Witajcie kochani! Jak tam po weekendzie? Mam nadzieję, że spędziliście go dobrze, chociaż pogoda, przynajmniej u nas na Górnym Śląsku nieco się popsuła.
Jeszcze w piątek było ciepło, słońce wesoło świeciło na niebie. Aż chciałoby się, aby taka pogoda trwała i trwała. Niestety, od wczoraj czarne chmury zawisły nad naszą małą ojczyzną i co rusz coś z nich leci. Tym samym pod znakiem zapytania stanęło wczorajsze ognisko poprzedzone Mszą świętą za pątników pielgrzymujących z naszego dekanatu do Częstochowy. Wydarzenie to zostało zainicjowane przez (ks.*) P. Nie wiem, kiedy na nie wpadł, w każdym razie w piątkowy wieczór wysłał wszystkim SMSa z zaproszeniem. A tak go to wszystko zmęczyło(grupa liczyła 150 osób), że postanowił pójść krok na przód i założyć grupę na facebooku. Jeszcze rano zastanawiałyśmy się z U. czy w razie czego ma jakiś plan B., jednak wiedzieliśmy że wszystko wyjdzie w praniu. Pomijając to, że o mało nie spóźniłam się na Mszę, to było całkiem miło i sympatycznie. Pomimo pogody udało się rozpalić ognisko i nawet upiec kiełbaski, chociaż jedliśmy je już w salce katechetycznej. (Ks.) P. tradycyjnie tryskał humorem i rozśmieszał ludzi, żartował, ale też przyjmował propozycję na przyszłoroczną pielgrzymkę(m.in. koszulki i termos na ciepłą zupę). Szkoda tylko, że tak mało osób się pojawiło, ale pewnie przestraszyła je mżawka.
Za to dzisiaj, jak wstałam o 5 rano, lało jak z cebra. Leniwie przeciągnęłam się na łóżku i nagle zdałam sobie sprawę, że dzisiaj jest bieg "Business Run", podczas którego miałam być wolontariuszem w Katowicach. Jak może pamiętacie, a jeżeli nie to z pewnością znajdziecie odpowiedni wpis w archiwum, rok temu pomagałam w jego organizacji w Krakowie. Ale ponieważ dowiedziałam się wtedy, że identyczna impreza odbywa się na Śląsku, postanowiłam w tym roku tutaj spróbować swoich sił. Pozytywnie przeszłam proces rekrutacyjny, podpisałam umowę, dostałam meila z zakresem obowiązków i dzisiaj miałam działać. Tylko ten deszcz... No nic, postanowiłam nie marudzić i zwlec się z łóżka. Musiałam bowiem zdążyć na autobus o 6:07(ew. ten sam o 6:17), aby następnie zdążyć na taki o 6:57, który był ostatnim przed biegiem zawożącym prawie a pod samo miejsce wydarzenia. Problem polegał jednak na tym, że nie jechał nie tylko ten, ale też żaden inny autobus. Tak, jakby zajezdnia nie była uruchomiona... Pierwszy autobus podjechał dopiero o 6:26. Wiedziałam, że raczej i tak nie zdążę już na ten o 6:57, ale przynajmniej będę w Katowicach. Zgodnie z moimi przewidywaniami, autobus wjechał na interesujący mnie przystanek akurat o 6:57. A przecież musiałam przecież dojść na ten, z którego odjeżdżał autobus w stronę Muchowca. A raczej jak najbliżej Muchowca, bo bezpośredni już odjechał. Mój wybór padł na taki, który zatrzymuje się dwa przystanki wcześniej, a potem skręca w drugą stronę. Stamtąd już trzeba było iść ok. 1,5 kilometrów w ulewie i wichurze. Na miejsce doszłam jak typowa kupka nieszczęścia. Potem wystarczyło już tylko odebrać pakiet wolontariusza i pakiet żywieniowy i iść na trasę. Ale zanim to się stało, wszystkich wolontariuszy zaproszono na scenę na pamiątkowe zdjęcie.
Teraz można było iść do przydzielonych zadań. W tym roku poczułam się szczególnie związana z biegiem, ponieważ jednym z beneficjentów fundacji, na których były zbierane w tym roku w Katowicach pieniądze, była moja znajoma z klubu sportowego, która urodziła się bez nogi i bez części ręki(a mimo to swego czasu była w kadrze narodowej pływaków niepełnosprawnych). Przypomnę jeszcze jak to wszystko działa - w biegu biorą udział firmy i przedsiębiorstwa, które uiszczają odpowiednią opłatę startową do puli fundacji w poszczególnych miastach biorących udział w biegu. Następnie ta pula jest rozdzielana pomiędzy 3 - 6 obecnorocznych beneficjentów albo pozbawionych kończyn, albo ze sprężoną niepełnosprawnością(w każdym roku jest to ktoś innych), a jakaś część kwoty idzie na, powiedzmy, awaryjne konto. Pieniądze te są wykorzystywane jako zwrot za rehabilitację, opłacenie z góry zabiegów, dofinansowanie lub w pełni zrefundowanie zakupu protezy bądź sprzętu ortopedycznego.
Tak jak już to wcześniej napisałam, zostałam przydzielona do obsługi trasy. Do moich zadań należało m.in. pilnowanie, aby nikt niepożądany nie wszedł na trasę biegu na moim odcinku, ale nie tylko. Fakultatywnym elementem tej funkcji było też dopingowanie biegnących zawodników. Wiecie jak to jest - 4 kilometry(oficjalnie, bo według mnie był to mniejszy dystans) przebiegnięte, przed nimi ostatni kilometr, ale czasami zaczyna już na niego sił brakować(znam to z autopsji). Chociaż nie jest to regułą(to też znam z autopsji). Dlatego naprawdę fajnie jest, kiedy ktoś cię dopinguje. Tak więc na początku, pomimo tego, że chlupało mi już w butach i ogólnie ociekałam wodą(na szczęście przestało padać, ale "firmowe" pelerynki wypadało mieć na sobie w razie kolejnego załamania się pogody), darłam japę na cały głos i biłam brawo, a chętni to nawet mogli przybić mi piątkę. Ale potem głos zaczął mi wysiadać(bo ileż można krzyczeć, zwłaszcza że bez przerwy ktoś biegł), więc tylko klaskałam, zaciskałam kciuki, unosiłam je go góry, pokazywałam znak zwycięstwa albo po prostu w dalszym ciągu przybijałam chętnym biegaczom piątki bądź informowałam ich, że do końca biegu został im jedynie kilometr. Z tego wszystkiego aż ponabijałam sobie siniaki na dłoniach. W sumie nawet bym nie pomyślała, że jest to możliwe. Widać sprawdza się powiedzenie, że nie ma rzeczy niemożliwych. Na początku byłam sama, ale potem przydzielono mi drugą osobę do pomocy.
Bieg skończył się przed godziną 13(zaczął o 10:30, ale każda firma wystawiła do niego 5-osobową sztafetę i każda z tych osób musiała "przebiec" te 5 kilometrów). Potem trzeba było tylko sprzątnąć taśmę, która wyznaczała trasę biegu na swoim odcinku i można było wracać do namiotu wolontariuszy. Tam otrzymaliśmy m.in. dyplomy z podziękowaniem za pomoc w organizacji wydarzenia i ciepły posiłek(w sumie tak szybko się to wszystko działo, że nawet nie zdążyłam skonsumować suchego prowiantu przygotowanego przez jednego ze sponsorów wydarzenia, sieć sklepów "ALDI"), a pan J. rozdał nam jeszcze medale z tegorocznej edycji biegu. W sumie niczym się on nie różni od tego zeszłorocznego. No, może poza datą i miejscem biegu. Ale to przecież kosmetyczny drobiazg.
Zmęczona, nie do końca wysuszona, ale szczęśliwa postanowiłam wrócić do domu. Nie było to takie proste, ponieważ komunikacja miejska w tym rejonie w dalszym ciągu nie kursowała. Trzeba było znowu dreptać na Katowice - WORD i stamtąd łapanie czegoś jadącego w kierunku dworca PKP. W międzyczasie zdążyłam zjeść moją tackę obiadową, a raczej to co na niej było i z 10 razy przestudiować cały rozkład jazdy autobusów. A potem wsiadłam do autobusu i podziwiałam uroki Katowic, chociaż jazda nim trwała może niecały kwadrans. Potem jeszcze niecała godzinka jazdy (rano jednak szybciej jechał tą samą trasą) kolejnym autobusem i byłam już w cieplutkim domu. Odpalam internet, pierwszy raz dzisiaj, a tutaj TAKA informacja:
SZTAFETA POLSKIEGO KOMITETU PARAOLIMPIJSKIEGO DRUGA W POLAND BUSINESS RUN
Brawo nasi! Brawo niepełnosprawni, którzy udowodnili, że biegają na wspaniałym poziomie, a intensywne treningi zaprowadziły ich na samo podium!
Teraz można było iść do przydzielonych zadań. W tym roku poczułam się szczególnie związana z biegiem, ponieważ jednym z beneficjentów fundacji, na których były zbierane w tym roku w Katowicach pieniądze, była moja znajoma z klubu sportowego, która urodziła się bez nogi i bez części ręki(a mimo to swego czasu była w kadrze narodowej pływaków niepełnosprawnych). Przypomnę jeszcze jak to wszystko działa - w biegu biorą udział firmy i przedsiębiorstwa, które uiszczają odpowiednią opłatę startową do puli fundacji w poszczególnych miastach biorących udział w biegu. Następnie ta pula jest rozdzielana pomiędzy 3 - 6 obecnorocznych beneficjentów albo pozbawionych kończyn, albo ze sprężoną niepełnosprawnością(w każdym roku jest to ktoś innych), a jakaś część kwoty idzie na, powiedzmy, awaryjne konto. Pieniądze te są wykorzystywane jako zwrot za rehabilitację, opłacenie z góry zabiegów, dofinansowanie lub w pełni zrefundowanie zakupu protezy bądź sprzętu ortopedycznego.
Tak jak już to wcześniej napisałam, zostałam przydzielona do obsługi trasy. Do moich zadań należało m.in. pilnowanie, aby nikt niepożądany nie wszedł na trasę biegu na moim odcinku, ale nie tylko. Fakultatywnym elementem tej funkcji było też dopingowanie biegnących zawodników. Wiecie jak to jest - 4 kilometry(oficjalnie, bo według mnie był to mniejszy dystans) przebiegnięte, przed nimi ostatni kilometr, ale czasami zaczyna już na niego sił brakować(znam to z autopsji). Chociaż nie jest to regułą(to też znam z autopsji). Dlatego naprawdę fajnie jest, kiedy ktoś cię dopinguje. Tak więc na początku, pomimo tego, że chlupało mi już w butach i ogólnie ociekałam wodą(na szczęście przestało padać, ale "firmowe" pelerynki wypadało mieć na sobie w razie kolejnego załamania się pogody), darłam japę na cały głos i biłam brawo, a chętni to nawet mogli przybić mi piątkę. Ale potem głos zaczął mi wysiadać(bo ileż można krzyczeć, zwłaszcza że bez przerwy ktoś biegł), więc tylko klaskałam, zaciskałam kciuki, unosiłam je go góry, pokazywałam znak zwycięstwa albo po prostu w dalszym ciągu przybijałam chętnym biegaczom piątki bądź informowałam ich, że do końca biegu został im jedynie kilometr. Z tego wszystkiego aż ponabijałam sobie siniaki na dłoniach. W sumie nawet bym nie pomyślała, że jest to możliwe. Widać sprawdza się powiedzenie, że nie ma rzeczy niemożliwych. Na początku byłam sama, ale potem przydzielono mi drugą osobę do pomocy.
Bieg skończył się przed godziną 13(zaczął o 10:30, ale każda firma wystawiła do niego 5-osobową sztafetę i każda z tych osób musiała "przebiec" te 5 kilometrów). Potem trzeba było tylko sprzątnąć taśmę, która wyznaczała trasę biegu na swoim odcinku i można było wracać do namiotu wolontariuszy. Tam otrzymaliśmy m.in. dyplomy z podziękowaniem za pomoc w organizacji wydarzenia i ciepły posiłek(w sumie tak szybko się to wszystko działo, że nawet nie zdążyłam skonsumować suchego prowiantu przygotowanego przez jednego ze sponsorów wydarzenia, sieć sklepów "ALDI"), a pan J. rozdał nam jeszcze medale z tegorocznej edycji biegu. W sumie niczym się on nie różni od tego zeszłorocznego. No, może poza datą i miejscem biegu. Ale to przecież kosmetyczny drobiazg.
Zmęczona, nie do końca wysuszona, ale szczęśliwa postanowiłam wrócić do domu. Nie było to takie proste, ponieważ komunikacja miejska w tym rejonie w dalszym ciągu nie kursowała. Trzeba było znowu dreptać na Katowice - WORD i stamtąd łapanie czegoś jadącego w kierunku dworca PKP. W międzyczasie zdążyłam zjeść moją tackę obiadową, a raczej to co na niej było i z 10 razy przestudiować cały rozkład jazdy autobusów. A potem wsiadłam do autobusu i podziwiałam uroki Katowic, chociaż jazda nim trwała może niecały kwadrans. Potem jeszcze niecała godzinka jazdy (rano jednak szybciej jechał tą samą trasą) kolejnym autobusem i byłam już w cieplutkim domu. Odpalam internet, pierwszy raz dzisiaj, a tutaj TAKA informacja:
SZTAFETA POLSKIEGO KOMITETU PARAOLIMPIJSKIEGO DRUGA W POLAND BUSINESS RUN
Brawo nasi! Brawo niepełnosprawni, którzy udowodnili, że biegają na wspaniałym poziomie, a intensywne treningi zaprowadziły ich na samo podium!
P. S. Właśnie mija rok od szczęśliwego odnalezienia się Pusi. Mam nadzieję, że wybiła sobie wszelkie wycieczki ze swojego łebka.
* Mam ten przywilej, że mogę do niego mówić po imieniu


U nas też w sobotę pogoda sie popsuła, gdzieś koło 16.00 dopiero. Ale mi to akurat nie przeszkadzało, bo było już po meczu najstarszego synia ;) Niestety znów jego drużyna przegrała. Ale ktoś musi przegrać, aby wygrać mógł ktoś ;) Poza tym pamiętam jak to rok temu Twoja kotka wyruszyła na niezapowiedziany spacer. ALe jeszcze bardziej cieszyłam się, kiedy napisałaś, że się odnalazła! I niech już nie robi nigdy wiecej takich wypraw!!!
OdpowiedzUsuńniestety weekend był mokry, deszczowy i nijaki...
OdpowiedzUsuńPusia już z pewnością nie będzie robić sobie wycieczek:0
okularnicawkapciach.wordpress.com
U mnie też od soboty do dziś pada, z czego bardzo się cieszę. Na szczęście w weekend nie musiałam nigdzie wychodzić, dziś do miasta podskoczyłam autkiem, dlatego nie zazdroszczę Ci tego wolontariatu w deszczu.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam Karolinko:)
U mnie weekend był ładny, z czego bardzo się cieszę.
OdpowiedzUsuńPusia na pewno po tej przygodzie ma dosyć wędrówek i wie, że wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej.
Uściski.
Pogoda nie dopisała ale najwyraźniej impreza się udała.
OdpowiedzUsuńU nas też pada od sobotniego wieczoru. Cieszę się, bo w końcu ogród solidnie podlało.
Uściski Karolinko :)
Na pogodę wpływu nie mamy, ale z cukru nie jesteśmy...mimo deszczu i chłodu wykorzystaliśmy weekend dobrze.
OdpowiedzUsuńZa to Ty wykorzystałaś na 200 %
Super sprawa!
Super wykorzystałaś weekend, u mnie tak trochę w kratkę, ale dzisiejszy, jakże ponury i słotny dzień był okropny, nie lubię bardzo takiej pogody... Pozdrawiam! ;)
OdpowiedzUsuńTak, chociaż deszcz jest potrzebny, to jednak nieprzyjemne zimno potrafi uprzykrzyć życie ;)
OdpowiedzUsuńNajważniejsze, że zdążyłaś na bieg, a potem, jak już jechałaś do domu, to mokre ciuchy były moze mniej ważne, bo za chwilę się przebierałaś w suche.
Też mam nadzieję, że Pusia wybiła sobie z łebka wędrówki za drzwi mieszkania, jakkolwiek czujnym trzeba być niczym saper podczas pracy. Nasz kot do drzwi się niby nie pcha, ale zawsze się oglądam, czy przypadkiem za mną nie stoi, gotowy do wyjścia.
U mnie też deszcz dziś się pojawił. Ale coś niecoś widzieliśmy i tak w okolicy. :)
OdpowiedzUsuńPolecam Dębki, bo to jak na razie najprzyjemniejsza i najbardziej cicha miejscowość w jakiej miałem okazję być.
Fiu, fiu, szacunek Ci się należy za zaangażowanie.
Ale ten czas leci, wydawało mi się, że to niedawno z Pusią było wszystko.
Pozdrawiam!
Mozaika Rzeczywistości.
Wrzesień ma być ładny, więc jeszcze będą słoneczne dni. Bardzo fajnie spędziliście ten weekend. Super !
OdpowiedzUsuńPozdrawiam ciepło :)
Weekend spędziliśmy dosyć pracowicie tym razem i rodzinnie.
OdpowiedzUsuńTy widzę kochana nie nudzisz się i zawsze znajdziesz, jakieś ciekawe zajęcie.:)
I co tam deszcz...