Przez wszystkie lata studiów zauważyłam, że niektóre książki, czy też podręczniki, uważane są za swoiste klasyki. Tak jest w przypadku książek autorstwa Zygmunta Kruczka, z których korzysta się podczas studiów o charakterze geograficznym (dodatkowo mogę Wam zdradzić, że miałam zajęcia z ich samym autorem), w przypadku czterotomowego wydania "Historii powszechnej", z którego korzystałam na "Historii gospodarczej" (jeżeli wierzyć słowom ok. 80-letniego wówczas wykładowcy, on sam z nich korzystał w czasie swoich studiów), w przypadku "Wstępu" do Starego i Nowego Testamentu wydawnictwa Pallottinum (jeżeli ktoś szuka ciekawego opracowania Pisma Świętego, to serdecznie polecam), czy też dwutomowe dzieło "Historia wychowania" autorstwa Stanisława Kota, z którym miało do czynienia również wielu z Was. Takich przykładów zapewne można mnożyć w nieskończoność, ile dziedzin naukowych, tyle polecanych książek i opracowań.
Zatrzymajmy się jednak przy starym, poczciwym Kocie, z którym próbuję zaprzyjaźnić się od jakiś 15 tygodni, na razie z mizernym skutkiem. A szkoda, bo w nadchodzącym tygodniu czekają mnie aż dwa zaliczenia, w których znajomość treści jego książek może się przydać. Awaryjnie jeszcze utrwalam sobie wiadomości czytając "Historię wychowania" pod redakcją Łukasza Kurdybachy, ale to właśnie Kot jest stawiany na pierwszym miejscu w długiej litanii lektur. Czasami zastanawiam się, czy ci wykładowcy uważają, że nie mamy żadnych innych przedmiotów, tylko ich, nie mówiąc już o innych zajęciach, bo nie ma szans, aby człowiek wszystko przeczytał na czas. Dlatego osobiście wybieram 2-3 pozycje i z nich się uczę. Metoda ta raczej się sprawdza, zwłaszcza że treści w książkach w 85% się pokrywają.
Ogólnie z książkami Stanisława Kota jest ciężko... Ja rozumiem, że książki te powstały w dwudziestoleciu międzywojennym, kiedy zasady ortograficzne były nieco odmienne (często pisało się "j" zamiast "i", niektóre przedrostki pisało się łącznie z wyrazami, a inne rozłącznie, co jest odmienne od współcześnie przyjętych zasad i reguł). Jednak nie trzymam przed oczami książki z tamtych czasów, gdzie jeszcze bym jakoś to wszystko przełknęła i wykazała wyrozumienie. Ja posiadam wydanie z 1997 roku. I naprawdę zastanawiam się, co by szkodziło zredagować ten tekst do współczesnych standardów gramatyczno - ortograficznych. Sam tekst nie straciłby na wartości, a przecież o wiele przyjemniej by się to czytało. I człowiek nie zastanawiałby się, co mu "nie gra" w danym zdaniu. Jestem raczej wzrokowcem i bardzo mnie drażnią takie oczywiste błędy, które jeszcze sto lat temu błędami nie były. To nie oznacza, że sama jestem ideałem i nie popełniam żadnych błędów o charakterze gramatyczno - ortograficzno - stylistycznym. Ale myślę, że po to są redaktorzy i korektorzy w wydawnictwach, aby je wyłapywać, poprawiać i dostosowywać, tak aby studentom jak najlepiej się z nich uczyło.
Zgadzam się z Tobą całkowicie. Trzymam kciuki za pozytywne efekty zaliczeń :)
OdpowiedzUsuńDziękuję podwójnie
UsuńMyślę, że takie stare teksty mają wartość historyczną (przy okazji są dowodem, ze normy ortograficzne to nie jest nic stałego i to w dużej mierze kwestia decyzji i przyzwyczajenia), ale jeśli to ma służyć jako podręcznik, to jednak pasowałoby przeredagować, podręcznik powinien być przyjazny dla czytelnika, a nie uciążliwy.
OdpowiedzUsuńTa wersja podręcznika była dla mnie koszmarem! A potem dziwota, że ludzie mają kłopoty z ortografią. Pozdrawiam
UsuńW sumie nie powinno się zmieniać tych pisowni oryginalnych ale nie nam o tym decydować.Pozdrawiam serdecznie.
OdpowiedzUsuńNie do końca. Podejrzewam, że oryginalne dzieła takiego Prusa czy Sienkiewicza zostały napisane według tych samych zasad. I myślę, że gdyby nie zostały one przeredagowane, to dzieciaki z podstawówki mogłyby mieć jeszcze większy problem z ich zrozumieniem :). Pozdrawiam
UsuńHm, zazwyczaj robi się korektę starych tekstów w nowych wydaniach poprawiając ich ortografię do ortografii aktualnie obowiązującej. Czyli masz jakieś wydanie dziwne, albo zrobione z myślą, że warto podtrzymać pamięć o pierwotnej wersja tekstu, albo (co częściej spotykane) "nie mielim pinionszków, więc będzie po taniości".
OdpowiedzUsuńNie zdziwiłabym się, gdyby ten drugi powód był prawdziwy. Bo dostosowując ortografię do obecnych standardów, treści w książce tylko zyskałyby na wartości. Pozdrawiam
Usuń