Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

poniedziałek, 11 maja 2020

1160. Paweł Zuchniewicz "Pamiętnik papieskiego anioła", część 21/Widzieć dobro zamiast zła

MATKA

- Tak, Ojcze Święty. To ja, Ojcze Święty. Jeszcze dzisiaj, Ojcze Święty. Dziękuję.
Jan Paweł II i Matka Teresa z Kalkuty(źródło zdjęcia)
Papież pamiętał tą rozmowę, jakby to było wczoraj. A przecież minęło od niej pełnych dwadzieścia
lat. Zadzwonił wieczorem do Matki Teresy z Kalkuty przekonać ją, by zechciała pójść do szpitala. Kilka dni wcześniej bardzo zaniepokojone siostry z założonego przez nią zgromadzenia Misjonarek Miłości skontaktowały się z księdzem Dziwiszem. Matka była bardzo słaba, na dodatek spadła z łóżka, uszkodziła sobie stopę i za nic nie chciała pójść do szpitala. Przemówił do niej dopiero autorytet Jana Pawła II. "Cały świat cię potrzebuje, więc proszę, wracaj do szpitala i wypocznij" - powiedział do niej przez telefon. 
Święte posłuszeństwo wobec następcy Piotra prawdopodobnie uratowało jej życie. W szpitalu okazało się, że lada chwila mogła dostać zawału serca. Lekarze zastosowali odpowiednie środki i Matka mogła jeszcze długo pracować. Dopiero w 1997 roku, w wieku 87 lat, oddała duszę Bogu.
Za chwilę ogłosi ją błogosławioną.
Rzesze ludzi wypełniały Plac Świętego Piotra w ten słoneczny październikowy poranek. Przyszli tu z dwóch powodów. Po pierwsze, by świętować wyniesienie na ołtarze kobiety, która już za życia cieszyła się na całym świecie opinią świętej. Po drugie by był blisko z papieżem. Trzy dni wcześniej minęło dwadzieścia pięć lat od dnia, gdy został wybrany na Stolicę Piotrową. Beatyfikację Matki Teresy połączono z obchodami tego jubileuszu.

Od Anioła Stróża: "Chyba mój Anioł Stróż wypchnął mnie z łóżka" - mówiła Matka Teresa po przygodzie, w której doznała urazu nogi.  Podobnie jak Jan Paweł II była z nami w dobrym kontakcie, ale nie tylko to ich łączyło. Oboje pochodzili z krajów, gdzie po drugiej wojnie światowej władzę objęli komuniści. Matka Teresa urodziła się bowiem w Albanii. Bardzo się przyjaźnili. I Karol, i Agnes(bo takie było jej imię chrzcielne - Teresa to jej imię zakonne) opuścili swoje kraje wezwani przez Najwyższego.
Oboje żyli długo i byli powszechnie znani. Oboje bardzo wiele podróżowali. Jan Paweł II nieraz wysyłał Matkę Teresę do krajów, do których nie mógł udać się sam, aby tam przygotować grunt pod dzieło ewangelizacji - na przykład pojechała do Chin. I oboje pragnęli zostać świętymi. Kiedyś Matka ciężko zachorowała. Przyśniło jej się, że poszła do nieba. Tam spotkała świętego Piotra, który powiedział, że ma wracać na ziemię, bo w raju nie ma opuszczonych. "To ja ci go napełnię biedakami" - zagroziła. Takim miejscem, z którego "wysyłała" ich do Pana Boga był Dom Niepokalanego Serca(Nirmal Hriday) w Kalkucie, w Indiach. Tam założyła umieralnię dla najbiedniejszych z biednych. Zbierała ich z ulicy. Jan Paweł II odwiedził to miejsce podczas pielgrzymki do Indii. 

Zatrzymał się wtedy przy czarnej tablicy, na której widniał zrobiony kredą napis: "3 lutego 1986 rok. Przybyły dwie osoby, wyszło zero, umarły cztery. Robimy to dla Chrystusa."
Mało brakowało, a przeczytałby inne słowa: "Witamy Cię, Ojcze Święty". Matka Teresa w porę jednak ostudziła zapędy sióstr, które tak chciały uczcić niezwykłego gościa. Codziennie Misjonarki Miłości umieszczały tu bilans dnia. Dzień za dniem, miesiąc za miesiącem, rok za rokiem przybywało tych, którzy w tym domu znaleźli, jak mówiła założycielka misjonarek, bramę do raju. Kiedyś pewien dziennikarz zapytał Matkę, czy to co robi nie wydaje jej się kroplą w morzu potrzeb. 
 - Może to i kropla - odpowiedziała - ale bez kropel nie byłoby oceanów.
 Jan Paweł II w Domu Dla Umierających w Kalkucie
(źródło zdjęcia)
Matka wprowadziła Ojca Świętego do środka. Przechodził między rzędami łóżek, pochylał się nad umierającymi, obejmował ich i błogosławił. Od jednej z zakonnic wziął miseczkę z ryżem, przysiadł na pryczy i zaczął karmić starca. Potem pochylił się nad nim i pocałował w głowę.
Dotarli do miejsca, gdzie leżeli ci, o których przeczytał na tablicy. Cztery ciała, wśród nich jedno malutkie - dziecko. Nakreślając nad nimi znak krzyża, polecił ich Bogu.
 - Nirmal Hriday to miejsce nadziei - powiedział, gdy po pół godzinie wyszli przed dom. - Budynek zbudowany na odwadze i wierze, dom, gdzie króluje miłość, dom wypełniony miłością.
 - To najszczęśliwszy dzień mojego życia - wyznała Matka Teresa. - To także wspaniały dzień dla nich, bo dotknięcie papieża jest jak dotknięcie Chrystusa.
Jan Paweł II uścisnął zakonnicę.
 - Czy Matka nie otworzyłaby domu u mnie? - zapytał. 
 - Przecież już pracujemy w Rzymie.
 - W Rzymie tak, ale nie w Watykanie - odparł papież.
Musiał wykazać się sporym zdecydowaniem - jego współpracownicy gorąco protestowali przeciw takiemu pomysłowi. Do takiego domu przychodzili przecież ludzie najbiedniejsi, często brudni, obdarci co groziło odstraszeniem pielgrzymów i turystów odwiedzających Watykan. Jednak Jan Paweł II nie dał za wygraną. Chciał by na terenie rządzonego przez niego miniaturowego państwa było miejsce, w którym znajdzie się Bóg obecny w najuboższych. Kilka miesięcy później poświęcił kamień węgielny pod Casa di Accoglienza per i piu Poveri "Dono di Maria" - dom gościnny dla najuboższych "Dar Maryi". Po kolejnych dwóch latach dom został otwarty.

Od Anioła Stróża: Jana Pawła II i Matkę Teresę łączyło jeszcze jedno. Jej beatyfikacja odbyła się niezwykle szybko - już sześć lat po śmierci. Normalnie nie jest to możliwe - watykańskie procedury wymagają, aby proces beatyfikacyjny rozpoczął się najwcześniej pięć lat po śmierci kandydata na ołtarze. Papież jednak udzielił dyspensy od tego przepisu dwa i pół roku po odejściu założycielki Misjonarek Miłości i proces mógł się rozpocząć w 1999 roku. Najwyższy sprawił również cud uzdrowienia pewnej hinduskiej kobiety, dając znak, że i Jego wolą jest beatyfikacja Matki. Dzięki temu możliwe było tak szybkie wyniesienie jej na ołtarze. Stało się to 19 października 2003 roku.
Kilkanaście miesięcy później z tego wzoru skorzystał papież Benedykt XVI, zezwalając na wcześniejsze rozpoczęcie procesu beatyfikacyjnego swojego poprzednika - Jana Pawła II
--------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Matka Teresa z Kalkuty zmarła na początku września 1997 roku, kilka dni po śmierci Lady Diany, z którą się przyjaźniły. Zresztą księżna Diana, chociaż nie była katoliczką, została pochowana z różańcem, który otrzymała od zakonnicy. Mam jeszcze w pamięci obraz telewizyjny przedstawiający trumnę, z ciałem odsłoniętym od klatki piersiowej w dół. Nie jestem jednak w stanie sobie przypomnieć, czy była to Matka Teresa z Kalkuty w charakterystycznym białym sari, czy może angielska Królowa Ludzkich Serc w jakimś pięknym kostiumie. Zbyt dużo czasu minęło od tego momentu, a i ja, jako niespełna 7-letnie dziecko pewnie niewiele uwagi poświęcałam temu, co się działo na ekranie telewizyjnym.
Czy oglądałam Mszę świętą beatyfikacyjną? Trudno mi powiedzieć. Wiem, że widziałam jej kanonizację dokonaną przez papieża Franciszka w pierwszą niedzielę września 2016 roku. Akurat tego samego dnia w moim mieście odbywały się dożynki, dlatego w planach miałam udać się na Mszę świętą do bazylikę, która odbyła się w późniejszych godzinach, toteż nic nie stało na przeszkodzie, abym obejrzała transmisję z Watykanu. Jak zwykle byłam zachwycona całą oprawą uroczystości, jednak najbardziej tym, że Matka Teresa z Kalkuty została ogłoszona patronką wolontariuszy, czyli poniekąd i moją.
Wraz z kanonizacją(a znając ludzką naturę to pewnie i beatyfikacją) pojawiły się głosy oskarżające Matkę Teresę o niewłaściwe traktowanie chorych. Jeszcze teraz od czasu do czasu czytam opinię, że nie była świętą tylko potworem. Tak łatwo jest nam oceniać postępowanie innych. Tymczasem "kto jest bez grzechu niech pierwszy rzuci kamień"(J. 8, 7). Błądzić jest rzeczą ludzką. Każdy z nas popełnia takie czy inne błędy. A święci przecież byli z krwi i kości, z sumieniem i wolną wolą. Im też zdarzało się pobłądzić w życiu, oszukiwać, a nawet zabić innego człowieka. A jednak swoim życiem i uczynkami zamazali wszelkie swoje winy i wspięli się na drogę świętości. Poza tym, jak napisał ks. Aleksander Derouville w książce "O naśladowaniu Najświętszej Maryi Panny": "Sprawiedliwie oszacować jakąś rzecz możemy tylko wg tego, jak ją Bóg ocenia! To, co Bóg myśli i sądzi, winno być dla nas niezmienny prawidłem.". Nie wiemy jakimi kryteriami ocenia Bóg. Być może to my za swoje "małe grzeszki" urośniemy w Jego oczach do rangi "potworów"? Być może odpowiemy za sprzeciwianie się przykazaniu nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu?
Na jednym z czytanych przeze mnie blogów autor żali się często, że nie jest już szczęśliwy. Tylko jak ma być szczęśliwy, skoro naokoło widzi samo zło, gardzi ludźmi, katolikami(bo księża to pedofile), muzułmanami(bo wysadzają w powietrze), Polakami, politykami. Wylewanie żali na blogu może i przynosi jej ulgę, ale myślę że jest to chwilowe. Ta jej nienawiść do wielu grup ludzi(wrzuconych zresztą do jednego worka) jest trochę jak nowotwór toczący jej wnętrze(bo nie wiem czy uznaje duszę). Owszem, można czerpać radość z obcowania z przyrodą, ale co to za uczucie, kiedy w większości osób dookoła widzi się zło?
Dlatego proszę Was, starajcie się dostrzegać w innych też dobro, bo każdy z nas posiada chociaż drobną cząsteczkę tej pozytywnej cechy.

7 komentarzy:

  1. Tak naprawdę nie wiemy kim była tak naprawdę Matka Teresa. Dla mnie zbyt dużo tych pogłosek, afer wokół niej i jej misjonarek. Nie oceniam jej jako człowieka bo po prostu nie mam do tego prawa. Wiele osób uważa ją faktycznie za świętą, niech robią jak uważają za słuszne.

    OdpowiedzUsuń
  2. Każdy popełnia błędy, nawet Ci, którzy dziś już są Świętymi, ale trzeba je umieć wybaczać sobie na wzajem. Pozdrawiam cieplutko i zapraszam do siebie.

    OdpowiedzUsuń
  3. Delikatna, drobna, a jaką miała wielka siłę ducha!
    Pozdrawiam Karolinko:)

    OdpowiedzUsuń
  4. Podobno nikt, poza psychopatami nie rodzi się zły, a dostrzegać dobro jest trudniej, ale róbmy to, także dla siebie:-)

    OdpowiedzUsuń
  5. W psychologii jest coś takiego jak zasada lustra. Nasze postrzeganie świata odbija jak lustro to co jest w nas. Ktoś, kto dostrzega wokół dobro, piękno, wartość drugiego człowieka (pomimo istniejącego wokół zła i chaosu), ktoś, kto bardziej jest skłonny zauważyć wszędzie dobro niż zło, widzi tak naprawdę to, co ma w swoim wnętrzu. I odwrotnie - ktoś, kto widzi wszędzie tylko zło, nienawidzi innych ludzi, gardzi nimi, ... no właśnie.
    Uściski, Karolinko.

    OdpowiedzUsuń
  6. Piękne zakończenie Karolinko. Zbyt pochopnie oceniamy ludzi niewiele o nich wiedząc. Jestem pewna, że w każdym człowieku jest dobro. Nienawiść niszczy nas samych nieodwracalnie.
    Uściski!

    OdpowiedzUsuń