Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

niedziela, 4 czerwca 2023

1604. O tym jak poszliśmy za Barankiem

Po trzech latach przerwy czas było powrócić do spotkań młodych Lednica 2000. Pierwsze dwa lata spowodowane były pandemią koronawirusa, a dlaczego rok temu mnie nie było? Hmmm... Prawdopodobnie wtedy wypadała któraś z Rund Paralekkoatletycznego Grand Prix (na pewno była ona w Grodzie Kraka). Pierwotnie miałam na nią jechać, a skoro jeszcze nie opanowałam bilokacji, to na sobotnią Lednicę już się nie zapisywałam (ale na niedzielny wolontariat podczas Memoriału Kusocińskiego w Chorzowie już tak - w planach był powrót do domu jeszcze w sobotę). Ostatecznie jednak się pochorowałam i na zawody nie pojechałam. A na Lednicę było już za późno, aby się jeszcze zapisać. Inna sprawa, że nie znałam jeszcze Księdza niosącego światło, który od zeszłego roku odpowiada za organizację wyjazdu (poznałam go dopiero podczas sierpniowej pielgrzymki na Jasną Górę i niemal od razu zaczęliśmy "nadawać na tych samych falach). W przeciwnym razie może dałoby się mnie jakoś uczknąć. 
W tym roku powiedziałam sobie, że muszę jechać. Tym bardziej, że kiedy Ksiądz niosący światło dowiedział się o moim wykształceniu w kierunku turystyki, poprosił mnie o pomoc w organizacji wyjazdu. Zareagowałam jednym wielkim "WOW", bo jednak nie mam zbyt wielu okazji, aby się wykazać. No dobra, ale jak już coś dostaję, to "z grubej rury". Ksiądz zaproponował mi to jeszcze w wakacje, po drodze trochę zdrowie zaczęło mu szwankować... Właściwie to bardzo trochę... W pewnym momencie wyjazd stanął nawet pod znakiem zapytania. Ksiądz nie chciał mnie zbytnio obarczać tym wszystkim. Ja z kolei wiedziałam, że nie można zawieść młodzieży, która bardzo liczyła na ten wyjazd. Powiedziałam księdzu, żeby się nie martwił, że dam radę ze wszystkim. Zresztą miałam wsparcie w księdzu, który wcześniej organizował wyjazdy naszego dekanatu oraz księdza organizującego wyjazd z drugiego dekanatu w naszym mieście. Akurat mieliśmy jechać jednym autokarem, żeby było taniej. Jeszcze do nas po drodze dołączyła grupa z jednej z poprzednich parafii Księdza niosącego światło ze swoim opiekunem. Ale to do nas należało ogarnięcie transportu. Z pozostałymi księżmi byłam w stałym kontakcie: pierwszego znałam doskonale, drugiemu zostałam przedstawiona rok temu przez moją wychowawczynię z przedszkola (!!!), trzeci był dla mnie kompletną zagadką... To też nie było tak, że na mnie wszystko spoczęło, bo Ksiądz niosący światło działał na tyle, na ile mu pozwalało zdrowie. Jak mógł, to chodził po parafiach i zachęcał, zapisywał. Jak nie mógł, trzeba go było w tym zastąpić. To też wymagało logistyki, zwłaszcza kiedy przez pięć dni niemal poprzedzających wyjazd nie było mnie w kraju. I tu przyszedł z pomocą ksiądz Gremlin, który na ten czas mnie zastąpił.
Do ostatnich dni nie było wiadomo też, czy Ksiądz niosący światło z nami pojedzie. Jego wyniki szalały niczym na rollercoasterze. Lekarz powiedział mu wprost, że nie wypuści go w takim stanie. Na szczęście w czwartek powoli zaczynały się statkować, a w piątek były już na tyle "dobre", że jednak dostał przepustkę. To było po południu, a po północy już wyruszaliśmy w drogę. Tylko ksiądz Gremlin musiał sprawdzić listę obecności. Po drodze jeszcze zahaczyliśmy o wspomniany Siewierz, skąd zabraliśmy kilkunastoosobową grupę młodzieży.
Sześć godzin później nasz autokar wjechał na jeden z przygotowanych parkingów, my zaś musieliśmy przejść jeszcze ok. 1,5 kilometra, zanim dotarliśmy na Pola Lednickie. Poranek był rześki, a wznoszące się z każdą chwilą coraz wyżej słońce zwiastowało piękną pogodę. Na miejsce dotarliśmy na ok. godzinę przed otwarciem bramek. Ci, którzy zgłodnieli, mieli doskonałą okazję na posilenie się, była też możliwość skorzystania z ToiToi, które ustawiono także przed polem.
Punktualnie o ósmej godzinie otworzono wejście na pola. Na początku jednak musieliśmy przejść kontrolę zawartości naszych bagaży. W tym czasie ksiądz Gremlin poszedł odebrać tegoroczne symbole spotkania - zawieszki z Barankiem leżącym na księdze z siedmioma pieczęciami. Jest to nawiązanie do tegorocznego hasła spotkania - "Idź za Barankiem".

Jako, że na miejscu byliśmy jednymi z pierwszych, i jako jedni z pierwszych weszliśmy na teren spotkania, mogliśmy swobodnie wybrać sobie sektor, w którym chcieliśmy być. Czy dziwi kogoś, że był to sektor 1, znajdujący się najbliżej Bramy Ryby? A że i w nim znaleźliśmy się jako jedni z pierwszych, to usytuowaliśmy się niemal na samym jego początku. Miało to dla nas niespodziewane konsekwencje - prezenterzy telewizji śniadaniowej "Pytanie na śniadanie" szukali grupy, która wystąpiła by w krótkiej relacji z tego wydarzenia. Akurat natknęli się na jednego z księży z naszej ekipy, kręcących się to tu, to tam. Od słowa do słowa dał się namówić, aby to była nasza ekipa. Przeszliśmy w miejsce niedostępne dla zwykłego uczestnika, za bramki, bliżej Bramy Ryby. Była szybka próba co mamy robić, po czym zrobiono krótkie, ok. 3 minutowe nagranie. Ciekawostka jest taka, że nie szło ono tak całkowicie "na żywo", ale z kilkuminutowym opóźnieniem. 
Screen z "wejścia" ze strony internetowej "Pytania na śniadanie"
Po nagraniu księża postanowili nas zabrać nad słynne jezioro lednickie, jednego z hipotetycznych miejsc, gdzie mógł odbyć się w 966 roku chrzest Polski. Do godziny 12:00 kiedy następuje wspólne odmówienie "Anioła Pańskiego" jest tzw. czas wolny, dlatego duchowni postanowili nas nad nie zabrać. Mimo, że to jest moje trzecie osobiste uczestnictwo w spotkaniu Lednica 2000, to tak naprawdę nigdy wcześniej nie udało mi się do niego podejść. Głównie z powodu patroli pilnujących, aby nikt się tam nie kręcił. Księżom jednak udało się do niego dojść bocznymi drogami. Wspaniałe wrażenie, mniej więcej tak je sobie wyobrażałam.
Wracając do sektora zahaczyliśmy o ośrodek rekolekcyjny znajdujący się tuż przy polach. Obok niego pochowany został pomysłodawca Spotkań Młodych Lednica 2000, ojciec Jan Góra. Na jego grobie zmówiliśmy tradycyjny "Wieczny odpoczynek".
Grób ojca Jana Góry
Tuż przed 12:00 wróciliśmy do naszego sektora, aby wspólnie z innymi pomodlić się na "Anioł Pański". Oczywiście mogliśmy zmówić tą modlitwę wszędzie indziej, ale wielu z nas po niej zabrało się za konsumpcję jedzenia. Słońce grzało coraz bardziej, toteż co jakiś czas chowaliśmy się w cieniu drzew i krzewów rosnących wokół pola spotkania. Co chwilę przypominało się też innym, aby nosili nakrycia głowy oraz nawadniali się. Podobno rok temu ktoś od nas zasłabł, nie chcieliśmy tego powtórzyć w tym roku.
W czasie pomiędzy "Aniołem Pańskim", a "Koronką do Bożego Miłosierdzia" można było chociażby nauczyć się piosenki przewodniej spotkania (każdego roku jest inna) oraz układu choreograficznego, który jej towarzyszy. W tym roku piosenka nosiła tytuł "Pragnę iść za Tobą".
Oczywiście nie mogło zabraknąć tańców lednickich z poprzednich lat. Wydaje mi się, że są one jednym z cech charakterystycznych spotkań. Zresztą za każdym razem staram się ich uczyć, tak aby potem móc tańczyć je z dziećmi w naszym parafialnym Oratorium. Nie na darmo jeden z utworów nazywa się "Tańcem chwalmy Go", wszak nawet tańcem można chwalić Pana Boga.
Nowością w tym roku były warsztaty prowadzone w namiotach na końcu pola przez zaproszonych gości. Wśród nich były: liturgiczny, rękodzielniczy, Podejmowania Decyzji, Jak Ewangelizować w Internecie, Pro Life, "Niebo gwiaździste nade mną" oraz "100 pytań do..." (br. Tomasza Łakomczyka). Cieszyły się one dość dużym zainteresowaniem, o czym świadczyła kolejka przed namiotami.
Przez cały czas można też było zajść do Namiotu Adoracji, w którym oprócz Najświętszego Sakramentu wystawione były też relikwie m.in. św. Wojciecha, św. Stanisława, św. Jana Pawła II, bł. Karoliny Kózkówny, czy też bł. Carla Acutisa. Przy okazji było to kolejne doskonałe miejsce, aby chociaż trochę ochłodzić się od lejącego się z nieba żaru.
Wnętrze Namiotu Adoracji
Po "Koronce do Bożego Miłosierdzia" miała miejsce Konferencja opowiadająca o doświadczeniu Eucharystii. Wygłosili ją dziennikarz Tomasz Wolny oraz ojciec Leonard Bielecki. Myślę, że świadectwo Tomasza Wolnego na długi czas pozostanie w sercach każdego uczestnika spotkania ("Skąd biorę siłę do tak intensywnego trybu życia? Po prostu z wiary w Boga").
Jak zawsze, dużo emocji wzbudziła we mnie "Procesja orłów" poprzedzająca oficjalne otwarcie tegorocznego spotkania Lednica2000. Pokazuje ona, że Kościół ma młode oblicze.
Wreszcie wybiła godzina 17:00, a wraz z nią procesja otwierająca spotkanie. W tym roku zabrakło dźwięku dzwonu, wystrzału z armaty, czy też pokazu lotniczego nad lednickim. Jednak słowa "Hymnu III Tysiąclecia": "Otwórzcie bramy co nietknione stały, bramy wieczyste, bo idzie Król chwały, Któż ten Król chwały i kto jest ten mężny? Pan mocny w boju i Bóg nasz potężny!" wybrzmiały tak samo dostojnie jak dotychczas. To było nasze wspólne wyznanie wiary.
Po oficjalnym otwarciu spotkania każda grupa otrzymała chleb, którym miała się przełamać na znak braterstwa i przyjaźni. Automatycznie na myśl przyszedł mi ekumeniczny festiwal "Łączy nas chleb" organizowany od kilku lat przez miasto Katowice. Wcześniej jednak w uroczystej procesji do ołtarza zostały przyniesione bochenki chleba oraz łany zbóż, a także odczytano fragment z Ewangelii wg św. Łukasza opowiadający o cudownym rozmnożeniu chleba. Gestowi łamania chleba towarzyszyła jakże wymowna pieść - "Karmisz mnie do syta".
Przejmujący był występ grupy baletowej, która na Drodze III Tysiąclecia przedstawił swoją interpretację do słów "Oto Baranek Boży".
Kolejnym gestem tegorocznego spotkania na Lednicy było przekazanie kapłanom swoich intencji, które następnie oni zanosili podczas Eucharystii na ołtarz. Każdy uczestnik podchodził do duchownego ze złożonymi rękami i mówił: "Przyjmij to, co ci dziś ofiaruję". Kapłan zaś brał nasze dłonie w swoje i odpowiadał: "Złożę to przed Bogiem na ołtarzu". Pomijając to, że Ksiądz niosący światło zaraz zapomniał co ma odpowiedzieć ("Yyy, Karolina, ty pamiętasz, co ja miałem mówić", no oczywiście, Lolek wszystko pamięta...), a niektórzy o co mają poprosić, to wyszło to nawet ciekawie.
 - Zastanawiam się, czy ja uniosę taki ciężar tych waszych intencji - żartował nawet ksiądz. 
Następnie księża udali się na tyły pola do namiotu liturgii, aby przygotować się do Mszy świętej, a my, młodzi mogliśmy posłuchać o nietypowej przyjaźni jednego z przybyłych księży, Kamila Wyszyńskiego z błogosławionym Karolu Acutisie. Uważniejsi czytelnicy mojego bloga, którzy są ze mną od lat, wiedzą, że i ja darzę tego sympatycznego chłopaka szczególną uwagą. Toteż wysłuchałam całej konferencji ze szczególną uwagą. Co prawda było w niej kilka nieścisłości, ale co tam, liczy się całość. 
Procesja księży przez Drogę III Tysiąclecia zapowiadała najważniejszy punkt spotkania - Mszę świętą. Przez cały dzień byliśmy zachęcani przez przybyłych z naszą grupą kapłanów do przystąpienie w razie potrzeby do sakramentu pokuty i pojednania (z tyłu kompleksu znajdowało się Pole Spowiedzi), tak aby jednak przystąpić do Komunii Świętej. Ja jednak byłam u spowiedzi dzień wcześniej (Pierwszy Piątek Miesiąca), więc raczej tak bardzo nie udało mi się przez tą dobę nagrzeszyć...
Wspólnie ze znajomym z parafii św. Maksia wypatrywaliśmy naszych księży idących w procesji. Gremlina było łatwo poznać po sylwetce i kapeluszu. A wiadome było, że gdzie Gremlin, tam i Ksiądz niosący światło... Głównym celebransem Eucharystii był abp Stanisław Gądecki, homilię wygłosił abp Grzegorz Ryś. Wszyscy pozostali księża koncelebrujący Mszę świętą stali na rozległym placu przed Bramą III Tysiąclecia. A za nimi my, młodzież, dzieci, opiekunowie grup.
Jednym ze sztandarowych punktów Mszy świętej jest taniec księży do piosenki "Tak, tak Panie" pod Rybą. Sama jej nie widziałam, ponieważ poszłam do Namiotu Adoracji, aby przyjąć Komunię Świętą. Niby byliśmy w pierwszym sektorze, a żaden z księży nie podszedł do nas z Najświętszym Sakramentem. Na szczęście ogłoszono, że gdyby ktoś nie przyjął Komunii w sektorze, to jest jeszcze możliwość zrobienia tego w Namiocie. Wzięłam więc wszystkich chętnych z naszej grupy i poszliśmy tam. 
Kiedy wróciliśmy było już po Mszy, a księża powoli też wracali do swoich grup. Akurat schola śpiewała hymn Światowych Dni Młodzieży w Częstochowie - "Abba Ojcze". Ciekawostką jest, że słowa pieśni napisał sam ojciec Jan Góra. Czy mógł wtedy przypuszczać, że sam zainicjuje coroczne spotkania cieszące się takim zainteresowaniem wśród młodzieży, a sama piosenka będzie śpiewana przez długie lata?
Nawet się ucieszyłam, gdy zobaczyłam Księdza niosącego światło. Cały czas bałam się, że zemdleje podczas Mszy, albo wywinie inny dziwny numer. Co prawda w razie czego jego koledzy by interweniowali, ale dobrze, że nic się mu nie stało. Był zmęczony, ale dawał radę.
Kolejnym wzruszającym dla mnie momentem była Modlitwa przełamania siedmiu pieczęci, poprowadzona przez księdza Teodora Sawielewicza. Chociaż miałam cichą nadzieję, że potrwa ona ciut dłużej...
Ostatnim punktem była adoracja Najświętszego Sakramentu, którą zwieńczyło dzwonienie przywiezionymi przez uczestników spotkania dzwoneczkami. Nie czekaliśmy tylko na przejście przez Bramę Rybę, które miało miejsce o północy, tylko wcześniej zaczęliśmy się zwijać do naszego autokaru. Może to i dobrze, bo ksiądz zaczął się źle czuć. W sumie ten dzień, długi i gorący, też musiał być dla niego nie lada wysiłkiem. I tak zniósł go całkiem dobrze, z uśmiechem i pogodą ducha. Aż trudno było pomyśleć, że za dwa, trzy dni nie będzie miał siły na nic... Tylko czasami trzeba było go zganiać z pola, aby nie siedział w pełnym słońcu. W autokarze jak zasnął po wyjeździe z pól, tak obudził się dopiero przed Siewierzem. A na koniec stwierdził, że cieszy się, że mnie poznał, bo nie wie czy udało by mu się samemu to wszystko ogarnąć. W sumie, chyba mogę potraktować to jako komplement i znak, że nauka na studiach nie poszła w las.
I wiecie co, już nie mogę się doczekać kolejnej Lednicy. A ta odbędzie się 1 czerwca przyszłego roku.
Nie ma to jak samemu robić sobie pamiątkowe zdjęcie wykorzystując kubeł na śmieci jako statyw
Piękna ta Brama III Tysiąclecia w nocnej odsłonie. A ja przekonałam się, że potrafię jednak robić nocne zdjęcia

7 komentarzy:

  1. Piękne przeżycie, wspaniała uczta duchowa, bardzo podoba mi się grób z głazów a śpiewy takie lubię.Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Reporterzy powinni brać z ciebie wzór!
    jotka

    OdpowiedzUsuń
  3. O, jak fajnie że byłaś. Super.
    Ale ten chrzest to na pewno nie tam gdzie te pola i ryba ;).
    Chyba większość naukowców (poza gnieźnianami, którzy - zdaje się - stawiają na Ostrów Lednicki) optuje za Ostrowiem Tumskim w Poznaniu jednak.

    OdpowiedzUsuń
  4. Cudownie, że udało Wam się wszystko zorganizować mimo problemów ze zdrowiem. Pięknie wyszło <3. Na pewno każdy z uczestników był mega zadowolony i wrócił bogatszy :)

    OdpowiedzUsuń
  5. cudowna relacja!
    https://okularnicawkapciach.wordpress.com/

    OdpowiedzUsuń
  6. To wspaniale być nad słynnym jeziorem lednickim, gdzie mógł odbyć się chrzest Polski.
    Serdecznie pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń