Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

niedziela, 19 maja 2019

930. Zwiedzamy wadowickie muzea i piąty raz pobiegli po kremówkę

Dzisiaj po raz kolejny miałam przyjemność pomagać podczas organizacji większej imprezy w charakterze wolontariusza. Tym razem był to "V Bieg Wadowicki - biegniemy po kremówkę", który wpisał się w przypadającą na tą porę Dni Miasta. Akurat tak się ciekawie złożyło, że dzień wcześniej w całym kraju obchodzona była akcja Noc Muzeów, do której włączyło się też Wadowickie Muzeum Miejskie oraz Muzeum mieszczące się w dawnym domu Wojtyłów. Jeżeli dodać do tego moc atrakcji jakie czekały w sobotę na Placu im. Jana Pawła II na mieszkańców miasta oraz przyjezdnych gości(a trzeba wiedzieć, że np. 18 maja odbywa się ogólnopolski zlot szkół noszących imię Jana Pawła II) to można powiedzieć, że przez te dwa dni każdy mógł znaleźć coś dla siebie.
Jak wiecie z wcześniejszych postów moim marzeniem było zwiedzenie nowego muzeum mieszczącego się w kamienicy, w której mieszkała rodzina Wojtyłów. W starym bywałam kilkakrotnie, w nowym ani razu. Nie było czasu, ani funduszy. Ale skoro i tak miałam jechać do Wadowic, to nic nie stało na przeszkodzie, abym pojechała dzień wcześniej i spróbowała chociaż się do niego dostać. Wybrałam ostatni kurs busa z mojego miasta do Krakowa, a następnie przesiadłam się do busa do Wadowic. 
Na miejscu byłam po 20. Przywitało mnie prawdziwe urwanie chmury. W strugach deszczu szłam dobrze znanymi mi plantami, a następnie wdrapywałam się po schodach wychodzących tuż przed słynną bazyliką. Od jakiegoś czasu towarzyszyły mi dźwięki koncertu odbywającego się na Rynku, który prowadziła para znanych aktorów - Małgorzata i Paweł Królikowscy. A im bliżej byłam celu, tym było głośniej. Jeszcze tylko musiałam zlokalizować wejście do muzeum(uwierzcie mi, to nie jest takie proste kiedy widzisz trzy drzwi ze wszystkich stron). Kiedy wreszcie odkryłam które to(brawo dla mnie) okazało się, że pierwsza tura chętnych na zwiedzanie już weszła. Ku mojemu zdumieniu odkryłam, że na wejście wcale nie czeka dziki tłum, a więc była szansa, że się to uda. I tak też się stało.
Muzeum - magia. Niestety, nie można robić w nim zdjęć, więc musicie uwierzyć mi na słowo. Ewentualnie sami zobaczyć. Przejrzyste informacje, barwne fotografie, oryginalne nagrania oraz odtworzenie wyglądu mieszkania Wojtyłów - jest co oglądać. A przecież muzeum ma w planie otworzyć jeszcze wystawę poświęconą wadowickim Żydom... W muzeum czułam się jak w bajce. Chociaż większość informacji jest mi znana, to z przyjemnością odkrywałam je na nowo. Żałuję tylko, że nie dane mi było zobaczyć repliki sali szpitalnej w poliklinice Gemelli, w której leżał papież po nieudanym zamachu. Problem polega jednak na tym, że znajduje się ona w otwartym w 1935 roku Domu Katolickim, a on rządzi się swoimi prawami... W tym Domu nastoletni Karol Wojtyła grywał w ping-ponga i występował w sztukach teatralnych, do tego Domu na katechezę uczęszczał mój tata i jego rodzeństwo.
Naprzeciwko domu, w którym dorastał Karol Wojtyła, znajduje się jeden z najstarszych w mieście murowanych budynków. Kiedyś znajdowała się w nim jadłodajnia prowadzona przez rodziców szkolnego kolegi papieża, państwa Banasiów. Dzisiaj mieści się w nim Muzeum Miejskie. Oprócz czasowych wystaw godna uwagi jest stała wystawa zatytułowana "Wadowice - miasto, w którym wszystko się zaczęło" powstała na kanwie swojej poprzedniczki "Wadowice Karola Wojtyły"(którą też miałam okazję kiedyś zwiedzić). Ponieważ było jeszcze trochę czasu do północy, postanowiłam zwiedzić także i nią. 
Aktualna, chociaż nie zmieniła rozmieszczenia poprzedniej, została rozbudowana. Szczególnie widać to w dziale poświęconym historii miasta. Na pewno wcześniejsze informacje były o wiele uboższe. Moją uwagę przykuły na pewno artefakty będące prawdziwymi perełkami z przeszłości.



Sala szkolna podobała mi się dużo bardziej w poprzedniej wersji. Po prostu informacje przedstawione były w dużo bardziej przejrzysty sposób. Ale obecnie też nie jest źle.




Zastanawiam się czy coś się zmieniło w salach poświęconych wadowickiemu rynku oraz Towarzystwu Gimnastycznemu "Sokół"... Wydaje mi się, że nic, ale mogę się mylić...
"Rewolucję" przeżyło też ostatnie pomieszczenie. Jeszcze siedem lat temu był tam pokój stylizowany na dwudziestolecie międzywojenne. Dzisiaj trudno mi określić co tam jest - znajduje się w nim szafa i jakieś urządzenie. Chyba, że było tam coś więcej, tylko wynieśli. No nic, i tak zobaczyłam dużo więcej niż się spodziewałam.
Dzisiejszy dzień rozpoczął się dla mnie dosyć wcześnie, bo o 6:45 miałam odprawę. Po ulewie z poprzedniego dnia nie było ani śladu, co napawało optymizmem. Słońce wesoło wdzierało się w wadowickie uliczki, a ja poszukiwałam szkoły, w której było zebranie. Żeby było śmieszniej, do podstawówki też uczęszcza mój najstarszy chrześniak. Ale w końcu znalazłam to, czego szukałam. A przy okazji dowiedziałam się, że jestem w biurze zawodów. No cóż, kolejne nowe doświadczenie. Z drugiej strony wydawanie ludziom pakietów startowych i odbieranie pokwitowania to nie taka znowu filozofia. Najlepsze miało jednak nastąpić - wydaję ostatni pakiet, wracam z workiem do zawodnika i nagle czuję, że lecę w dół. Po chwili leżałam jak długa na gumolicie. Wszyscy zaczęli się wypytywać czy żyję i czy nic mi nie jest. W sumie rękę czułam, co oznaczało by, że jednak żyję, a że nabiłam sobie siniaka na wewnętrznej stronie dłoni... Czasami trzeba być oryginalnym.
Tak gdzieś 15 minut przed startem zamknęliśmy biuro i udaliśmy się na wadowicki rynek. 
Chwilę wcześniej wszyscy biegacze wystartowali w bieg na 10 kilometrów ulicami Wadowic i okolicznej Choczni oraz Zawadki. Rynek na chwilę opustoszał, a my czekaliśmy na pierwszych zawodników na mecie. A ci pojawili się już ok. 30 minut po starcie. Nawet nie wiecie jak bardzo chciałabym pobiec razem z innymi. Ograniczenia związane z niektórymi sprawami robią jednak swoje...
Każdy zawodnik po przekroczeniu linii mety otrzymał pamiątkowy medal, izotonik, kawałki arbuza oraz, a jakżeby inaczej, kawałek kremówki. Chwilę po dobiegnięciu ostatniego biegacza odbyła się dekoracja najlepszych. Ku mojemu zaskoczeniu dokonała tego siostra mojego taty, której towarzyszyły dzieci.
Ten największy z lewej w białej koszulce to mój osobisty chrześniak :)
 
Po chwili po placu paradowali zwycięscy w swoich kategoriach dumnie dzierżąc w dłoniach zasłużone trofea. Szybko jednak wszyscy jeszcze raz stanęli na rynku, aby zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie.
 Nie mogło też zabraknąć zdjęcia wolontariuszy...
W lipcu będzie druga część biegu, tym razem po Beskidzie Małym. Może i tym razem uda mi się załapać na wolontariat?

22 komentarze:

  1. nigdy nie byłam w Wadowicach! Aż wstyd, że nie jadłam tam słynnych kremówek:)
    okularnicawkapciach.wordpress.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szczerze powiedziawszy to kremówki są takie same jak w każdej innej cukierni w całej Polsce :). Ale do Wadowic i tak zapraszam, bo warto je odwiedzić

      Usuń
  2. Muszę koniecznie wybrać się do Wadowic.

    OdpowiedzUsuń
  3. Musze koniecznie wybrać się do tego muzeum. Ale to pewnie dopiero na wakacjach.
    Buziaki, Karolinko.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Polecam, bo warto. A przy okazji daj znać kiedy jedziesz - może mi się uda i też podjadę wtedy do Wadowic.
      Pozdrawiam

      Usuń
  4. Znam dobrze to muzeum i jestem zdziwiona dlaczego nie można robić zdjęć.
    Kiedy odwiedzam Wadowice a staram się być w każdym roku, zawsze idziemy na kawę i kremówki.
    Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na stronce internetowej tak pisze. Oczywiście mówimy o muzeum papieskim, a nie miejskim, bo w tym drugim nie ma problemu.
      W Wadowicach bywam często, jako że mam tam rodzinę. A i kremóweczka od czasu do czasu się trafi.
      Pozdrawiam majowo!

      Usuń
  5. Nie miałam okazji zwiedzić tego muzeum, może kiedyś się wybiorę bo na pewno warto.
    Ładnie opisałaś Karolinko wszystkie wydarzenia :)
    Cieplutko pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tak, warto. Chociaż wiadomo, że nie każdemu może się tam podobać.
      Cieszę się, że podoba Ci się mój opis wydarzeń. Starałam się jak mogłam.

      Usuń
  6. narobilas mi ochoty na kremowki:P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na szczęście można je kupić prawie w każdej cukierni :)

      Usuń
  7. Nie byłam w Wadowicach jeszcze. Może wybierzemy się z rodziną jak chłopaki podrosną.

    OdpowiedzUsuń
  8. No to spędziłaś ciekawy weekend :) A Twoja ciocia była pewnie organizatorką biegu, albo fundatorką nagród :) to się załapała na rozdawanie nagród.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sponsorem nagród był oficjalnie burmistrz miasta. A, że ona jest jego asystentką, to go zastąpiła w tej przyjemności :)

      Usuń
  9. Bieg po kremówkę - to brzmi apetycznie dla łasuchów i można zjeść bezkarnie:-)
    Ty jak zwykle na posterunku i połączyłaś dwie atrakcje, brawo!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A jak ta kremówka musiała potem smakować...
      Nie lubię siedzieć bezczynnie. To takie moje małe ADHD :)

      Usuń
  10. Jak muzeum - magia, to się nie ma co zastanawiać, tylko w jakiś ładny dzień męża muszę zabrać, znaczy kazać się zabrać :)
    Ostatnio w Wadowicach byliśmy jesienią...jak...najpierw spóźniliśmy się na msze w Krakowie, potem w Kalwarii ;) a do Wadowic dojechaliśmy na styk ;) Tak wycieczka ;)
    Troszkę oszukałam, bo jednak w Wadowicach to średnio raz w miesiącu, ale zawsze przejazdem i zawsze późnym wieczorem, więc jakby się nie liczy;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Muzeum papieskie jest bardzo dobrze przystosowane dla potrzeb osób niepełnosprawnych, więc pod tym względem nie ma problemu. Wstyd się przyznać, ale to moja pierwsza w nim wizyta, a przecież w Wadowicach jestem stosunkowo często :)

      Usuń