Kolejna próbka mojej niedoskonałej, ale powstałej w głębi serca, poezji. Tak na dzisiejszą rocznicę...
Krwawa niedziela(Wołyń 11 lipca 1943)
W wieczornej ciszy przez sen już spowitej,
gdy letni wiater do snu kołysał wszystkich,
w oddali słychać podejrzane głosy,
i powiew grozy jest już bardzo bliski.
Wołyńskie powietrze, tak świeże, tak bliskie,
wnet wypełnią głosy i płaczu, i błagań,
gdy w środku nocy huk gdzieś się rozchodzi.
I sąsiad sąsiadowi był wrogiem,
gdy wziął w swe dłonie siekierę,
kosę, toporek, czy młotek.
A w oczach ostatnie błaganie o litość, o życie,
którego nikt z oprawców nie chciał słyszeć...
Na ziemię wołyńską, tak żyzną, tak drogą,
pierwsze krople krwi polskiej już lecą.
Mieszając się z kroplami porannej rosy,
co nazajutrz miała się wszystkim objawić.
Noc ciemną, noc straszną, rozświetla już łuna -
to ogień bezkresny trawi tam domostwa,
wsie polskie usunąć miał z ziemi ukraińskiej,
aby nie pozostał kamień na kamieniu.
W kościele dzwon na trwogę rozbrzmiał,
zakłócając szepty niedzielnej modlitwy.
I znowu zgiełk, i znowu błysk siekier,
aż po świętej posadzce krew polska płynęła.
Dziś nic już nie mówi o tamtej niedzieli,
zabici zostali zakopani w tej ziemi,
do teraz to ich jedyny cmentarz.
Wśród ciszy do dzisiaj proszą o jedno -
aby nie przestać o nich pamiętać.
Moje motto
„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"
Jaki był ten dzień
"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"
środa, 11 lipca 2018
wtorek, 10 lipca 2018
746. Jak równy z równym
Kilka dni temu wrzucono do sieci oficjalny teledysk XXXIV Światowych Dni Młodzieży, które za nieco ponad pół roku odbędą się w Panamie. Ech, jak ten czas leci - niemal na Waszych oczach przygotowywałam się do spotkania z młodzieżą całego świata w Krakowie, a tu już za chwilę przyjdzie mi lecieć na drugi koniec świata.
Jak każde spotkanie z młodzieżą, także i to ma swoje logo, hasło spotkania, swoich patronów, w końcu swój hymn. Logo spotkania jeszcze objaśnię, patronów planuję przedstawić Wam w okolicach listopada(do tego czasu prawdopodobnie jeden z nich "awansuje" do rangi świętego), hasło też postaram się Wam objaśnić.
Dzisiaj chciałabym jeszcze na chwilę wrócić do hymnu, którego refren nawiązuje do hasła spotkania - "Oto ja, Służebnica Pańska, niech Mi się stanie według twego słowa"(Łk. 1,38). Jak moi wierni czytelnicy pamiętają, na blogu prezentowałam już zarówno wersję oryginalną >>tutaj<<(ha, ha, ha, właśnie zdałam sobie sprawę z tego, że od umieszczenia tego posta minął rok), jak i tłumaczenie w języku polskim >>tutaj<<.
W zeszłym tygodniu pojawił się w sieci oficjalny teledysk hymnu.
Nie wiem, czy w zamieszczonym przeze mnie pliku jest to widoczne, ale w pewnym momencie pojawia się w nim zarówno osoba z zespołem Downa, jak i osoba poruszająca się na wózku inwalidzkim. Jeżeli nie jest to dobrze widoczne tutaj, to odsyłam zainteresowanych do klipu w lepszej jakości na youtube.com -> >>klik<<. Widzicie? Widzicie?
Czy się cieszę z takiego scenariusza? Pewnie że tak. W końcu jesteśmy w jakimś stopniu członkiem społeczeństwa. Może nie wszyscy z nas są w stanie funkcjonować w nim w równym stopniu, ale żyjemy w nim. I w sumie należy nam się taki sam szacunek jak każdemu innemu. Bardzo mi się podobała inicjatywa podczas ostatniego ŚDM, kiedy w tramwaju na krakowskie Błonia wraz z papieżem Franciszkiem przyjechali przedstawiciele niepełnosprawnej młodzieży. Wiem, że wielu naszych pełnosprawnych rówieśników zazdrościło im wtedy. Zastanawiam się tylko ilu z nich zamieniłoby się z tymi niepełnosprawnymi na ciała. Ile z nich chciałoby się stać powyginanymi do granic możliwości potworkami? Ilu z nich chciałoby zatrzymać się umysłowo na poziomie kilkulatka? Ilu z nich chciałoby, pomimo wykształcenia, nie pracuje, bo wszyscy mu odmawiają tej pracy z powodu niepełnosprawności... Więc czy na pewno jest czego zazdrościć tym niepełnosprawnym?
Ten teledysk przypomina mi też trochę wolontariat podczas ŚDM w Krakowie. Tam naprawdę nie liczyła się Twoja sprawność, tylko umiejętności. Tak więc nawet dla nas, niepełnosprawnych którzy przeszli pozytywnie proces rekrutacji, znalazło się jakieś zajęcie. Wskazywaliśmy drogę, rejestrowaliśmy, pomagaliśmy w uzyskaniu informacji. Jak równy z równym...
Kochani, coraz częściej widzę angażowanie niepełnosprawnych w różne ciekawe akcje i projekty. I dobrze, bo skończyły się czasy, kiedy byliśmy chowani po domach. Tylko trochę żal, że np. pracodawcy w dalszym ciągu są oporni na zatrudnianie nas do swoich firm. Ale to już temat na osobną notatkę...
niedziela, 8 lipca 2018
745. Rzeź wołyńska - pamięć i zapomnienie
Kiedy czyta się wspomnienia ludzi, którzy przeżyli rzeź wołyńską, aż włos się jeży na głowie, że człowiek był zdolny do takiego okrucieństwa wobec drugiego człowieka. To straszne ludobójstwo, którego dokonali nacjonaliści ukraińscy głównie na mniejszości polskiej(ale też na Rosjanach, Ukraińcach, Żydach, Ormianach, Czechach i innych narodowościach) zamieszkującej byłe województwo wołyńskie w okresie dwóch lat od lutego 1943 roku. Największe jego nasilenie nastąpiło jednak w lecie 1943 roku i dlatego w lipcu obchodzone są oficjalne uroczystości z nim związane. Co więcej, 2 lata temu Sejm RP w trybie uchwały ustanowił 11 lipca, na pamiątkę tzw. Krwawej Niedzieli, która była kulminacyjnym dniem w rzezi wołyńskiej, Narodowym Dniem Pamięci Ofiar Ludobójstwa dokonanego przez ukraińskich nacjonalistów na obywatelach II RP", oddając tym samym hołd wszystkim zabitym w wyniku tego ludobójstwa. Do dzisiaj nie jest znana dokładna liczba jej ofiar - szacunkowo zginęło wtedy ok. 50-60 tysięcy Polaków i 2-3 tysiące Ukraińców.
Po ustaleniu 28 września 1939 roku paktu o granicach i przyjaźni między III Rzeszą, a ZSRR, w której ustalono granicę niemiecko-sowiecką na okupowanym terytorium Polski, tereny dawnego województwa wołyńskiego znalazły się w obrębie tego drugiego agresora. W celu uzasadnienia aneksji okupowanych terenów II Rzeczpospolitej, Sowieci w dniu 22 października 1939 roku przeprowadzili fikcyjne wybory do lokalnego Zgromadzenia Ludowego. Pięć dni później Zgromadzenie ludowe Zachodniej Ukrainy ogłosiło włączenie Wołynia w skład Ukraińskiej SRR. Zostało to potwierdzone przez Prezydium Rady Najwyższej w dniu 1 listopada 1939 roku. 1 września 1941 roku utworzono Komisariat Rzeszy Ukraina, do którego po ataku Niemiec na ZSRR został włączony Wołyń. Zgodnie ze swoją polityką wschodnią, Hitler traktował Ukrainę jako zaplecze materialne dla III Rzeszy i właściwie nie przewidywał dla niej innej administracji niż niemiecka. Do jego głównych celów należała eksploatacja gospodarcza, a jej podstawą były wysokie kontyngenty, które nakładano na miejscową ludność.
Po rozpoczęciu masowej zagłady ludności żydowskiej, ukraińska policja pomocnicza rozpoczęła współpracę z SS oraz policją niemiecką podczas obławy w gettach i konwojowaniu Żydów do miejsc egzekucji. W ten sposób zginęło ok. 150 tys. Żydów mieszkających na terenie Wołynia. Ludobójstwo dokonane publicznie na Żydach było kolejnym dowodem na amoralność i "skuteczność" masowych prześladowań i zbrodni dokonywanych instytucjonalnie przez państwa-okupantów i skierowanych przeciw całym grupom narodowościowym lub społeczny. W konsekwencji sprzyjało to obojętności dla przemocy, a następnie zbrodni na masową skalę - ludobójstwa. Tym samym zagłada Żydów stała się dla ukraińskich nacjonalistów przykładem, w jaki sposób można usunąć niewygodnych Polaków.
W wyniku wszelkich represji liczba ludności wołyńskiej spadła z ok. 2,3 mln w sierpniu 1939 r do niecałych 2 mln. w styczniu 1943 roku. W 1942 roku, w odpowiedzi na bezwzględne postępowanie władz niemieckich, nastąpił żywiołowy rozwój ruchu partyzanckiego na Wołyniu. Poza grupami niezwiązanymi z żadną organizacją polityczną i partyzantką radziecką, powstały trzy ukraińskie formacje partyzanckie("pierwsza UPA", oddziały wojskowe OUN-M i drobne oddziały OUN-SD). Najbardziej dynamicznie działały oddziały OUN-SD - jako jedyni zjednoczyli wszystkie ukraińskie partyzanckie formacje zbrojne oraz podjęli natychmiastowe podjęcie walk partyzanckich. W marcu i kwietniu 1943 roku odbyła się masowa dezercja policjantów Ukraińskiej Policji Pomocniczej z terenów Wołynia. Część z nich zasiliła formacje partyzanckie. Dezerterujący policjanci dopuszczali się zbrodni na wybranych Polakach. Był to przedsmak rozpoczęcia walki zbrojnej i usunięcia polskiej ludności z Wołynia. Klęska Niemców w lutym 1943 roku pod Stalingradem oraz perspektywa wkroczenia Armii Czerwonej na teren wschodniej Polski, spowodowały, że obywatele polscy ukraińskiej narodowości brali pod uwagę ponowne wywalczenie niepodległości. OUN bała się sytuacji z czasów I wojny światowej, kiedy porażka Rosji i wyczerpanie Niemiec pozostawiły próżnię wypełnioną przez Polaków. Armia Krajowa poinformowała rząd polski, że w ramach powstania przeciw Niemcom niezbędne będą szybkie działania przeciwko Ukraińcom, zaś Wołyń i Galicję należy poddać okupacji wojskowej.
Plany OUN w czasie wojny oraz polityka narodowościowa, zakładały usunięcie Polaków z Wołynia i Małopolski Wschodniej. Planowano wspomóc się w tym prowokowanymi wystąpieniami chłopskimi. Wobec inteligencji chciano zastosować niemiecką politykę, czyli stopniowo się jej pozbyć. Postanowiono prowadzić politykę faktów dokonanych i usunąć Polaków z spornych terenów, aby przed ewentualnymi rozmowami na temat granic, teren ten był jednolity etnicznie. Podczas III konferencji OUN-B w lutym podjęto decyzję o usunięciu wszystkich Polaków z ziem uznawanych przez nich za ukraińskie. Odpowiedzialnym za wydanie rozkazu do udziału UPA w czystce etnicznej jest Dmytro Klaczkiwski ps. "Kłym Sawur", który był dowódcą okręgu UPA-Północ wraz z Wasylem Iwachowem i Iwanem Łytwynczukiem. Klaczkiwski w czerwcu 1943 roku wydał tajną dyrektywę terytorialnego dowództwa UPA na Wołyniu w sprawie przeprowadzenia wielkiej akcji likwidacji polskiej ludności męskiej w wieku od 16 do 60 lat. Można wyróżnić trzy rodzaje napadów na Polaków:
Generalnie do grudnia 1942 roku miały miejsce mordy na pojedynczych osobach i rodzinach polskich. Ofiary to głównie ci, którzy byli zatrudnieni w niemieckiej administracji rolnej i leśnej oraz ludność wiejska we wschodnich powiatach Wołynia. Za pierwszy masowy mord rzezi wołyńskiej uznaje się masakrę, która miała miejsce 9 lutego 1943 roku w polskiej kolonii Parośla Pierwsza. Zamordowano wówczas 173 Polaków. Następnie w nocy z 26 na 27 marca tego samego roku w Lipnikach zabito co najmniej 179 osób. 23 kwietnia w Janowej Dolinie śmierć zabrała około 600 osób. Maj też nie był spokojny - palono kolejne wsie, a wraz z nimi ich mieszkańców. Fala napadów zapoczątkowana na wschodzie Wołynia przemieszczała się stopniowo w kierunku zachodnim. Mordowanie ludności polskiej na przełomie maja i czerwca rozszerzyła się na powiaty dubieński, łucki i zdołbunowski, a w lipcu objęła wszystkie ziemie Wołynia z wyjątkiem powiatu lubomelskniego.
Największego ludobójstwa dokonano w lecie 1943 roku. Mordy niejednokrotnie miały miejsce w niedziele. Wykorzystywano przy tym fakt, że ludność gromadziła się podczas Mszy w kościołach, toteż często były one otaczane, a wierni torturowani przed śmiercią w nieludzki sposób(np. przecinano ich na pół piłą do drewna). Na 15 lipca Armia Krajowa zaplanowała przeprowadzenie antyukraińskiej akcji, która miała polegać na likwidacji aktywistów OUN-B, a mającej udaremnić akcję przez Ukraińców. Niestety, nikt nie wiedział, że Ukraińcy będą szybsi.
O godzinie 3:00 nad ranem 11 lipca 1943 roku oddziały UPA dokonały pod hasłem "Śmierć Lachom" skoordynowanego ataku na 99 polskich miejscowościach, przeważnie w powiatach horochowskim i włodzimierskim. Swoją rzeź zaczęli od polskiej wsi Gurów, a następnie przenieśli się na Gurów Wielki, Gurów Mały, Wygrankę, Zdżary, Zabłoćce - Sądową, Nowiny, Zagaję, Poryck, Oleń, Orzeszyn, Romanówkę, Lachów, Swojczów. Gucin i inne. Na cztery dni przed rozpoczęciem akcji we wsiach ukraińskich odbyły się spotkania, podczas których uświadamiano miejscową ludność o konieczności wymordowania wszystkich Polaków. Tym sposobem we wsi Gurów na 480 Polaków ocalało tylko 70 osób, w kolonii Orzeszyn - 270 Polaków, w Sądowej - 580, a w Zagaju na 350 Polaków uratowało się tylko kilkunastu. Po otoczeniu wsi, w celu uniemożliwienia ich mieszkańcom ucieczki, dochodziło do rzezi i zniszczeń. Polacy ginęli od kul, siekier, wideł, kos, pił, noży, młotków i innych tego typu rzeczy. Aby uniemożliwić ponowne osiedlenie napadniętych wsi, były one palone. Wcześniej jednak wjeżdżali do nich na furmankach chłopi z sąsiednich wsi ukraińskich i zabierali całe pozostawione mienie. Tego samego dnia rano grupa 20 napastników weszła w czasie Mszy św. do kościoła w Porycku, gdzie w ciągu trzydziestu minut zabito ok. 100 ludzi. Wśród nich były dzieci, kobiety i starcy. Oprócz tego wymordowano wszystkich Polaków mieszkających w Porycku(ok. 200 osób). Główna akcja trwała do 16 lipca. W ciągu całego miesiąca celem napadów stało się co najmniej 530 polskich wsi i osad. Wymordowano przy tym około siedemnastu tysięcy Polaków. Stanowiło to kulminację czystki etnicznej na Wołyniu.
W sierpniu kontynuowano antypolską akcję w miejscowościach, które z różnych przyczyn ludobójstwo ominęło. Początek miesiąca był nawet spokojnie - być może dano Polakom czas na dokończenie żniw, aby zagarnąć gotowe już zbiory. Doszło jedynie do ludobójstwa w Leonówce, podczas którego zginęło ok. 150 Polaków. Do akcji przypominającą tą z 11 lipca doszło w ostatnich dniach sierpnia, kiedy zaatakowano 85 miejscowości. Tym razem obiektem napaści stał się powiat kowelski, włodzimierski i nietknięty dotąd powiat lubomelski. 29 sierpnia przeprowadzono akcję we wsiach Ostrówki i Wola Ostrowiecka(powiat lubomielski). W jej wyniku we wsi Wola Ostrowiecka zginęło 529 osób, w tym 220 dzieci w wieku do 14 lat, a we wsi Wola Ostrowiecka 438 osób, w tym 246 dzieci w wieku do 14 lat. Łącznie w sierpniu dokonano napadów na 301 miejscowości i zamordowano co najmniej 8280 Polaków. W drugiej połowie 1943 roku przeprowadzono akcję podziału między ukraińskich chłopów ziem pozostałych po zniszczonych osadach polskich i folwarków.
Po okresie względnego spokoju w październiku i listopadzie, nastąpiły kolejne prześladowania. Szczególnie widoczne one były w czasie świąt Bożego Narodzenia. Grupy UPA, które wspomagała miejscowa ludność ukraińska, uderzyły w skupiska ludności polskiej i bazy samoobrony w powiatach rówieńskim, łuckim, kowelskim oraz włodzimierskim.
Do ostatniej fali napadów na Wołyniu doszło na początku 1944 r. Korzystając z wycofywania się garnizonów niemieckich przed zbliżającą się Armią Czerwoną, oddziały UPA i bojówki OUN zaatakowały pozbawioną obrony polską ludzkość. 2 lutego na drodze między Kuśkowcami Wielkimi, a Śniegorówką pozbawiono życia 129 uchodźców z Łanowic. 13 lutego w kilku miejscowościach położonych w pobliżu Włodzimierza Wołyńskiego zabito łącznie około 140 Polaków. W klasztorze w Wiśniowcu zamordowano zaś ok. 300 osób, w większości kobiet i dzieci. Wiosną 1944 roku oddziały UPA przeniosły ciężar działań na ziemię lwowską i Podole, które były w liczniejszym stopniu zamieszkane przez Polaków niż Wołyń.
Wraz ze wzrostem zagrożenia napadami Ukraińców na polskie wsie, zaczęły powstawać samorzutne pierwsze oddziały samoobrony. Nieliczne, słabo uzbrojone, a ich działalność ograniczała się do patrolowania okolicy i ostrzegania przed atakiem. W 1943 roku powstało ponad 100 ośrodków samoobrony, kierowanych w początkowej fazie ich tworzenia przez władze cywilne. Szczególnie duża baza powstała w rejonie Starej Huty, gdzie 14 wsi utworzyło wspólny system obrony z ośrodkiem dowodzenia w Starej Hucie. Druga duża baza była w Przebrażu. Wieś została zamieniona w obóz warowny, w której siły samoobrony stanowił bastion w składzie 4 kompanii. Mniejsze ośrodki szybo upadły. Tylko z niektórych z nich zdołano przedostać się do większych ośrodków samoobrony. Ponieważ taktyka nie zapobiegła kolejnym mordom, w lipcu Okręgowa Delegatura Rządu na Wołyniu wydała instrukcję o tworzeniu baz samoobrony i oddziałów partyzanckich. Niestety, była to spóźniona inicjatywa, ponieważ ofiarami zbrodni padło już około 300 tys. polskich cywilów. Z pojedynczych placówek samoobrony przetrwało tylko kilkanaście, a w przypadku większych baz samoobrony wspomaganych przez oddziały partyzanckie, na ogólną liczbę 16, UPA rozbiła tylko dwie. W styczniu 1944 roku z oddziałów partyzanckich utworzono 27 Wołyńską Dywizję Piechoty. Co prawda powstanie samoobrony na Wołyniu poważnie ograniczyło rozmiary polskich strat, lecz nie zapobiegło ludobójstwu Polaków.
O tym, co się działo 75 lat temu na odległym Wołyniu opowiada film "Wołyń", który zostanie wyemitowany już za chwilę na TVP1. Osobiście miałam okazję obejrzeć go w kinie i muszę przyznać, że bardzo do mnie przemówił. Zwłaszcza, że pomimo rozszerzonej historii w szkole średniej, temat rzezi wołyńskiej zostało przemilczane. Wiecie, ja rozumiem że za PRL-u "nie wypadało" mówić o tej karcie w historii naszego kraju, ale teraz... A >>tu<< znajdziecie moją recenzję filmu.
Plany OUN w czasie wojny oraz polityka narodowościowa, zakładały usunięcie Polaków z Wołynia i Małopolski Wschodniej. Planowano wspomóc się w tym prowokowanymi wystąpieniami chłopskimi. Wobec inteligencji chciano zastosować niemiecką politykę, czyli stopniowo się jej pozbyć. Postanowiono prowadzić politykę faktów dokonanych i usunąć Polaków z spornych terenów, aby przed ewentualnymi rozmowami na temat granic, teren ten był jednolity etnicznie. Podczas III konferencji OUN-B w lutym podjęto decyzję o usunięciu wszystkich Polaków z ziem uznawanych przez nich za ukraińskie. Odpowiedzialnym za wydanie rozkazu do udziału UPA w czystce etnicznej jest Dmytro Klaczkiwski ps. "Kłym Sawur", który był dowódcą okręgu UPA-Północ wraz z Wasylem Iwachowem i Iwanem Łytwynczukiem. Klaczkiwski w czerwcu 1943 roku wydał tajną dyrektywę terytorialnego dowództwa UPA na Wołyniu w sprawie przeprowadzenia wielkiej akcji likwidacji polskiej ludności męskiej w wieku od 16 do 60 lat. Można wyróżnić trzy rodzaje napadów na Polaków:
- napady na pojedyncze osoby i małe grupki udające się do innych miejscowości albo pracujące w polu lub lesie;
- napady na małe skupiska Polaków, składające się z kilku bądź kilkunastu rodzin zamieszkujących w wsiach lub położonych na uboczu koloniach;
- napady na duże skupiska ludności polskiej, która wymagała skoncentrowania większych sił;
Generalnie do grudnia 1942 roku miały miejsce mordy na pojedynczych osobach i rodzinach polskich. Ofiary to głównie ci, którzy byli zatrudnieni w niemieckiej administracji rolnej i leśnej oraz ludność wiejska we wschodnich powiatach Wołynia. Za pierwszy masowy mord rzezi wołyńskiej uznaje się masakrę, która miała miejsce 9 lutego 1943 roku w polskiej kolonii Parośla Pierwsza. Zamordowano wówczas 173 Polaków. Następnie w nocy z 26 na 27 marca tego samego roku w Lipnikach zabito co najmniej 179 osób. 23 kwietnia w Janowej Dolinie śmierć zabrała około 600 osób. Maj też nie był spokojny - palono kolejne wsie, a wraz z nimi ich mieszkańców. Fala napadów zapoczątkowana na wschodzie Wołynia przemieszczała się stopniowo w kierunku zachodnim. Mordowanie ludności polskiej na przełomie maja i czerwca rozszerzyła się na powiaty dubieński, łucki i zdołbunowski, a w lipcu objęła wszystkie ziemie Wołynia z wyjątkiem powiatu lubomelskniego.
Największego ludobójstwa dokonano w lecie 1943 roku. Mordy niejednokrotnie miały miejsce w niedziele. Wykorzystywano przy tym fakt, że ludność gromadziła się podczas Mszy w kościołach, toteż często były one otaczane, a wierni torturowani przed śmiercią w nieludzki sposób(np. przecinano ich na pół piłą do drewna). Na 15 lipca Armia Krajowa zaplanowała przeprowadzenie antyukraińskiej akcji, która miała polegać na likwidacji aktywistów OUN-B, a mającej udaremnić akcję przez Ukraińców. Niestety, nikt nie wiedział, że Ukraińcy będą szybsi.
O godzinie 3:00 nad ranem 11 lipca 1943 roku oddziały UPA dokonały pod hasłem "Śmierć Lachom" skoordynowanego ataku na 99 polskich miejscowościach, przeważnie w powiatach horochowskim i włodzimierskim. Swoją rzeź zaczęli od polskiej wsi Gurów, a następnie przenieśli się na Gurów Wielki, Gurów Mały, Wygrankę, Zdżary, Zabłoćce - Sądową, Nowiny, Zagaję, Poryck, Oleń, Orzeszyn, Romanówkę, Lachów, Swojczów. Gucin i inne. Na cztery dni przed rozpoczęciem akcji we wsiach ukraińskich odbyły się spotkania, podczas których uświadamiano miejscową ludność o konieczności wymordowania wszystkich Polaków. Tym sposobem we wsi Gurów na 480 Polaków ocalało tylko 70 osób, w kolonii Orzeszyn - 270 Polaków, w Sądowej - 580, a w Zagaju na 350 Polaków uratowało się tylko kilkunastu. Po otoczeniu wsi, w celu uniemożliwienia ich mieszkańcom ucieczki, dochodziło do rzezi i zniszczeń. Polacy ginęli od kul, siekier, wideł, kos, pił, noży, młotków i innych tego typu rzeczy. Aby uniemożliwić ponowne osiedlenie napadniętych wsi, były one palone. Wcześniej jednak wjeżdżali do nich na furmankach chłopi z sąsiednich wsi ukraińskich i zabierali całe pozostawione mienie. Tego samego dnia rano grupa 20 napastników weszła w czasie Mszy św. do kościoła w Porycku, gdzie w ciągu trzydziestu minut zabito ok. 100 ludzi. Wśród nich były dzieci, kobiety i starcy. Oprócz tego wymordowano wszystkich Polaków mieszkających w Porycku(ok. 200 osób). Główna akcja trwała do 16 lipca. W ciągu całego miesiąca celem napadów stało się co najmniej 530 polskich wsi i osad. Wymordowano przy tym około siedemnastu tysięcy Polaków. Stanowiło to kulminację czystki etnicznej na Wołyniu.
W sierpniu kontynuowano antypolską akcję w miejscowościach, które z różnych przyczyn ludobójstwo ominęło. Początek miesiąca był nawet spokojnie - być może dano Polakom czas na dokończenie żniw, aby zagarnąć gotowe już zbiory. Doszło jedynie do ludobójstwa w Leonówce, podczas którego zginęło ok. 150 Polaków. Do akcji przypominającą tą z 11 lipca doszło w ostatnich dniach sierpnia, kiedy zaatakowano 85 miejscowości. Tym razem obiektem napaści stał się powiat kowelski, włodzimierski i nietknięty dotąd powiat lubomelski. 29 sierpnia przeprowadzono akcję we wsiach Ostrówki i Wola Ostrowiecka(powiat lubomielski). W jej wyniku we wsi Wola Ostrowiecka zginęło 529 osób, w tym 220 dzieci w wieku do 14 lat, a we wsi Wola Ostrowiecka 438 osób, w tym 246 dzieci w wieku do 14 lat. Łącznie w sierpniu dokonano napadów na 301 miejscowości i zamordowano co najmniej 8280 Polaków. W drugiej połowie 1943 roku przeprowadzono akcję podziału między ukraińskich chłopów ziem pozostałych po zniszczonych osadach polskich i folwarków.
Po okresie względnego spokoju w październiku i listopadzie, nastąpiły kolejne prześladowania. Szczególnie widoczne one były w czasie świąt Bożego Narodzenia. Grupy UPA, które wspomagała miejscowa ludność ukraińska, uderzyły w skupiska ludności polskiej i bazy samoobrony w powiatach rówieńskim, łuckim, kowelskim oraz włodzimierskim.
Do ostatniej fali napadów na Wołyniu doszło na początku 1944 r. Korzystając z wycofywania się garnizonów niemieckich przed zbliżającą się Armią Czerwoną, oddziały UPA i bojówki OUN zaatakowały pozbawioną obrony polską ludzkość. 2 lutego na drodze między Kuśkowcami Wielkimi, a Śniegorówką pozbawiono życia 129 uchodźców z Łanowic. 13 lutego w kilku miejscowościach położonych w pobliżu Włodzimierza Wołyńskiego zabito łącznie około 140 Polaków. W klasztorze w Wiśniowcu zamordowano zaś ok. 300 osób, w większości kobiet i dzieci. Wiosną 1944 roku oddziały UPA przeniosły ciężar działań na ziemię lwowską i Podole, które były w liczniejszym stopniu zamieszkane przez Polaków niż Wołyń.
Wraz ze wzrostem zagrożenia napadami Ukraińców na polskie wsie, zaczęły powstawać samorzutne pierwsze oddziały samoobrony. Nieliczne, słabo uzbrojone, a ich działalność ograniczała się do patrolowania okolicy i ostrzegania przed atakiem. W 1943 roku powstało ponad 100 ośrodków samoobrony, kierowanych w początkowej fazie ich tworzenia przez władze cywilne. Szczególnie duża baza powstała w rejonie Starej Huty, gdzie 14 wsi utworzyło wspólny system obrony z ośrodkiem dowodzenia w Starej Hucie. Druga duża baza była w Przebrażu. Wieś została zamieniona w obóz warowny, w której siły samoobrony stanowił bastion w składzie 4 kompanii. Mniejsze ośrodki szybo upadły. Tylko z niektórych z nich zdołano przedostać się do większych ośrodków samoobrony. Ponieważ taktyka nie zapobiegła kolejnym mordom, w lipcu Okręgowa Delegatura Rządu na Wołyniu wydała instrukcję o tworzeniu baz samoobrony i oddziałów partyzanckich. Niestety, była to spóźniona inicjatywa, ponieważ ofiarami zbrodni padło już około 300 tys. polskich cywilów. Z pojedynczych placówek samoobrony przetrwało tylko kilkanaście, a w przypadku większych baz samoobrony wspomaganych przez oddziały partyzanckie, na ogólną liczbę 16, UPA rozbiła tylko dwie. W styczniu 1944 roku z oddziałów partyzanckich utworzono 27 Wołyńską Dywizję Piechoty. Co prawda powstanie samoobrony na Wołyniu poważnie ograniczyło rozmiary polskich strat, lecz nie zapobiegło ludobójstwu Polaków.
O tym, co się działo 75 lat temu na odległym Wołyniu opowiada film "Wołyń", który zostanie wyemitowany już za chwilę na TVP1. Osobiście miałam okazję obejrzeć go w kinie i muszę przyznać, że bardzo do mnie przemówił. Zwłaszcza, że pomimo rozszerzonej historii w szkole średniej, temat rzezi wołyńskiej zostało przemilczane. Wiecie, ja rozumiem że za PRL-u "nie wypadało" mówić o tej karcie w historii naszego kraju, ale teraz... A >>tu<< znajdziecie moją recenzję filmu.
piątek, 6 lipca 2018
744. Kiedy już opadły emocje...
Na początek dziękuję Wam wszystkim za gratulacje pod poprzednim postem. Aż się wzruszyłam czytając każde z nich. Wiele z Was napisało, że jestem wielka, albo że jestem dobra we wszystkim co robię. To bardzo miłe, ale wydaje mi się, że trochę mnie przeceniacie. Tak naprawdę wszystko jest okupione nauką, powtarzaniem, niejednokrotnie rezygnacją z własnych przyjemności. Dlatego każdy osiągnięty sukces tak bardzo mnie cieszy. I nie chodzi tutaj tylko o strefę naukową, ale i sportową. Nie jestem też dobra we wszystkim co robię. Mam wiele wad, niekiedy boję się swojej wiedzy, czy też wstydzę niewyraźnej wymowy. Ale walczę, bo co mi innego pozostało?
Wczoraj wieczorem, już po ochłonięciu z tych wszystkich emocji związanych z ustnym egzaminem, zdałam sobie sprawę z tego, że germanistka była jedną z niewielu osób, które mojego sukcesu nie przypisywała tylko i wyłącznie sobie. Bo wiecie, w przeszłości to różnie z tym bywało. Ile to ja się nasłuchałam od nauczycieli, że gdyby nie oni, to nie miałabym tak dobrych ocen, nie miałabym miejsca na konkursie, nie umiałabym tyle, ile umiem. To tak, jakby zapomnieli, że po całym męczącym dniu w szkole musiałam usiąść nad książką, żeby przerobić nie tylko to, co było na lekcjach, ale niejednokrotnie też to, czego nie było. Tymczasem pani profesor K. cały sukces skierowała na mnie i moją naukę, sobie przypisując bardzo niewiele. Jak tu nie lubić takiego wykładowcy, no jak?
Pamiętam, jak na początku moich studiów napisałam posta, w którym opisałam swoje pierwsze wrażenia z zajęć z języka niemieckiego. Jak ja się wtenczas bałam, że na następnych zajęciach będzie z germanistki "wychodzić cholera". A potem przyszła prezentacja swojej osoby i kolejna obawa, że pójdzie coś nie tak.
Bałam się przez cały czas nauki. Tymczasem nawet jeżeli jakieś kolokwium poszło mi nie tak, to nie było problemów z poprawieniem go. Nawet jeżeli ja czy ona spóźniliśmy na dyżur, to zawsze była możliwość wydłużenia czasu... Na AWFie mogłam o tym tylko pomarzyć. Najbardziej jednak bałam się egzaminu ustnego. Jak się okazało, bezpodstawnie. A germanistka nie tylko nie przypisała sobie tego małego sukcesu, ale wręcz szczerze cieszyła się z tego. Uwierzcie mi, w realnych kontaktach potrafię wyczuć, czy czyjeś uczucia są autentyczne, czy wymuszone. Minęły trzy dni, a do mnie dopiero dociera, że udało mi się zrobić to, co uważałam za niemożliwe.
środa, 4 lipca 2018
743. Nie tylko cukier krzepi...
Zdałam egzamin z języka niemieckiego. Na 4.
Dwa tygodnie temu pisałam część pierwszą, składającą się z gramatyki językowej. Jak zwykle - na komputerze. W ogóle bardzo ciekawie wyszło, bo cała moja grupa pisała termin "zerowy" na ostatnich zajęciach z języka, a ja, z powodu problemów z pisaniem i chwilowego braku sprzętu zostałam odesłana do domu i poproszona o przyjście na czwartkowe konsultacje. W sumie z jednej strony wolałam to mieć już za sobą, a z drugiej jeszcze mogłam sobie coś powtórzyć. Co prawda do dzisiaj nie wiem gdzie posiałam pierwszą część podręcznika do języka, na szczęście miałam spisane zagadnienia, a objaśnienia co, jak i dlaczego zawsze można znaleźć w internecie. Nie wiem tylko co mi się ubzdurało, że jeszcze mam do napisania jeden test(germanistka stosuje zasadę, że aby podejść do egzaminu końcowego wystarczy mieć w danym semestrze pozytywnie napisaną jedno kolokwium, a zamiast drugiego jest właśnie ten egzamin), ale tak to już jest, kiedy w jednej grupie są studenci nie tylko z różnych kierunków, lecz także roków. W każdym razie odetchnęłam z ulgą, kiedy germanistka powiedziała mi, że zasady są takie jak dotychczas, a materiał z rozdziału dotyczącego Zagłębia Rury i tak miał mi się przydać do części ustnej egzaminu, gdzie jedna z tez właśnie tego dotyczyła.
W sumie czułam się średnio przygotowana. Co prawda nauczycielka robiła takie kolokwia, że jak sobie człowiek dwa, trzy razy przejrzał rozdział, to był w stanie napisać je nawet na czwórkę. Nie ukrywajmy, na piątkę faktycznie trzeba było umieć materiał dość dobrze, ale czwórka była jak najbardziej do zdobycia. Ale kolokwium to kolokwium, a egzamin to już wyższa półka. Zobaczyłam pierwsze zadanie - zamiana czasu Prasens(czas teraźniejszy) na Perfekt(czas przeszły). Ups... wiedziałam, że są z trzy czasy przeszłe(przynajmniej tyle kojarzę), ale który to był Perfekt? Ach, ryzyk-fizyk, stwierdziłam, że niewiele ryzykuję(przecież jedynki z terminu zerowego by mi nie wstawiła, a po drugie, jak to mówią na AGH - bez spiny są drugie, i dalsze, terminy) i wszędzie wstawiłam trzecią formę z takiej tabeli czasowników(uczący się niemieckiego będą wiedzieli o co mi chodzi, innym nie umiem tego jasno wyjaśnić), którą poprzedziłam odpowiednio odmienionym czasownikiem sein(być) lub haben(mieć). Dalej było różnie, chociaż najbardziej pewna byłam ostatniego zadania, gdzie musiałam napisać kilka słów o sobie.
Jednak nie czułam, abym to zdała i postanowiłam uczyć się do pierwszego terminu. A dodatkowo opracowywać tezy i dłuższy tekst do streszczenia na egzamin ustny. Gdzieś w niedzielny wieczór dostałam meila od germanistki, że dostałam cztery z części pisemnej. O mało nie spadłam z krzesła. Ale z tyłu głowy od razu pojawiła się myśl, że przecież jeszcze muszę zaliczyć część ustną. I tu może być ciekawie. Już w liceum słyszałam, że z moją wymową to ja matury ustnej dobrze nie zdam, zwłaszcza przy egzaminatorce, którą miałam w komisji(co okazało się kompletną bzdurą, bo miałam jeden z lepszych wyników wśród zdających). Potem angielski na AWFie... Nie dziwcie się też, że i tym razem miałam obawy. Ale postanowiłam przynajmniej spróbować podejść do ustnego. Opracowałam sobie tezy(a napisanie przynajmniej 10 zdań na niektóre z nich okazało się nie lada wyczynem), znalazłam tekst po niemiecku o salezjańskiej piątce(całe przepisowe 5 stron) i streściłam go(czy kogoś z wiernych czytelników to dziwi?). W wolnej chwili sobie wszystko powtarzałam. Wiecie, tu nie chodziło o to, aby wydukać zdania z pamięci, ale żeby wiedzieć, o czym się mówi. Przy prezentacji artykułu można było mieć kartkę ze "ściągą", czyli datami, trudniejszymi wyrazami itp.
Podjechałam dzisiaj z rana do Krakowa. Oczywiście nie wpadłam na to, aby sprawdzić wcześniej czy coś się nie zmieniło w rozkładzie jazdy busa w związku z wakacjami. I tym sposobem poczekałam sobie godzinę na przystanku, bo okazało się, że busy jeżdżą co dwie godziny. Jak jeszcze zobaczyłam ile osób dochodzi na stanowisko, to szczerze zwątpiłam w to, czy uda mi się wejść do przewozu. I tak przyszłam na przystanek pierwsza, a weszłam do niego ostatnia. Po drodze jeszcze sobie powtarzałam zagadnienia do tez. A przy okazji modliłam się w duchu o to, abym złapała germanistkę. Bo to, że nie zdążę dotrzeć na początek jej dyżuru, jak to sobie wymyśliłam, było pewne.
Zdążyłam. I jeszcze chwilę czekałam. A im dłużej czekałam tym bardziej miałam wrażenie, że nic kompletnie nie umiem. W końcu weszłam do środka. Dałam germanistce oryginalny tekst, a sama zaczęłam swój monolog. Wiecie, starałam się, ale czasami im bardziej człowiek się stara, tym gorzej mu wychodzi. Zwłaszcza, kiedy niektóre niemieckie słowa są na poziomie naszego rodzimego "w Szczebrzeszynie chrząszcz brzmi w trzcinie". Po jakimś kwadransie skończyłam swój teatr jednego aktora i czekałam na dalszą część(wszak czekały mnie jeszcze dwie tezy do omówienia).
A tymczasem germanistka stwierdziła, że świetnie przygotowałam ten tekst i że pierwszy raz słyszy o tych chłopcach z Poznania. I że stawia mi... 4+. A na koniec 4. Bo w sumie na części gramatycznej jedyne co mi nie poszło tak kompletnie to zamiana strony biernej na czynną i na odwrót. Ale tego domyśliłam się sama. Mojemu szczęściu nie było końca. No i jeszcze się nasłuchałam, że praca z takimi studentami jak ja to sama przyjemność. I że jak zdecyduję się kiedyś na studia magisterskie to zaprasza do niej na zajęcia. Kurczaczki, chyba więc nie jestem taka beznadziejna. Gdybym rok temu nie spanikowała i spróbowała przyjść na ten egzamin to być może licencjata miałabym w kieszeni. Ale co ja na to poradzę, że po wcześniejszych przygodach językowych po prostu nie wierzę w siebie. Ale może po dzisiejszym to się zmieni. Może uwierzę w to, że pomimo wady wymowy wcale nie muszę być gorsza w tej kwestii od innych...
Subskrybuj:
Posty (Atom)