Czasami mam wrażenie, że wpadam do długiego, ciemnego tunelu, który wydaje się nie mieć końca. Tym tunelem najczęściej są moje marzenia i pragnienia. Na pozór każde z nich jest realne do spełnienia. Co sprawia, że jednak to spełnienie nie jest takie proste jakby mi się mogło wydawać? To nieodzowna towarzyszka mojego życia, jaką jest niepełnosprawność. Udało mi się już dosłownie staranować wiele drzwi, udowadniając sobie i innym, że przy odrobinie samozaparcia i dobrej woli da się dużo osiągnąć. Co jednak, kiedy pojawiają się prawdziwie tytanowe drzwi, których tak łatwo nie da się sforsować?
Zawsze podczas wizyty duszpasterskiej dostajemy ulotkę przedstawiającą plan działania i inicjatywy podejmowane przez naszą diecezję w bieżącym roku kalendarzowym. W ten sposób rok temu dowiedziałam się o sztafecie niepodległościowej, w której wzięłam udział(informacja o wydarzeniu była też podana na stronie diecezji, ale w dużo późniejszym terminie). W tym roku zaplanowano rajd rowerowy z okazji 20 rocznicy jego wizyty w Sosnowcu. Całym sercem chciałabym wziąć w nim udział, jest tylko jeden jedyny problem - ja za nic na świecie nie potrafię jeździć rowerem. Ba, ja nawet nie potrafię utrzymać na dwukołowcu równowagi(co jest konsekwencją uszkodzenia móżdżka podczas porodu). Niespełna rok temu pisałam Wam o tym, że marzę o zakupie trójkołowego roweru, dzięki któremu mogłabym jeździć to tu, to tam(w sumie nawet mogłabym na nim jeździć do innego miasta na treningi pływackie). Znając jednak realia przyznawania dofinansowań dla osób takich jak ja prędzej sama sobie uzbieram na niego fundusze, niż się go doczekam. A tych chwilowo brak.
Prawdopodobnie obeszłabym się tylko smakiem tej imprezy, gdybym nie była sobą. A tak zaczęłam szukać i kombinować. I chyba znalazłam rozwiązanie, które umożliwiłoby mi spełnienia marzenia o rajdzie. Na razie nie chcę jeszcze pisać jak to rozstrzygnęłam, bo to nie jest jeszcze nic pewnego. Ale gdyby się udało...
Pozostając jeszcze w temacie sportowym(wszak jazdę na rowerze, nawet trójkołowym, zaliczyłabym do kolarstwa), to jutro mam spotkanie w sprawie wolontariatu podczas katowickiego "Biegu z flagą", który odbędzie się już za tydzień. Jestem gapa i nie doczytałam, że organizator zabezpiecza jeszcze 100 pakietów startowych dla zawodników, którzy zgłoszą się do biegu w dniu startu(trafiłam na informację o biegu dopiero wtedy, kiedy wszystkie miejsca były zajęte, a te 5 kilometrów przebiegłabym na luzie, w dodatku miałabym rozgrzewkę przed Mistrzostwami Polski). Trochę byłam rozczarowana, że nie udało mi się załapać, kiedy ukazała się informacja o naborze do wolontariatu. Postanowiłam wysłać zgłoszenie, wszak udzielać się w wolontariacie(wszystko jedno jakim) lubię tak samo, jak biegać. Udało mi się zakwalifikować. A jutro jest spotkanie organizacyjne. Co prawda czeka mnie prawdziwy maraton, który zacznę o 4:10 rano, a skończę sama nie wiem kiedy, ale ja należę do ludzi, którzy kochają jak coś się dzieje.
Poza tym zgłosiłam się jako wolontariusz na "I Bieg Frassatiego", który odbędzie się w Międzybrodziu Bialskim dokładnie dzień przed Rajdem Sosnowieckim. Wiecie, chętnie bym pobiegła, ale przebiegnięcie 22 kilometrów w górskim terenie jest poza moimi możliwościami. Mam nadzieję, że i tutaj pozytywnie przejdę proces rekrutacji, bo bardzo chciałabym się jakoś włączyć w tą piękną akcję.
A jutro jeszcze wysyłam aplikację na V wadowicki bieg. Jest to pierwszy z trzech "Biegów górskich". Tutaj też długość trasy jest poza moimi fizycznymi możliwościami(chociaż to "tylko" 10 kilometrów). Trudno, jeżeli we wrześniu będzie 5 kilometrowy "Bieg dobroczynności" to w nim wezmę udział. Na razie mogę wspomóc ich poprzez wolontariat. Bardzo bym chciała pomóc w organizacji wszystkich trzech biegów. No, zobaczymy jak to będzie. Na razie muszę się dostać na ten jeden.
Jeżeli zapytacie co mam z tych wolontariatów to odpowiem Wam prosto - nic, oprócz własnej satysfakcji. I może przeświadczenie, że mogę w czymś pomóc nie dlatego, że, ale mimo wszystko. A to czasami znaczy dużo więcej niż uznanie i najwyższa zapłata pieniężna.
Własna satysfakcja cenna rzecz :).
OdpowiedzUsuńTego nic nam nie zabierze
Usuńsatysfakcja to kwintesencja życia :)
OdpowiedzUsuńhttps://okularnicawkapciach.wordpress.com/
Jest bardzo, bardzo ważna
UsuńWolontaariat pomaga innym ale i nam:) Super sorawa z ta Twoją pasją , z bieganiem..Będe trzyamć kciuki za Twe osiągnięcia.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam wiosennie
Dziękuję bardzo
UsuńKarolinko, satysfakcja to coś, czego nikt Ci nie odbierze. To coś naprawdę cennego.
OdpowiedzUsuńUściski.
Dokładnie tak jest
UsuńNie zawsze robimy cokolwiek dla realnych korzyści, satysfakcja jest równie ważna:-) Brawo Ty!
OdpowiedzUsuńCzasami mam wrażenie, że satysfakcja jest dla mnie na pierwszym miejscu
UsuńSatysfakcja jest zwykle ważniejsza od pieniędzy. Daje radość i piękne wspomnienia, które pozostają na długo. Mam nadzieję, że Twoje plany powiodą się bez problemu, trzymam kciuki i czekam na relacje z wolontariatu!
OdpowiedzUsuńRelacja, tradycyjnie, będzie
UsuńMoże i Twoja niepełnosprawność stwarza sporo ograniczeń ale Twoja determinacja jest do pozazdroszczenia. Jestem pełna podziwu dla Ciebie Karolinko, jesteś wspaniałą osobą która myśli nie tylko o sobie.
OdpowiedzUsuńTrzymam kciuki za spełnienie Twoich marzeń.
Cieplutko pozdrawiam :)
Może to głupio zabrzmi, ale wolę nie skupiać się tylko na sobie. Zresztą w moim domu zawsze było przekonanie, że inni mają gorzej ode mnie. I z tym przekonaniem wyszłam w świat :)
UsuńWolontariat chyba ogólnie jest właśnie po to, by pomagać z dobroci serca, nie dla korzyści :)
OdpowiedzUsuńNie wszyscy tak to odbierają, nie wszyscy
UsuńPodziwiam Cię Karolinko że nigdy się nie poddajesz i dążysz do wyznaczonego sobie celu. Tak trzymaj!
OdpowiedzUsuńPozdrawiam:)
W sumie to nie ma co podziwiać, ot, zwykłe życie...
UsuńI ten post zadedykowała bym tym wszystkim, którzy ciągle na coś utyskują, biadolą i marudzą.
OdpowiedzUsuńDziękuję, cieszę się, jak ktoś docenia moją pisaninę
UsuńJesteś niesamowita! Podziwiam Ciebie i Twoją chęć pomocy innym.
OdpowiedzUsuńDziękuję bardzo Aniu
Usuń