W ramach zajęć z terapii sztuką (pedagogika) udaliśmy się do teatru "Ateneum" na sztukę "Inny". To tak dla odprężenia i wyjścia z twardych ławek znajdujących się w Instytucie Pedagogiki i Psychologii na ul. Grażyńskiego. A przy okazji miała to być miła alternatywa dla tradycyjnych zajęć i zastanowienia się, w jaki sposób przedstawienie wpływa na rozwój młodego człowieka. Porę przedstawienia też wybraliśmy raczej dobrą - piątkowy poranek. Tak naprawdę to mieliśmy wtedy godziny rektorskie z okazji trwających juwenaliów miejskich, ale wiadomo - wyjście do teatru to nie siedzenie na uczelni, a więc byliśmy raczej w komplecie.
Spektakl opowiadał o bezimiennym chłopcu (który sam o sobie mówi po prostu Ja), który pewnego dnia budzi się i odkrywa, że wszyscy wyglądają i zachowują się dokładnie tak samo jak on. W szkole, na podwórku, na boisku, nawet w domu. Z czasem zaczyna mu to przeszkadzać, a nawet dawać do myślenia, że każdy z nas się od siebie różni i to jest bardzo dobre. Pouczająca opowieść, z nutką humoru, nie tylko dla dzieci.
![]() |
| Zdjęcie ze spektaklu (źródło zdjęcia) |
No właśnie, dzieci. Razem z nami na przedstawieniu byli uczniowie z, na oko, trzeciej klasy szkoły podstawowej. To nie dziwi, bo opowieść ta była jak najbardziej dostosowana do ich poziomu rozwojowego i poznawczego. Całą naszą grupę dziwiło, a wręcz bulwersowało zachowanie, jakie sobą reprezentowały. I nawet nie potrafimy powiedzieć, czy bardziej nas raziło ich zachowanie, czy też brak jakiejkolwiek reakcji na nie ich nauczycielek. Dochodziło wręcz do tego, że to my uciszaliśmy hałasujące towarzystwo.
Jak tak sięgam wstecz swoją pamięcią, to w czasach mojej archeologicznej historii szkolnej też w tym wieku wychodziliśmy do będzińskiego teatru na przedstawienia. I nie przypominam sobie, aby ktoś z nas aż tak się zachowywał. Tak samo, jak w czasie mojej późniejszej edukacji, już w szkole specjalnej. Tam też jeździliśmy na różne spektakle i raczej nikt nie przynosił naszym nauczycielom wstydu. A dzieci były różne, także z upośledzeniem umysłowym. Owszem, zdarzały się kryzysowe sytuacje, ale wtedy delikwent albo siadał obok któregoś z nauczycieli, albo po prostu zostawał wyprowadzany z sali i nie było nic do gadania. Tutaj nie było żadnej reakcji pań nauczycielek na zachowanie uczniów (w tym krzyki, a nawet wyzwiska aktorów), same zachowywały się tak, jakby nic się nie działo i z uśmiechem na ustach opuściły salę wraz z rozbrykaną bandą. I tylko jeden chłopiec, ubrany jako jedyny w białą koszulę i krawat, wychodząc stwierdził, że jego koledzy chyba jeszcze nigdy nie byli w teatrze i że prawdopodobnie jako jedyny zrozumiał przesłanie tego przedstawienia. Jeden, na ok. sześćdziesiąt dzieci.
Ja rozumiem, że od czasów mojego dzieciństwa minęły lata świetlne i gdyby jakaś nauczycielka wyprowadziła dziecko z sali teatralnej, to rodzice mogliby podnieść raban. Bo przecież oni zapłacili za ten spektakl. No tak, ale inni też. I ci inni też chcieliby go obejrzeć we względnym spokoju, a nie czując się tak, jakby byli w zoo. Jednak po wyjściu z teatru najżywiej komentowaliśmy postawę nauczycieli. Bo dzieci mogą nie potrafić zachować się w takiej czy innej sytuacji. Ale wtedy do dorosłych należy wytłumaczenie im reguł panujących w pewnych miejscach. Jeżeli rodzice tego nie potrafią, to powinność ta przechodzi na nauczycieli. Nawet tego uczą nas przez całe studia. Czyżby tamte nauczycielki o tym zapomniały?

Że dziecko nie potrafi się zachować, to jest irytujące. Ale jeśli opiekun mu nie zwraca uwagi, tylko ignoruje, to jest przecież jasny sygnał, że to jest w porządku...
OdpowiedzUsuńTak jak pisałam, nauczycielki udawały, że nic się nie stało i to w pewnym momencie my musieliśmy uciszać całe towarzystwo, co skutkowało tylko przez chwilę. Takie czasy. Pozdrawiam
UsuńNiestety te.dzieci poniosą skutki takiego wychowania. Mam nadzieję, że minie czas na "bezstresowe wychowanie" .
OdpowiedzUsuńPozdrawiam serdecznie;)
Zanim poniosą skutki, to upłynie jeszcze trochę wody w rzece. I zdążą nieźle narozrabiać. Ja to się tylko zastanawiam, czy ktoś im wytłumaczył gdzie i po co idą... Pozdrawiam
UsuńByłam niedawno w tzw. "Barze mlecznym", w dużym wojewódzkim mieście. Na obiad do tego Baru przyszła grupa dzieci, klasa na oko 3 - 4. Zachowywali się tak głośno, już podczas posiłku, że nic nie można było usłyszeć z rozmowy, z osobą z obsługi, przy zamawianiu posiłku. To był dosłownie wrzask, jak na boisku. Podeszłam do opiekunów grupy, żeby trochę uciszyli grupę, bo nic nie słychać, a tu są też inne osoby, które chcą w miarę spokojnie zjeść. Nie było żadnej reakcji. Dowiedziałam się, że dzieci zachowują się normalnie...
OdpowiedzUsuńJakbym widziała sytuację z teatru. Widać takie zachowanie jest teraz powszechne. Tylko nie zawsze musimy się na nie zgadzać. Pozdrawiam
UsuńMyślę, że nie zapomniały, ale pod koniec roku szkolnego już sił brak na wieczne upominanie, przypominanie, zakazywanie - przecież nawet przed wyjściem na spektakl czy do kina wałkuje się te zasady i co?
OdpowiedzUsuńjotka
Nie zdziwiłabym się, gdyby te panie nie wytłumaczyły dzieciakom gdzie i po co idą. Wiesz, ja mam w pracy przez 11 miesięcy w roku owo upominanie, przypominanie i zakazywanie. Nieraz jest to rzucanie grochem o ścianę. I też czasami brak mi ku temu sił. I tych psychicznych i tych fizycznych. Ale wiedziałam na co się piszę. I co, mam tego nie robić, bo nie widać efektu? A jeżeli ktoś się zachowuje jak małpa w zoo, to się interweniuje, zwłaszcza kiedy z tego samego dobra korzystają też inne osoby. Pozdrawiam
UsuńPorozmawiamy za 30 lat, Karolinko...oczywiście masz rację, ale życie niesie różne scenariusze.
UsuńJa przestałam jeździć na wycieczki, dla mojego świętego spokoju.
jotka
Te panie były w moim wieku, a więc miały najwyżej 10-letni staż pracy. Jeżeli już się wypaliły, to ja nawet nie chcę myśleć co będzie, kiedy będą miały przepracowanych wspomnianych przez Ciebie 30 lat. Pozdrawiam
UsuńPanie powinny zareagować, zawsze dzieci lubią się wiercić,poszeptać ale są pewne granice,pozdrawiam serdecznie.
OdpowiedzUsuńTutaj chyba nie było żadnych granic. Pozdrawiam
UsuńSmutne to. Jakoś mnie to nie dziwi, bo widzę zachowanie nauczycieli podczas różnych występów w naszej wsi. Nauczyciele z naszej szkoły to raczej koleżanki i koledzy uczniów. Oby się tylko przypodobać uczniom. Mnie to bulwersuje, ale większości to nie przeszkadza. Siedzę więc cicho i nic mnie już nie zdziwi. Pozdrawiam serdecznie:):):)
OdpowiedzUsuńMnie też o bulwersuje. I nawet panie z obsługi teatru były zszokowane takim zachowaniem u dzieci, które podobno nie często się zdarza. Skończyło się na tym, że zaczęły nas zupełnie bezpodstawnie przepraszać, a przecież one były temu najmniej winne. Osobiście najbardziej żal mi było aktorów, którzy do końca grali swoje role. Pozdrawiam
UsuńNiestety... "bezstresowe wychowanie" właśnie daje taki efekt... a dziecko bardzo potrzebuje norm i wzorców zachowania.
OdpowiedzUsuń