Gdzieś po drugiej stronie globu Ameryka wita nowego prezydenta(o prezydentach USA napiszę jutro, bo post się dociera, a ja już nie mam siły na myślenie), ja zaś siedzę w wygodnym fotelu i odpoczywam. Ten tydzień miałam niezwykle pracowity. Pomijając wpadkę na niemieckim, gdzie po napisaniu tradycyjnie kolokwium na laptopie nie zapisałam pracy(na szczęście germanistka jest w porządku i pozwoliła mi napisać wszystko jeszcze raz, czemu anglistka na AWF w Katowicach taka nie była?) i dzisiejsze zasugerowanie się prezentacjami innych, wskutek czego moja prezentacja jak najbardziej na temat stała się prezentacją nie na temat(brawo ja!), to nie mogę narzekać. Kilka zaliczeń już mam, najbardziej cieszy mnie to z francuskiego, który nie jest moim konikiem oraz z negocjacji, gdzie większość grupy musi pisać jeszcze raz kolokwium zaliczeniowe. Oceny nie znam, wiem tylko że jestem w gronie szczęśliwców, którzy zaliczyli w pierwszym terminie. Nie zawsze mi się chce myśleć, czasami rozprasza mnie taki widok zza uczelnianego okna:
Jeszcze sporo egzaminów i zaliczeń przede mną, sen z powiek spędza mi jeden przedmiot, na którego realizację mieliśmy 15 tygodnie, a został upchany w ostatni tydzień. O dziwo nie czuję się winna temu, że nie będę na niego uczęszczać z powodu półkolonii. Może gdybyśmy byli powiadomieni o tym w połowie grudnia, kiedy ksiądz kompletował kadrę na wypoczynek(czyli osoby z ukończonym kursem wychowawcy), to dusza by mnie świerzbiła, ale dziekanat poinformował nas o tym dopiero tydzień temu. No przepraszam, szanujmy siebie nad wzajem. I tłumaczenie, że nie mieli prowadzącego zajęcia jakoś mnie nie satysfakcjonuje. Tym bardziej, że nagle się znalazł - nasz dziekan!, który ma wiedzę w tym temacie. To nie można tak było od razu?
Co do półkolonii to potrzebowałam wypisu z KRS o niekaralności. Dobrze, że wszystko jest w ogólnodostępnej bazie danych. Dzięki temu nie musiałam jechać do Katowic(wątpię czy bym zdążyła), a mogłam podskoczyć do Sądu w Krakowie, co było dla mnie korzystniejsze. Najpierw przeszłam kontrolę antyterrorystyczną, panowie byli nawet tak mili, że na koniec założyli mi plecak na plecy i nie musiałam wyjmować komórki z kieszeni spodni. A potem drukowanymi literami wypełniłam wniosek i wniosłam opłatę za wydanie zaświadczenia. Następnie poszłam do okienka dla niepełnosprawnych aby złożyć wniosek. Siedzący w środku pan był tak miły, że postanowił przepisać mi wszystko na komputerze. Kurczaczki, ja naprawdę mam szczęście do urzędników, bo zawsze załatwiam wszystko po mojej myśli, w dodatku są mi niezwykle przychylni. Oczywiście nie narozrabiałam jeszcze na tyle, aby figurować w rejestrze skazanych i uzyskałam wymagany druk. Teraz już na 200%(wiem, wiem Basiu, że to niepoprawne matematycznie, wybacz) będę wychowawcą. Co prawda nie wiem kogo, ale ja tam wymagająca nie jestem - wszystko przyjmę na klatę :)
A tak w ogóle to dziękuję za komentarze dwa posty wcześniej -> http://na-sciezkach-codziennosci.blogspot.com/2017/01/podrozowanie-ponad-granicami-ludzkich.html. Nawet się nie spodziewałam takiej Waszej życzliwości. Cieszę się, że we współczesnym świecie są jeszcze osoby, dla których nie jest dziwne realizowanie pasji przez niepełnosprawnych. Bo turystyka to naprawdę moja pasja, nie bez powodu ją studiuję. I naprawdę, nie zamierzam jej porzucać, czy z niej rezygnować tylko dlatego, że ktoś tego nie rozumie...






