat(ale raczej nie cały) w dwóch szkołach, to jeszcze był kapelanem szpitalnym, miał pod sobą ministrantów, bierzmowanych, dzieci komunijne i jeszcze dał podwaliny dzisiejszego Oratorium(chociaż do dyspozycji miał zaledwie malutką salkę katechetyczną na końcu baraku). Nie raz musiał przerywać swoje zajęcia, aby iść z wiatykiem czy też namaszczeniem chorych do parafian. I nigdy, naprawdę nie przypominam sobie, aby narzekał na warunki pracy. Ani on, ani żaden inny.
Dlatego tak bardzo cenię sobie tych księży, którzy mieszkali po tzw. kątach. Jasne, teraz mają swój dom i teoretycznie pewną co do niego sytuację, niejako przyszli już na gotowe. Ale coraz mniej z nich umie naprawdę się z tego cieszyć. Za to szukają dziury w całym...
Cieszę się też cholernie z tego, że w swoim przemówieniu ksiądz M. przypomniał te trudne początki, że ktoś kiedyś przyszedł tutaj do pustego placu, aby ktoś inny mógł się cieszyć odprawianiem Mszy świętej w cudownej świątyni. Nie było w tym jednak żadnego wywyższania się ponad innych proboszczów, w końcu to nawet nie w stylu księdza M., ale zwyczajna nauka, taka, jaką ojciec kieruje do swoich ukochanych dzieci.
I jeszcze dzisiaj na Mszy świętej o godzinie 10:00 taka niespodzianka - jeszcze raz, jak przeszło 20 lat temu, wspólnie odprawili Mszę świętą ksiądz M. i ksiądz T. Bo 20 lat temu ich drogi po raz pierwszy zeszły się w naszej parafii, kiedy świeżo upieczony ksiądz T. został do niej skierowany i trafił pod skrzydła księdza M. Czy ktoś spodziewał się, że taka chwila jeszcze nadejdzie?
Po Mszy świętej była okazja, aby na zakrystii przywitać się z księdzem, a nawet zamienić z nim kilka słów. Kto wie, być może to już ostatnia taka okazja, dlaczego miałabym z niej nie skorzystać? Zwłaszcza, że znałam kapłana. Nieśmiało wtargnęłam na zakrystię i czekałam grzecznie na swoją kolej...
Kiedy nadeszła moja kolej podeszłam i... o kurczaczki, poznał mnie. Poznał we mnie tego ruchliwego urwisa z pierwszej ławki, który zawsze po konkursach religijnych przybiegał z nagrodami. Tego, który biegał w grudniu z rana z ciężkim plecakiem na plecach i lampionem w dłoni na roraty. Tego, co nie raz rozwalał salkę podczas wspomnianych zajęć oratoryjnych, bo wyobrażał sobie, że leci w kosmos. I nawet przyznał, że widział mnie kiedyś na Apelu Jasnogórskim i od razu wiedział, że to ja(no dobra, pewnie nie z imienia i nazwiska, ale z wyglądu). Tego się nie spodziewałam. I tylko żałuję, że Środa Śląska jest kawałek od nas, bo pewnie nie raz i nie dwa bym go odwiedziła.

22 komentarze:

  1. ważne wydarzenie, ksiądz wygląda na szalenie serdecznego człowieka:)
    okularnicawkapciach.wordpress.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo taki faktycznie jest. Chociaż czasami pozory mylą, to myślę, że w tym konkretnym przypadku tak nie jest.

      Usuń
  2. Piękne przeżycie Karolinko, aż się wzruszyłam. Serdeczności.:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Takie przeżycia zdarzają się zbyt rzadko. Ale może dlatego tak bardzo wbijają się w naszą pamięć?

      Usuń
  3. Wspaniały to musi być człowiek, Karolinko.

    OdpowiedzUsuń
  4. I kto by się spodziewał że po tylu latach drogi ponownie sie zejdą - oj piękne to chwile, gdy się wspomina początki, a kiedyś nie łatwe one były :) Bardzo miłe jest to że ktoś pamięta nas chociażby z widzenia po wielu latach :)
    Pozdrawiam i miłego dnia życzę

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chyba nikt się tego nie spodziewał, a już najmniej oni sami :). To były piękne i cenne wspomnienia.

      Usuń
  5. Potrzeba nam takich księży.
    Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety, coraz mniej ich w naszym zwariowanym świecie...

      Usuń
  6. Tacy Księża Proboszcze to już rzadkość ... ogólnie określając moja wiarę - ja nie wierze w księży, wierze w Boga.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kochana, ja też nie wierzę w księży. Gdyby tak było to przy dzisiejszych na naszej parafii już dawno bym z niej odeszła, bo zwariować z nimi można, niestety.

      Usuń
  7. Piękna uroczystość i miłe, że budowniczy mógł w niej uczestniczyć.

    OdpowiedzUsuń
  8. Przepiękne wydarzenie i wyjątkowy człowiek. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  9. Ale Ci zrobił niespodziankę :D
    Ksiądz z powołania - ot i tyle :D
    buziaki bo się oczywiście rozczytałam i wzruszyłam na koniec :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Coraz mniej jest takich kapłanów z powołania. Bo trudno o takim mówić, kiedy słyszy się, że poszło się na kapłana głównie po to, aby mieć więcej czasu dla siebie. Albo żeby bez ograniczeń grać w jakiegoś CSa...

      Usuń
  10. Tacy ludzie zapadają w serce. Też mam takich Kapłanów, za których dziękuję P. Bogu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ksiądz M. z pewnością zapadł w pamięć niejednemu parafianowi

      Usuń
  11. Ale super. Widzisz, nawet księża czasem zapamiętują takich zwykłych lub niezwykłych ludzi :) To mieliście święto w parafii :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda. Zresztą ksiądz M. nie tylko mnie zapamiętał, ale sporą ilość swoich byłych parafian. A jaka jest wtedy duma, że to Ciebie właśnie pamięta...

      Usuń