23 maja 1999 roku wypadł w niedzielę. W Kościele Katolickim wypadało akurat święto Zesłania Ducha Świętego. Zaś w jednej z parafii położonych na terenie diecezji sosnowieckiej ponad 40 dzieci miało przyjąć podczas uroczystej Mszy świętej pierwszy raz Pana Jezusa do swojego serca. Ogólnie ich liczba była dużo większa, wszak pod parafię należały aż dwie szkoły podstawowe, jednak z powodu niewielkich rozmiarów kościoła(który wcześniej był magazynem) musiano tą armię podzielić na pół. A najsprawiedliwszą opcją było podzielić ją wedle szkół. Pierwsza tura miała swoją Mszę o godzinie 9:00, druga dwie godziny później. W tej drugiej turze byłam też ja.
Nie powiem, ten dzień był dla mnie niemałym przeżyciem. Wychowałam się w katolickiej rodzinie, moim rodzicom zależało, abym tak jak inni przystępowała do sakramentów świętych. Z chrztem nie było problemów. Pozostawało pytanie co dalej. Jak na mnie zareagują księża? Czy nie będą robili problemów postrzegając mnie jako np. karę Bożą? Co prawda od pierwszej klasy szkoły podstawowej wraz z innymi uczęszczałam na religię, chodziłam też na niedzielne Msze święte, wiadomo jednak, że jak ktoś się na coś uprze to nie ma zmiłuj. I nawet pozytywna opinia katechetki na niewiele się tutaj zda. Na szczęście dla ówczesnego księdza proboszcza byłam takim samym dzieckiem jak każde inne. Poza tym widział mnie w kościele dużo częściej niż moich rówieśników, więc nie miał wymówki, że mnie nie dopuści do sakramentu.
Tak więc zaczęło się dla mnie regularne chodzenie na niedzielne Msze święte(tym razem z odnotowaniem obecności, jak w szkole), różne nabożeństwa(jako dziewięciolatek z pamięci recytowałam całą litanię loretańską oraz litanię do Serca Jezusowego), dodatkowe nauki w salce parafialnej(jakby sama szkolna katecheza nie wystarczała), nauka różnych modlitw i pieśni(które później trzeba było zdać przed księdzem i katechetką) aż wreszcie próby bezpośrednio przygotowujące do tego dnia. I podczas jednej z tych prób katechetka podeszła do mojej mamy z pytaniem, czy nie poniosłabym w czasie Mszy kwiatów w darze. Byłam szczęśliwa, bo ktoś mnie wyróżnił, mimo mojej inności. Ale z drugiej strony - wszyscy jesteśmy przed Bogiem równi, czyż nie?
Wreszcie przyszła sobota, dzień poprzedzający uroczystość. Jak w większości parafii, również u nas był on przeznaczony na spowiedź świętą dzieci i ich najbliższych. Miała to był pierwsza moja spowiedź, dlatego bardzo się denerwowałam. Wcześniej rodzice umówili się z księdzem proboszczem, że wyspowiada mnie na końcu, już na spokojnie. Kiedy wreszcie nadeszła moja kolej, ksiądz wyszedł z konfesjonału i oznajmił, że ja nie mam znaczących grzechów i udzielił mi ogólnego rozgrzeszenia. Byliśmy zaskoczeni. Po powrocie ostatnie przygotowania, zwłaszcza, że przyjęcie miało być w naszym mieszkaniu. Na wieszaku dumnie prezentowała się bielutka alba. Byłam jedyną dziewczynką w drugiej turze, która miała iść w tym tradycyjnym, skromnym stroju. Nawet pałętająca się pod nogami młodsza siostra mnie nie denerwowała.
Nazajutrz obudziłam się szczęśliwa jak nie wiem, aż zobaczyłam jak za oknem leje jak z cebra. Moja radość ustąpiła smutkowi. Bo przecież miałam iść do Komunii w podkolankach, a tak musiałam założyć rajstopy. Na plac przed kościołem poszliśmy półgodziny przed czasem. Akurat z kaplicy wychodziła pierwsza tura "komunistów". Aura doskonale dopełniała obrazek na kościelnym placu, gdzie trwała budowa nowego, prawdziwego kościoła, a nasze białe sukienki odbijały się na tle czerwonych cegłówek. Do tego jeszcze betoniarka tuż przy samym wejściu do kaplicy. Na szczęście obrządek wstępny wraz z błogosławieństwem udzielonym przez rodziców trwał stosunkowo krótko. Po chwili w uroczystej procesji, ze śpiewem "Oto jest dzień" weszliśmy do niewielkiej kaplicy. Tego dnia akompaniował nam ówczesny parafialny chór, co miało jeszcze bardziej podkreślić powagę sytuacji. Ponieważ byliśmy ustawieni wzrostowo, siedziałam w pierwszej ławce. Trochę się niecierpliwiłam, kiedy przyjdzie pora na niesienie darów, oraz czy w ogóle wszystko pójdzie zgodnie z planem, na szczęście obyło się bez niespodzianek.
Potem przyszło już tylko czekać na najważniejszą chwilę tego dnia, czyli przyjęcie Pana Jezusa do swojego dziecięcego serduszka. A to oczekiwanie dłużyło się w nieskończoność. Aż wreszcie zabrzmiały kościelne organy w rytmie "Baranku Boży", po czym dziecięcym głosikiem wyrecytowaliśmy wyuczoną formułkę:
"Jezu wierzę żeś prawdziwy, na ołtarzu cały, żywy. I tak wielkie mam ufanie, że Ty do mnie przyjdziesz, Panie. Grzechy moje Cię zraniły, przebacz proszę Jezu miły. Za wszystko żałuję serdecznie, przyjdź zamieszkaj Jezu we mnie wiecznie. W życiu, w śmierci chcę być Twoim, a Ty Jezu też bądź moim"
Jeszcze tylko musieliśmy wysłuchać wspomnień księdza proboszcza z jego Pierwszej Komunii Świętej, która miała miejsce tuż po II wojnie światowej, a zamiast przyjęcia komunijnego było tzw. śniadanie u księdza, na które składała się biała bułka posmarowana masłem oraz kubek kakaa. Och, smak tego kakaa pamiętał przez kolejne dziesięciolecia. Po monologu uklękliśmy, po czym w dwóch rzędach(po jednej stronie chłopiec, po drugiej dziewczynka), przy dźwięku pieśni "Zbliżam się w pokorze" przystępowaliśmy po raz pierwszy do Stołu Pańskiego.
Jako że siedziałam w pierwszym rzędzie byłam też jedną z pierwszych, które dostąpiły tego zaszczytu. I chociaż nie widać tego na powyższym zdjęciu, denerwowałam się jak nie wiem co.
Komunia trochę trwała, w końcu było nas ok. 40, a przecież jeszcze byli pozostali wierni, jak i nasi goście. Na dziękczynienie wszyscy zaśpiewaliśmy pieśń, która szczególnie wbiła mi się w pamięć oraz w serce:
Jeszcze tylko wierszyki będące podziękowaniem za ten dzień, ogłoszenia duszpasterskie, które zostały zdominowane przez zapowiedź zbliżającej się pielgrzymki Jana Pawła II do Sosnowca, przypomnienie o popołudniowym nabożeństwie majowym połączonym z rozdaniem pamiątkowych obrazków, aż wreszcie ze śpiewem "Panie Jezu zabierzemy Cię do domu" wyszliśmy z dusznej świątyni. Jedni pojechali do wynajętych lokali, inni, w tym ja, udali się do własnych mieszkań. Dzisiaj zastanawiam się, jak Ci wszyscy goście pomieścili się w naszych dwóch niewielkich pokojach. Nie było ich dużo, fakt, ale i tak trzeba było pożyczać stoły i krzesła od sąsiadów(i to dwa razy, bo pięć lat po mnie moja siostra szła do Pierwszej Komunii). Na szczęście z sąsiadami zawsze żyliśmy w dobrej koniunktywie i kiedy trzy lata po mnie do uroczystość komunijną miała córka jednych z nich, też bez problemu pożyczyliśmy im stoły i krzesła. Prezenty były skromne - Pismo Święte, album na zdjęcia, łańcuszek z medalikiem. Ale mi dużo do szczęścia nie trzeba.
Po południu razem z rodzicami chrzestnymi(to taki rodzinny zwyczaj) poszłam na nabożeństwo majowe, które było poszerzone o modlitwy nad nami. Niestety, dalej było dosyć zimno i wilgotno, chociaż już chyba nie padał z nieba deszcz. Dopiero podczas nabożeństwa zobaczyłam, jak dużo dzieci przystąpiło do sakramentu Pierwszej Komunii Świętej(nabożeństwo było wspólne dla obydwu szkół). Na zakończenie każdy z nas dostał obrazek święty, który miał nam przypominać o tym dniu.
![]() |
| Z rodzicami chrzestnymi |
![]() |
| I chyba standardowe zdjęcie z obrazkiem |
A potem był Biały Tydzień, na który oczywiście się uczęszczało. Na szczęście pogoda była dużo ładniejsza niż w niedzielę, przez co dużo chętniej chodziło się popołudniami do świątyni. Wszyscy mieli nadzieję, że taka sama będzie w zbliżające się Boże Ciało, podczas którego miałam sypać wraz z innymi kwiaty podczas procesji. Ale niestety, i tym razem pogoda spłatała nam figla, a ja po raz kolejny musiałam się pogodzić z tym, że czegoś nie będę mogła zrobić...




Dobrze jest pamiętać, jeśli pamięć dodaje siły w codzienności.
OdpowiedzUsuńWszystkiego dobrego :)
Takich chwil chyba tak łatwo się nie zapomina
Usuńja niosłam kielich w 1 parze, i zaczęła mi spadać mi halka, ledwo doszłam, myślałam,że się przewrócę i wyleję wino na beton:)
OdpowiedzUsuńokularnicawkapciach.wordpress.com
Ja kiedyś niosłam szkatułki z wodą i winem i udało mi się je wywalić na podłogę. Wszyscy się chichrali, że zrobiłam krainę winem i wodą płynącą, chociaż mi nie było do śmiechu. Ja chyba nie miałam halki przy sukience, przynajmniej sobie tego nie przypominam.
UsuńZdjęcia komunijne to chyba wszyscy mają standardowe. :)
OdpowiedzUsuńTeż nie wiem, jak ci wszyscy goście zmieścili się u nas w domu i jak rodzice - z pomocą znajomych - dali radę to wszystko ogarnąć, przy komunii brata już wynajęli jakiś lokal i kucharkę.
Pamiętam, że trafiło mi się czytanie, ale nie było przygód. :) A każda szkołą ma komunię w inny dzień do dziś, kościół mały nie jest, ale ludzi w parafii bardzo dużo.
U mnie też obyło się bez przygód i chyba nikt się nie pomylił w niczym. Wyszło tak, jak miało wyjść.
UsuńA ja w poniedziałek będę pisać i wspominać moja pierwszą komunie która była 40 lat temu
OdpowiedzUsuńCzytałam, czytałam :)
UsuńPiękne wspomnienia... cudowne świadectwo :)
OdpowiedzUsuńpozdrawiam serdecznie Karolinko :)
Dziękuję bardzo Basieńko i również pozdrawiam
UsuńFajnie tak po latach powspominać aż muszę od mamy i ja zdjęcia przywieść :)
OdpowiedzUsuńpozdrawiam
Koniecznie, bo to bezcenna pamiątka :)
UsuńStoły i krzesła od sąsiadów...moi rodzice też pożyczali:) To były czasy...ludzie po sąsiedzku po prostu że sobą żyli.. A teraz mam wrażenie że "dzień dobry" przejść przez gardło nie może:(
OdpowiedzUsuńS ja nie mam standardowego zdjęcia :)
Chyba jesteś jedną z niewielu, którzy nie mają takiego zdjęcia. Kiedyś chyba w ogóle ludzie byli bardziej społeczni, nawiązujący kontakty z innymi. Teraz żyjemy bardziej w wirtualnym świecie. Szkoda...
UsuńBułkę i kakao jako poczęstunek po komunii wspomina moja Mamusia. Ja miałam przyjęcie w domu, wtedy nikt nie organizował takich przyjęć w lokalach.Pamiętam, że stałam w pierwszej czwórce przed ołtarzem i czytałam modlitwę wiernych. I byłam niesamowicie wzruszona i przejęta:)
OdpowiedzUsuńUściski.
Nie dziwię się, bo to bardzo odpowiedzialne zadanie.
UsuńŁadna sukienka, a pogoda majowa kapryśna jest, pamiętam, ze zawsze trzeba było mieć w zanadrzu sweter na wszelki wypadek lub pelerynkę...
OdpowiedzUsuńO tak, pogoda w maju jest nieprzewidująca. A mówi się, że to kwiecień plecień.
UsuńPięknie wyglądałaś w tym ważnym dniu.
OdpowiedzUsuńDziękuję Izo
UsuńWspomnienia... a jesli są jeszcze miłe, piękne i budujące to cudowne wspomnienia :D
OdpowiedzUsuńWarto je mieć :)
UsuńWitaj powoli kończącym się majem
OdpowiedzUsuńSwoja opowieścią przywiałaś wspomnienia. Wyciągnęłam swoje czarno-białe zdjęcia sprzed.... lat. Nie chce się wierzyć, że to tak dawno było. Jednak to co czułam wtedy pamiętam do dzisiaj.
Pozdrawiam moim ulubionym zapachem akacji, którym zachwycam się teraz na każdym kroku
To bardzo ważny dzień i chyba każdy z nas bardzo dobrze go zapamiętał
Usuń