Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

piątek, 20 stycznia 2017

459. Codzienność, zwykła codzienność...

Gdzieś po drugiej stronie globu Ameryka wita nowego prezydenta(o prezydentach USA napiszę jutro, bo post się dociera, a ja już nie mam siły na myślenie), ja zaś siedzę w wygodnym fotelu i odpoczywam. Ten tydzień miałam niezwykle pracowity. Pomijając wpadkę na niemieckim, gdzie po napisaniu tradycyjnie kolokwium na laptopie nie zapisałam pracy(na szczęście germanistka jest w porządku i pozwoliła mi napisać wszystko jeszcze raz, czemu anglistka na AWF w Katowicach taka nie była?) i dzisiejsze zasugerowanie się prezentacjami innych, wskutek czego moja prezentacja jak najbardziej na temat stała się prezentacją nie na temat(brawo ja!), to nie mogę narzekać. Kilka zaliczeń już mam, najbardziej cieszy mnie to z francuskiego, który nie jest moim konikiem oraz z negocjacji, gdzie większość grupy musi pisać jeszcze raz kolokwium zaliczeniowe. Oceny nie znam, wiem tylko że jestem w gronie szczęśliwców, którzy zaliczyli w pierwszym terminie. Nie zawsze mi się chce myśleć, czasami rozprasza mnie taki widok zza uczelnianego okna:
No dobra, nie zza uczelnianego, bo tamtego chyba ktoś dawno nie mył, ale nie przeszkadza mi to w delektowaniu się
widokiem przecudnego Wawelu(spontaniczne zdjęcie, dlatego jego jakość daje sporo do życzenia 😉)
Jeszcze sporo egzaminów i zaliczeń przede mną, sen z powiek spędza mi jeden przedmiot, na którego realizację mieliśmy 15 tygodnie, a został upchany w ostatni tydzień. O dziwo nie czuję się winna temu, że nie będę na niego uczęszczać z powodu półkolonii. Może gdybyśmy byli powiadomieni o tym w połowie grudnia, kiedy ksiądz kompletował kadrę na wypoczynek(czyli osoby z ukończonym kursem wychowawcy), to dusza by mnie świerzbiła, ale dziekanat poinformował nas o tym dopiero tydzień temu. No przepraszam, szanujmy siebie nad wzajem. I tłumaczenie, że nie mieli prowadzącego zajęcia jakoś mnie nie satysfakcjonuje. Tym bardziej, że nagle się znalazł - nasz dziekan!, który ma wiedzę w tym temacie. To nie można tak było od razu?
Co do półkolonii to potrzebowałam wypisu z KRS o niekaralności. Dobrze, że wszystko jest w ogólnodostępnej bazie danych. Dzięki temu nie musiałam jechać do Katowic(wątpię czy bym zdążyła), a mogłam podskoczyć do Sądu w Krakowie, co było dla mnie korzystniejsze. Najpierw przeszłam kontrolę antyterrorystyczną, panowie byli nawet tak mili, że na koniec założyli mi plecak na plecy i nie musiałam wyjmować komórki z kieszeni spodni. A potem drukowanymi literami wypełniłam wniosek i wniosłam opłatę za wydanie zaświadczenia. Następnie poszłam do okienka dla niepełnosprawnych aby złożyć wniosek. Siedzący w środku pan był tak miły, że postanowił przepisać mi wszystko na komputerze. Kurczaczki, ja naprawdę mam szczęście do urzędników, bo zawsze załatwiam wszystko po mojej myśli, w dodatku są mi niezwykle przychylni. Oczywiście nie narozrabiałam jeszcze na tyle, aby figurować w rejestrze skazanych i uzyskałam wymagany druk. Teraz już na 200%(wiem, wiem Basiu, że to niepoprawne matematycznie, wybacz) będę wychowawcą. Co prawda nie wiem kogo, ale ja tam wymagająca nie jestem - wszystko przyjmę na klatę :)

A tak w ogóle to dziękuję za komentarze dwa posty wcześniej -> http://na-sciezkach-codziennosci.blogspot.com/2017/01/podrozowanie-ponad-granicami-ludzkich.html. Nawet się nie spodziewałam takiej Waszej życzliwości. Cieszę się, że we współczesnym świecie są jeszcze osoby, dla których nie jest dziwne realizowanie pasji przez niepełnosprawnych. Bo turystyka to naprawdę moja pasja, nie bez powodu ją studiuję. I naprawdę, nie zamierzam jej porzucać, czy z niej rezygnować tylko dlatego, że ktoś tego nie rozumie...

czwartek, 19 stycznia 2017

458. O Kajtusiu raz jeszcze

Wiem, wiem, że dla wielu z Was sytuacja może wydać się absurdalna. Wszak mieszkamy w różnych częściach kraju, więc teoretycznie nie powinna obchodzić nas sytuacja kogoś, kto mieszka nad morzem. Ale z drugiej strony możliwe jest, że trafi do mnie ktoś właśnie z okolic Gryfic i będzie wiedział, jak można pomóc w tej sytuacji.
O tragedii rodziny Pawełczyków kilka razy wspomniałam w swoich notkach. Ania, wspaniała, młoda mama, walcząca z całych swoich sił o godne życie, a także szansę na wybudzenie ze śpiączki czuwającej swojego średniego synka, Kajtusia, zginęła w bezsensownych wypadku samochodowym spowodowanym przez pijanego kierowcę. I chociaż nie uniknie on odpowiedzialności za to co zrobił, to nic nie zwróci życia tej optymistycznej, pełnej radości życia i nadziei kobiecie. Pozostawiła dom, a w nim czwórkę mężczyzn, z czego najmłodszy ma niespełna trzy latka i potrzebuje stałej uwagi. Mąż Ani, Piotr wraz z najstarszym synem, dwudziestoletnim Dawidem dzielą się w sprawowaniu opieki nad Kajtkiem. Zastanawiałam się wielokrotnie jak sobie z tym wszystkim radzą, wszak Dawid studiuje, a Piotr pracuje.
Na początku stycznia w jednej z grup na facebooku pojawił się tekst z prośbą o pomoc autorstwa Dawida. Chłopca, któremu życie zafundowało przyspieszony kurs dojrzewania(gdy miał 7 lat Kajtuś na jego oczach wpadł do oczka wodnego, wskutek czego zapadł w śpiączkę - tylko proszę, nie oceniajmy tutaj rodziców, bo i tak zapłacili za to niemałą cenę), a teraz jeszcze musi podołać jeszcze większej tragedii. Pozwólcie, że go przytoczę:

"Witam, na wstępie się przedstawię... Chociaż wiele osób może już kojarzyć mnie po nazwisku. Tak. Jestem synem Anny Pawełczyk. Niektórzy znają naszą sytuację, niektórzy nie. Dla tych drugich zostawię linka do bloga, bez zbędnego tłumaczenia wszystkiego.
www.kajtusiowy.blog.onet.pl

Miesiąc temu stanąłem twarzą w twarz z nienawiścią do Boga, ludzkości i całego świata. Odeszła od Nas moja Mama. Człowiek, który doprowadził do tego, że dzisiaj nie ma Jej już z nami na pewno nie będzie chodził bezkarnie po tej ziemi bo nie zasługuje na to, tak samo jak Mama nie zasługiwała na śmierć. W domu ten temat był zawsze odstawiany na bok bo przecież Jej nigdy nie zabraknie, bo co zrobimy jak Jej zabraknie i w końcu co z Kajtusiem? Przecież to Ona od ponad 10 lat walczyła o jego wybudzenie. Nie wytłumaczalne jest to co czuję ja czy mój ojciec. Nie będę się tutaj rozpisywał bo każdy może się domyślić co 4 facetów, może czuć kiedy w wieku 40 lat opuszcza ich matka, mentor, najsilniejsza i najpiękniejsza kobieta, a do tego jedyna w domu.

Dodałem się do tej grupy i od razu podziękuje za przyjęcie - z innego powodu. Kajtek jest coraz starszy, jest nam coraz trudniej, z dnia na dzień pękamy bardziej i bardziej... Nie wiemy co robić, żeby chociaż w jakiś niewielki sposób robić to tak jak robiła Mama.
Wiem, że istnieje tutaj dużo dobrych osób, bo po to ta grupa została stworzona dlatego uderzam do Państwa z pytaniem. Czy ktokolwiek zna kogoś kto mógłby pomóc nam przy Kajtusiu?
Przykładowo emerytowana pielęgniarka, która będzie na telefon, kilka godzin dziennie tak, żeby pomóc przy karmieniu, pielęgnacji itp... Oczywiście stała pensja, czy według dogadania się.
Czy któraś z Was, drogie Panie miała kiedykolwiek podobną sytuację? Gdzie mam uderzać o pomoc?
Proszę oszczędzić sobie głupich odpowiedzi typu - Ośrodek Pomocy Społecznej - bo po ostatnich odwiedzinach 2 Pań, które wypytywały mnie o kredyty, roczniki samochodów czy budżet jakim dysponujemy - mam dość. Panie niestety musiały wyjść z domu z niewypełnionymi papierkami ale taki już jestem. Nikt nigdy nie miał prawa znać tajemnic naszej rodziny, Mama by tego nie chciała.

Sasza czyli najmłodsza osóbka w domu w lutym kończy 3 lata, jest coraz starszy przez co potrzebuje coraz więcej uwagi, nauki, zajęć.
Niestety nie możemy podzielić idealnie obowiązków tak jak robiliśmy to z Mamą.
Jeżeli ktokolwiek wie w jaki sposób nam pomóc proszę o kontakt, zostawiam mój numer telefonu ale najlepiej pisać poprzez wiadomości na facebooku.
Telefon : 500789443.
Pozdrawiam wszystkich ciepło.
"Najważniejsze to nigdy się nie poddawać" ;):
"

Jeszcze niedawno tworzyli szczęśliwą, kochającą się rodzinę
(2015 rok)
Uderzyła mnie mądrość życiowa tego zaledwie dwudziestoletniego, wchodzącego w dorosły świat mężczyzny. Zresztą Ania niejednokrotnie podkreślała na blogu jego przedwczesną dojrzałość społeczną.
Wiem, że Ania wielokrotnie pomagała rodzinom, które znalazły się w takiej sytuacji jak ona, bezinteresownie dzieląc się informacjami na temat terapii osób znajdujących się w śpiączce, czy też doświadczeniem życiowym. Może pora, aby ktoś spłacił ten dług i pomógł jej rodzinie teraz, kiedy tego najbardziej potrzebują? Tak jak pisałam na początku - nie oczekuję cudów. Istnieje jednak szansa, że trafi do mnie na bloga osoba, która będzie wiedziała jak pomóc tej rodzinie. Jeżeli mogłabym jeszcze o coś prosić, to w miarę możliwości o rozpowszechnienie tej informacji. To nic nie kosztuje, a przecież każdy z nas ma swoje grono internetowych znajomych, zaś oni mają swoich znajomych, itd. itd. W wielu sprawach już odpowiedzieliście w pozytywny sposób(kartki dla Julci, kartki dla Dominika, świeżaki dla Olinka), może i w tej sprawie znajdzie się jakieś wyjście?

niedziela, 15 stycznia 2017

457. Podróżowanie ponad granicami ludzkich stereotypów

Tydzień temu w grafiku zaznaczyłam, że w ubiegły piątek mam pracę zaliczeniową z przedmiotem zowiącym się "Doświadczenie religii i kultur w turystyce". W tygodniu okazało się jednak, że przedmiot ten jest dopiero w tym tygodniu(wyszło mi masło maślane). Czyli dostałam gratisowe 7 dni na wymyślenie jakiejś super ekstra prezentacji przedstawiającej daną myśl. Nie jest łatwo wpaść na to, w jaki sposób turysta może doświadczyć religii i kultury innych krajów podczas podróżowania, a do tego jeszcze opowiedzieć o tym w interesujący sposób w zaledwie 20 minut. Tym bardziej, że profesorka prowadząca przedmiot od razu zapowiedziała, że wszelkiego rodzaju pielgrzymki nie wchodzą w grę. 
Na szczycie przed Bazyliką du Sacre-Coeur: jako nieliczni z
grupy dotarliśmy na szczyt pieszo po schodach - pozostali
wjechali specjalną windą. A ile się przed tym nasłuchałam,
że nie dam rady wyjść, a tu proszę. Z Z. wszystko się da!
(Paryż, wrzesień 2015 r.)
Pomysł na przedstawienie tematu przyszedł mi na myśl podczas wykładu z "Miejsc turystyki religijnej na trasach rejsów śródziemnomorskich". Prowadzący zajęcia zaproponował wyjazd na weekend na Maltę, aby zobaczyć miejsca związane z podróżami apostolskimi św. Pawła Apostoła. Od razu pojawiła się aprobata grupy, zaczęli myśleć nad rezerwacją biletów samolotowych na wiosnę. I nagle usłyszałam za sobą tekst mówiony półszeptem: "Nie, jedenaście biletów, bo jeszcze przecież jest XYZ". Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że cała nasza grupa liczy 12 osób. A skoro z ową nieobecną tego dnia XYZ policzyli, że potrzeba 11 biletów, to jasne jest, że kogoś nie wzięli pod uwagę. Kogo - nie trudno się domyśleć, skoro na kilkanaście wycieczek przedmiotowych w zeszłym roku wzięłam udział zaledwie w 1,5. I to nie dlatego, że nie mogłam(chociaż tak było w jednym przypadku), ale dlatego, że za każdym razem słyszałam od opiekuna grupy, że sobie nie poradzę. Oczywiście swoją wiedzę oparł tylko na tym, że posiadam orzeczenie o umiarkowanym stopniu niepełnosprawności, bez zweryfikowania moich faktycznych możliwości. Tzn. według niego mogłabym jeździć na wycieczki, ale tylko z indywidualnym opiekunem, bo on nie chce obciążać moją osobą całej grupy.
Oxford :)
Tymczasem ja od 4 lat jeżdżę sama(czytaj BEZ OPIEKUNA) na zagraniczne wycieczki organizowane raz w roku przez ojca jednego z moich przyjaciół, jeszcze z czasów dzieciństwa. Co prawda są one organizowane stricte pod osoby niepełnosprawne, prawda jest jednak taka, że gdyby chcieli, to też by mi powiedzieli "nie, my cię nie weźmiemy, bo jedziesz bez opieki". Tym bardziej, że właściwie tylko ja jeżdżę za każdym razem sama, wszyscy inni niepełnosprawni jeżdżą zawsze z kimś. Owszem, w razie potrzeby mi pomogą, no ale przecież nalać mi herbaty do szklanki, czy też zawiązać sznurówkę to znów nie jest Bóg wie jaka pomoc i nikogo tak bardzo nie obciąża(wiecie chyba co mam na myśli). Wszystko zależy od ludzkiego zrozumienia i chęci. Tak jak już kiedyś mówiłam, bez tego żadna ze stron daleko nie dojdzie.
Nie wiem, może organizator tych wojaży na początku miał pewne wątpliwości, czy powinien mnie brać, ale teraz sam do mnie dzwoni już nie z pytaniem czy nie pojechałabym tu i tu, tylko że mam zacząć zbierać pieniądze na to i na to, bo planuje tam wyjazd wtedy i wtedy. Myślicie, że jakbym była dla nich obciążeniem(pan M. wie, że nikt z rodziny ze mną nie pojedzie) proponowałby mi te wyjazdy? Nie bardzo. Dzięki niemu zwiedziłam m.in. Rzym, Asyż, Padwę, Kromeriż(chyba tak się to pisze), Wenecję, Wiedeń, Budapeszt, Paryż, Londyn i wymarzony Oxford. Przez ten czas chyba nikt nie narzekał, że musi mi zrobić herbatę, czy coś przynieść na stołówce. Wręcz przeciwnie, zawiązały się całkiem fajne znajomości. Doszło do tego, że nie mogę doczekać się września nie ze względu na moje urodziny, ale właśnie dlatego, że jest wtedy możliwość spędzenia tygodnia w wyborowym towarzystwie, w którym nie zwracają uwagi na twoją sprawność, ale na to, co sobą reprezentujesz.
Ja zaś za każdym razem widzę szczęśliwych, uśmiechniętych ludzi, który mimo tego, że mają problemy z poruszaniem się, czy wręcz poruszają się za pomocą wózka, chłoną informacje przekazywane im przez przewodników. Zaś dzięki ich otwartości osoby takie jak ja mają możliwość zwiedzenia obcych krajów, które dotąd mieli okazję zobaczyć w telewizji, internecie, czy też na kartach książki. Wbrew pozorom i o nas trzeba pamiętać pracując w biurach podróży jako np. pilot wycieczki. Bo kierując się własnymi przekonaniami opartymi na stereotypach, możemy stracić naprawdę sporą grupę klientów(nas jeździ średnio 40 osób). Dzięki tym wycieczkom nie musimy siedzieć w domu i poznawać wszystkiego wirtualnie, ale możemy na własne oczy, mamy też okazję poznać regionalną kuchnię. A przecież przeżyć z tym związanych nikt nam nie zabierze, nie ważne czy jesteśmy niepełnosprawni ruchowo, czy umysłowo. Zresztą tak naprawdę osoby upośledzone umysłowo też na swój sposób przeżywają to co zobaczą, usłyszą, czy nawet zwykłą zmianę środowiska. Czyż to nie podchodzi rewelacyjnie pod tematykę zajęć? I jeszcze obrazuje jak wiele da się zrobić, jeżeli pominiemy wiele stereotypów. A przecież to takie ważne dla osób pracujących w branży turystycznej.
Watykan - październik 2013 r
Wzgórze Gellerta w Budapeszcie

sobota, 14 stycznia 2017

456. To już jutro - 25 finał WOŚP

Już jutro tysiące wolontariusze Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy wyjdą na ulice polskich miast, aby zbierać do swoich charakterystycznych puszek datki od ofiarodawców. To już dwudziesty piąty raz! Rozumiecie, ćwierć wieku!
Nie będę nikogo namawiać do wrzucenia lub niewrzucenia kilku złotych na ten cel - uważam, że to sprawa wewnętrznego sumienia. Sama oczywiście jak najbardziej jestem za tego typu akcjami. Wiecie, urodziłam się półtora roku przed pierwszą edycją tego przedsięwzięcia zorganizowanego przez Jurka Owsiaka. Trudno było wtedy o specjalistyczny inkubator dla noworodka urodzonego blisko 2 miesiące przed terminem. Ale takie to już były czasy. Może gdyby Owsiak wpadł na swój pomysł dwa lata wcześniej, to moje życie byłoby choć trochę mniej uciążliwe? Chociaż i tak uważam, że jest nadzwyczajnie dobrze w porównaniu do tego, co powinno być wedle obrazu klinicznego.
Wiem, wiem, wielu jest przeciwników corocznej akcji Jurka Owsiaka. Nie mnie oceniać ile ze zgromadzonych pieniędzy zostaje w fundacji, jako koszty jej utrzymania. W końcu żadna fundacja nie działa charytatywnie, każda tak naprawdę bierze sobie jakiś procent z tego co otrzyma na potrzebujących. Nie można jednak zaprzeczyć, że na wielu oddziałach, najpierw dziecięcych, a z czasem i gieriatrycznych, pojawiły się sprzęty zaopatrzone w charakterystyczne czerwone serduszko. Nie da się też ukryć, że pomogły one niejednemu dziecku. Poniżej pozwoliłam sobie zamieścić linki do czterech internetowych historii szpitalnych z WOŚP-em w tle:
http://mateuszs.blog.onet.pl/2009/01/09/wosp/
http://kurlandia.blog.onet.pl/2017/01/14/wspieram-wosp/
http://preclowastrona.blox.pl/2016/01/Bylo-sobie-serduszko-Byla-sobie-historia.html
A takich przykładów można mnożyć i mnożyć. Na przykład synek mojej trenerki otrzymał z fundacji pompę insulinową. Na zakupioną za własne(tzn. rodziców) pieniądze musiałby czekać i czekać. Pomyślmy też ile dzieci nie otrzymało na czas pomocy tylko dlatego, że w ich szpitalu nie było specjalistycznego sprzętu, czy choćby inkubatora, a kiedy już się taki znalazł, to okazało się, że jest już dla nich za późno. Weźmy pod uwagę ten fakt, kiedy kolejny raz będziemy krytykować ludzi wrzucających kilka złotych do niepozornej, tekturowej puszki.

Mówi to do Was Lolek - jeden z wolontariuszy WOŚPu w latach 2007-2009.

piątek, 13 stycznia 2017

455. Kto się boi smog(k)u?

Straszą nim i straszą. W radiu, telewizji, nawet jadąc tramwajem widać przewijające się informacje o smogu unoszącym się nad miastem Kraków. Zewsząd apelują, aby zamienić samochody na komunikację miejską, tudzież zbiorową, aby w ten sposób ograniczyć emisję gazów i pyłów do atmosfery. Jako motywacją ma działać fakt, że mogą korzystać z niej za darmo, pokazując kontrolerom biletów dowód rejestracyjny samochodów.
Ale złowieszcza chmura pyłu unosi się nie tylko nad królewskim miastem, ale też nad moim rodzimym Górnym Śląskiem. Ba, w Rybniku z powodu zanieczyszczonego powietrza odwołano zajęcia w przedszkolach i szkołach. A i jakiś informacyjny program zawitał do mojego rodzinnego miasta puszczając kilkadziesiąt sekundowy materiał na temat naszej walki z nadmiarem pyłów w powietrzu. Co prawda nie widziałam go, ale wiem, że był.
W sumie jak we wtorek(środę?) spojrzało się na słońce, faktycznie miało się wrażenie, że znajduje się ono za mgłą. Tymczasem był to owy owiany złą sławą SMOG! Myślicie, że bał się ziejącego pod swoją jamą smoka wawelskiego? Ależ skąd! Miałam nawet nieodzowne wrażenie, że konkurują ze sobą, kto będzie wytrwalszy - smok w zionięciu ogniem, czy też smog w unoszeniu się nad miastem.
Automatycznie przypomniał mi się wiersz autorstwa pana Karola Kozłowskiego "Smok i smog", który poznałam gdzieś w pierwszej klasie szkoły podstawowej:
"Raz w dzień letni nad Krakowem,
zawisł ciężki, gesty smog.
Wcisnął nawet się do jamy,
w której spał wawelski smok.
Smog, gdy tylko smoka zoczył,
spalinami, gazem chuchnął!
Smok bez tlenu żyć nie może,
więc jak długi przed nim gruchnął.
"
Mam nadzieję, że tym razem finał będzie bardziej optymistyczny. Podobno dzisiaj już poziom pyłów był znacznie niższy niż w ostatnich dniach. Podejrzewam też, że jak przyjdzie większy wiatr, to przegoni smogową chmurę, gdzie pieprz rośnie. Inna sprawa, że w wielu domach pali się jeszcze nie tylko gdzie popadnie(chodzi mi o stare piece na węgiel itp.), ale też niestety czym popadnie. Niby w Krakowie jest szerokopasmowy program wymiany starych pieców na nowe, bio-piece, my ludzie boimy się jednak wszystkiego co "nowe", zaś efekt tego jest jaki jest. Edukację w tym względzie pozostawię jednak specjalistom, a ja do nich nie należę. Inną sprawą jest fakt, że smog(nie smok) podziałał na mój organizm "terapeutycznie"(tak, tak, dobrze czytacie) - zwiększyła się moja tolerancja na pyłki, na które mam wiosenno-letnio-jesienną alergię. Może to jakiś materiał do badania?

A swoją drogą czy Wy też pamiętacie wiersze, które poznaliście w dzieciństwie? Bo ja z tym nie mam mniejszego problemu. Gorzej z autorami, ale w dobie dzisiejszej informatyzacji w większości przypadków wystarczy wklikać wers wiersza w wyszukiwarkę i po chwili najczęściej mamy nie tylko cały wiersz, ale też jego autora.