Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

niedziela, 24 listopada 2024

2070. Magurka skąpana w śniegowej szacie

 - Księże, miał ksiądz zamówić ładną pogodę - nie żadnym "Szczęść Boże", czy też "Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus", ale właśnie tym zdaniem powitałam księdza Krisa we wczorajszy poranek w pociągu mającym nas zawieść do Wilkowic. Tą niewielką miejscowość położoną tuż za Bielskiem - Białą obraliśmy sobie jako początek trasy mającej zaprowadzić nas na Magurkę (909 m. n. p. m.). Ksiądz spojrzał na mnie z nieokreślonym wyrazem twarzy.
 - Ty się ciesz, że nie ma zamieci - odparł zaspanym głosem.
Fakt, kiedy w piątek spadł pierwszy w tym sezonie śnieg, byłam trochę przestraszona perspektywą sobotniego wyjazdu w góry. Nie do końca wiedziałam czego mogę się spodziewać z zakresu warunków atmosferycznych, ani czy w ogóle podołam tempu narzuconemu przez grupę zaprawionych w bajach górołazów. Tym bardziej, że po drodze księdzu wymknęło się, że właściwie mamy bardzo ograniczony czas, aby wejść na szczyt i z niego zejść, maksymalnie 4,5 godzinny, tak więc prawdopodobnie pokonamy tą trasę biegiem. Nawet tego nie skomentowałam, tylko na nowo zatopiłam się w zabraną w podróż książkę - "Bibliotekarce z Paryża" Janet Skeslien Charles. Z drugiej strony czułam ekscytacje tym wyjazdem, tym bardziej, że w dwóch poprzednich nie mogłam wziąć udziału. I chyba ta radość zdecydowała, że nie wycofałam się w ostatniej chwili z wyjazdu.
Po opuszczeniu pociągu nasze kroki skierowały się na czerwony szlak, mający nas doprowadzić do celu. Po przejściu pierwszych kilkuset metrów chodnikiem zatrzymaliśmy się pod miejscowym kościołem. Tam przedstawiliśmy się sobie (jednak nie wszyscy się znali). Następnie zostaliśmy podzieleni na dwójki, w których mieliśmy przemierzać kolejny odcinek drogi. Była więc okazja na to, aby bliżej poznać tą drugą osobę. A po drodze mieliśmy takie oto widoki:
Niczym w zimowej baśni. 
Po przejściu kolejnych kilkuset metrów zatrzymaliśmy się na odmówienie pierwszej dziesiątki różańca, chwilę wytchnienia oraz zmianę partnerów naszych rozmów. Po krótkim odpoczynku wyruszyliśmy w dalszą drogę. Ku mojemu zaskoczeniu tempo i trasa były w miarę spokojne, choć nie ukrywam, że kilkakrotnie miałam momenty, kiedy mogłabym upaść. Doszło do tego raz, co uważam za osobisty sukces.
Po przejściu kolejnego odcinka, zmówiliśmy drugą dziesiątkę różańca i znowu zmieniliśmy naszych rozmówców. Ten odcinek drogi wiódł już bardziej przez lokalne drogi niż leśne ścieżki. A ponieważ droga była już wyjeżdżona, to automatycznie było trudniej utrzymać równowagę. Ale przynajmniej było śmiesznie/
Pojawiające się już powoli zmęczenie (jednak szliśmy dosyć raźnym krokiem) rekompensowały nam śliczne widoki oraz świadomość, że do schroniska jest z każdym krokiem coraz bliżej. Zauważyłam też, że im bliżej szczytu, tym bardziej przyczepna była nawierzchnia, po której kroczyliśmy. Ale może dlatego, że śnieg, który ją pokrywał, nie był jeszcze tak bardzo udeptany.
Po niecałych dwóch godzinach cała nasza grupa dotarła do obranego sobie celu. Wraz z koleżanką dochodziłyśmy, jako ostatnie, na miejsce, kiedy cała grupa ustawiała się do zdjęcia. Ciekawe, czy poczekaliby na nas, czy też sfotografowaliby się sami. 
Na szczycie odmówiliśmy też czwartą dziesiątkę różańca (a po drodze zatrzymaliśmy się oczywiście też na trzeciej). Po wykonaniu pamiątkowego zdjęcia na tle ośnieżonych po raz pierwszy po sezonie letnim gór, udaliśmy się do tamtejszego schroniska, gdzie każdy otrzymał gorącą kawę/herbatę (wedle deklaracji). Znalazło się nawet miejsce, gdzie mogliśmy usiąść wszyscy razem, jako grupa. Zaplanowane 30 minut postoju upłynęło nam na rozmowach i żartach, z kubkiem z parującym napojem w jednej ręce i kanapkami w drugiej.
Po rozgrzaniu się gorącymi napojami, posileniu oraz nabraniu sił, wyruszyliśmy w drogę powrotną, która tym razem prowadziła czarnym szlakiem. Wydaje mi się, że była ona ciut trudniejsza, chociażby ze względu na spadek terenu i to, że łatwo było stracić w takich warunkach równowagę. Cała grupa ruszyła pełną parą. Ze mną jednak został Artur, Ala i Ewelina, którzy wiedząc, że nie pójdę tak szybko jak inni, postanowili mi towarzyszyć. Artur dodatkowo stał się moją opoką w momentach, kiedy zaczęłam tracić grunt pod nogami.
Udało nam się jednak dogonić grupę w momencie, kiedy zatrzymała się na sprawdzenie, czy na pewno wszyscy są, a przy okazji czy ja żyję, więc, przynajmniej na początku, tempo naszej czwórki, nie było tak bardzo żółwie. Dopiero potem wszyscy uciekli nam tak bardzo, że nie sposób ich było dogonić.
Zauważyłam, że im niższy pułap, tym bardziej oblodzona ścieżka, a tym samym trudniej się szło. Dlatego jedną wywrotkę uważam za niemały sukces. Okazji było oczywiście więcej, ale albo sama łapałam równowagę, albo łapał mnie Artur. Po wyjściu z lasu wcale nie było lepiej. A nawet ciut gorzej, bo drzewa nie osłaniały naszej czwórki od wiatru. Szło się jednak z myślą, że jest się już bliżej dworca PKP niż dalej.
Ostatni kilometr trasy to był sprint. Zależało nam (chociaż chyba najbardziej księdzu Krisowi) na tym, aby zdążyć na pociąg, który o 14:10 odjeżdżał do Katowic. O 16:30 bowiem w archikatedrze Chrystusa Króla miały miejsce uroczyste nieszpory, otwierające jubileusz stulecia istnienia archidiecezji katowickiej. Na szczęście los nam sprzyjał, pomimo oblodzonych i ośnieżonych chodników, i na stację PKP dotarliśmy ok. 15 minut przed czasem. Mieliśmy więc idealny zapas po to, aby odmówić ostatnią dziesiątkę różańca. Następnie pożegnaliśmy tych, którzy przyjechali samochodami (wiecie jak miło było usłyszeć zwyczajne "do następnego razu") po czym wsiedliśmy do naszego pociągu i pojechaliśmy w stronę stolicy Górnego Śląska.
Wielu uczestników wyprawy wysiadło po drodze, np. w Pszczynie i w Tychach. Najwięcej jednak pojechało do końca. A ponieważ od przyjazdu do nieszporów było jeszcze trochę czasu, ci którzy zdecydowali się w nich uczestniczyć udali się do ośrodka Duszpasterskiego, gdzie mogli się przez ten czas ogrzać.
Wypełniona archikatedra zrobiła na mnie duże wrażenie. Wraz z pozostałymi uczestnikami wyprawy i wychowankami DA stanęliśmy na jej tyle. Dzięki temu mieliśmy okazję zobaczyć imponującą procesję zmierzającą przez środek świątyni. Wśród dostojnych monarchów szli też biskupi z mojej diecezji i nawet powiedziałabym, że biskup Artur Ważny, dostrzegłszy mnie w tłumie (akurat stałam na przodzie szeregu) skinął głową. A może mi się to tylko wydawało? Bo przecież to niemożliwe, aby mnie kojarzył po 2, 3 przelotnych spotkaniach...
Nieszporom przewodniczył nuncjusz apostolski, abp Antonio Filipazzi. Było to moje drugie spotkanie z tym człowiekiem w tym tygodniu - w poniedziałek był bowiem obecny podczas Drogi Krzyżowej w Wał-Rudzie w 110 rocznicę męczeńskiej śmierci błogosławionej Karoliny Kózkównej.
Całe nieszpory odbywały się w języku łacińskim i w większości były wykonywane przez archikatedralny chór, co nadawało im podniosłości. Dla wiernych wydrukowano jednak broszurki, w których było tłumaczenie na język polski. Muszę tutaj przyznać, że wysiłek włożony w dojście na Magurkę dał mi się we znaki i miałam chociażby problem z wstaniem po adoracji z kolan. Na szczęście inni w miarę potrzeby służyli mi pomocną dłonią.
Nieszpory co prawda nieco się przedłużyły, ale udało nam się zrobić pamiątkowe zdjęcie obecnym na nich członkom Duszpasterstwa.
Na pożegnanie usłyszałam od księdza, że "jestem wielka". Ja się zawsze w takich przypadkach śmieję, że mam tylko 154 cm wzrostu (zresztą tą dysproporcję widać nawet na zdjęciach). A tak na serio, to miło, że mnie docenił. Chociaż nie myślę, że dokonałam jakiegoś dużego wyczynu - po prostu tak jak inni weszłam na szczyt. Mam jednak nadzieję, że to nie ostatnia zdobyta przeze mnie góra w tym towarzystwie.

19 komentarzy:

  1. Kochana ! Wspaniale, że to zrobiłaś. Naprawdę jesteś wielka ! Ha ha ! Ja Ci dziś dziękuję, że jesteś. Lubię patrzeć na Twoją radosną buzię i czytać o tych wszystkich życiowych przygodach. Dziękuję !!! Pozdrawiam Cię Karola :))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I ja Ci dziękuję za obecność :). Czy jestem wielka, to nie wiem. Może co najwyżej dorównuję innym w tym, co robię. Pozdrawiam

      Usuń
  2. Klik dobry:)
    Ja pierwsza od księdza stwierdziłam, że jesteś WIELKA, o!
    Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przyznaję, że palma pierwszeństwa w tym względzie należy się właśnie Tobie :). Pozdrawiam

      Usuń
  3. Uwielbiam zimę na zdjęciach. Widać, że wyprawa była udana i to jest najważniejsze. Udało się Wam zrealizować plan! Zgadzam się z księdzem. Nie znam Cię, ale z działań, które opisujesz już dawno stwierdziłam, że jesteś wielka! Nie poddajesz się łatwo mimo przeciwnościom losu. I tak trzymaj nada Karolino! Nie przejmuj się oceną innych. Nie można skomentować poprzedniego postu, wiec napiszę tu tylko - "Zanim osądzisz mnie i moje życie, załóż moje buty i przejdź ścieżki, które ja przeszłam". Każdy z nas ma prawo myśleć inaczej i nie zgadzać się z nami. Ma prawo głośno mówić o tym, że się nie zgadza. Nie ma prawa nas oceniać!
    Pozdrawiam Alina

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz Kochana, staram się żyć najpełniej jak się da na tyle, na ile jest to możliwe. Nie wszystko jestem w stanie zrobić, i tego też jestem świadoma. Zresztą gdyby nie to, to znacznie częściej porywałabym się z motyką na słońce. Tak, zgadzam się, że każdy ma prawo do własnego zdania, i tego nie kwestionuję. Ale czy warto oceniać wszystkich według jednostki? Raczej nie. Pozdrawiam

      Usuń
  4. Pierwsze zdjęcie bajeczne!
    Wspaniały wypad, dzień krótki, więc trzeba niezłej kondycji, by zdążyć wrócić, ale nie na darmo trenujesz!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję. Szczerze to najbardziej się bałam, że narzucone tempo okaże się mimo wszystko ponad moje możliwości (to jednak góry), ale dałam radę. Już nie mogę doczekać się kolejnego wyjazdu. Pozdrawiam

      Usuń
  5. Brawa dla Ciebie , wspaniała wycieczka i pomysł z różańcem, fajne towarzystwo.Pozdrawiam .

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten różaniec to stały punkt tego typu wyjazdów. Pozdrawiam

      Usuń
  6. Karolinko, Nuncjusz to już prawie Twój kolega:-) Ależ jesteś dzielna, brawo Kochana.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, Nuncjusz jeden kolega, a biskup Ważny drugi do kompletu :D.

      Usuń
  7. W tak dobrym towarzystwie to tylko po górach chodzić, trasa iście bajkowa, gratuluję przejścia całej trasy, hartu ducha tylko pozazdrościć, pozdrawiam Ania

    OdpowiedzUsuń
  8. Wycieczka wspaniała, wymagająca, tym bardziej należy Ci się podziw za wytrwałość, determinację. Widoki cudne! Nie widziałam, że taka góra istnieje, ładna nazwa

    OdpowiedzUsuń
  9. Jesteś wielka, jesteś! I to nie tylko dlatego, że "fiknęłaś koziołka" zaledwie raz. Każdego dnia nam tutaj pokazujesz, że jak się chce to można wszystko, i góry przenosić, i zdobywać je w śniegu. I w ogóle się nie dziwię, że zapadasz w pamięć tym, którzy Cię poznali. Uściski i dużo radości na nowy tydzień.

    OdpowiedzUsuń
  10. Karolinko, świetnie opisałaś i pokazałaś na zdjęciach Waszą wyprawę. Cieszę się razem z Tobą że wraz z innymi udało Ci się wejść na szczyt mimo trudnych warunków. Jestem pełna podziwu że mimo wielu trudności potrafisz walczyć z przeciwnościami losu i nie poddajesz się. Dlatego też powiem - jesteś wielka! Życzę Ci dobrego tygodnia :)))

    OdpowiedzUsuń
  11. Jak pięknie! Szczególnie na pierwszym zdjęciu: jak z bajki.
    Chodzenie po śniegu i śliskich szlakach to większe wyzwanie!

    OdpowiedzUsuń
  12. Bajeczne pejzaże, pierwszy śnieg zawsze cieszy:))) Choć łatwo nie było, to Twój uśmiech mówi wszystko... Pozdrawiam serdecznie:)

    OdpowiedzUsuń
  13. Przepiękne zimowe krajobrazy.
    Dlatego nie dziwię się, że była to dla Ciebie tak wspaniała wyprawa.
    Jesteś niesamowicie konsekwentna i odważna, szacunek dla Ciebie :)

    OdpowiedzUsuń