Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

środa, 8 kwietnia 2015

A po Kalwarii...

Jeszcze jakiś czas temu zadzwoniła do mnie znajoma z Wadowic z nieśmiałym pytaniem, czy nie chciałabym spędzić z jej rodziną tegorocznych świąt Wielkiej Nocy. Momentalnie przypomniały mi się święta sprzed czterech lat, kiedy całą rodziną spędziliśmy półtora tygodnia w papieskim mieście. Propozycja była kusząca, jednak zajęło mi kilka dni, aż podałam ostateczną, twierdzącą, odpowiedź.

Czy żałuję tej decyzji? W żadnym wypadku! To były dni, w których odpoczęłam od otaczającej mnie rzeczywistości i nabrania sił do dalszej pracy i nauki. Już kiedy w Wielki Czwartek całkowicie przemoczona i z zabłoconymi po pas spodniami oraz kurtce pukałam do drzwi domu położonego u stóp karmelickiej Górki, miałam wrażenie, że pukam do bram Raju, za którymi czekał na mnie kubek ciepłej herbaty malinowej oraz cieplutkie łóżko. Nikt mnie nie ganił za naniesienie błota na ganek, wręcz przeciwnie, zostałam wysłana do łazienki, gdzie szybko została przygotowana dla mnie kąpiel, a będące w opłakanym stanie spodnie trafiły bez szemrania do pralki automatycznej. Po rozgrzaniu ciała, a także przebrania się w za duży dres poszłam do kuchni, gdzie czekała na mnie herbata w kubku oraz talerz moich ukochanych placków ziemniaczanych. Niebo w gębie. Wieczór upłynął nam na rozmowach, w których prym wiódł temat moich studiów w Krakowie(wszyscy nie mogli się nadziwić, że codziennie dojeżdżam ponad 80 kilometrów). Przed 18:00 goszcząca mnie rodzina poszła do klasztoru na uroczystą Mszę świętą, ja natomiast zaczytywałam się w przyniesionej mi przez Anię książce "Niebo istnieje... Naprawdę!". Naprawdę, warto przeczytać. Mnie cała lektura zajęła... niecałe 2 godziny. Kiedy wszyscy przyszli z nabożeństwa przenieśliśmy się do salonu, gdzie najpierw obejrzeliśmy "Barwy szczęścia", a następnie "Karol, papież który pozostał człowiekiem".

Nazajutrz zaspałam trochę i zamiast wstać przed 5, wstałam o 5:15. Do dzisiaj nie wiem jak to się stało, że nie potwierdziłam na telefonie godziny pobudki. W każdym razie mąż Ani, Bogdan, już nie spał i nie dość, że zrobił mi gorącej herbaty(zgodnie z rodzinną tradycją tego dnia staram się nic nie jeść), to jeszcze podwiózł mnie do Kalwarii. Co prawda nie podjechaliśmy pod sam klasztor, ale i tak się cieszyłam, że nie musiałam tłuc się busem. Z powrotem przyjechałam szybciej niż dzień wcześniej, bo już o godzinie 14(w czwartek była to prawie 18). Nie wyglądałam wcale lepiej niż poprzedniego dnia, na szczęście kąpiel już czekała. Zaoszczędzony czas wykorzystałam na pomoc cioci Dorotce w pieczeniu ciast, układałam z dziećmi Ani i Bogdana puzzle, czytałam im książki. O dziwo rozumieli co do nich mówię, a Jakub nawet wiedział ile ma mi nalać herbaty do kubka(czyli nie do pełna). Późnym popołudniem dołączyła do nas druga córka cioci Dorci, Asia, z mężem Sławkiem oraz córeczką Klaudusią. Pomimo tego, że Klaudia ma już dwa latka, ja widziałam ją pierwszy raz, a nawet trzymałam ją na kolanach. Super uczucie. A już w maju rodzina się powiększy, ponieważ Asia spodziewa się dziecka. Sławek przywiózł Kubie grę wzorowaną na dawnych kapslach, która zrobiła furorę.
Wieczorem, kiedy Ania, Bogdan i dzieci wrócili z kościoła, wzięliśmy się za malowanie pisanek. Z tego chyba nigdy się nie wyrasta. Co prawda Bogdan kilka godzin szukał barwników do jajek, jednak jego wysiłek nie poszedł na marne. Po chwili pomarańczowe skorupki jajek zmieniły swój kolor, a na nim pojawiły się wszelakie wzory. Dodatkowo podpatrzyłam niezły patent na pisanki - kredkę świecową trzyma się czubkiem nad płomykiem świecy, a następnie kropkuje pisankę. Potrafią wyjść śliczne wzorki. Niestety brak zdjęć z powodu braku aparatu cyfrowego. Musicie mi uwierzyć na słowo. A wieczorem dzięki Sławkowi obejrzałam w końcu film "Noe - wybrany przez Boga", który pozytywnie mnie zaskoczył.

W sobotę nie musiałam iść na Kalwarię, więc pospałam sobie troszkę dłużej, bo aż do... 9. Sukces. I pewnie spałabym dłużej, gdyby Klaudia z Wiktorią nie wpakowały mi się do łóżka. Ale ja akurat lubię małe dzieci, które jeszcze naturalnie wypytują o wszystko, łącznie z tym dlaczego tak "dziwnie gadas". I całkowicie wystarczyła im odpowiedź, że inaczej nie umiem. Bo na opowieść o chorobie nazywanej mózgowe porażenie dziecięce są jeszcze za małe. Ale i na to przyjdzie kiedyś czas. Po śniadaniu Sławek z Asią, Anią i dziewczynkami pojechali na wadowicki cmentarz, zapalić znicz mamie mężczyzny. Ja za to pomagałam cioci szykować koszyczki, które dzieciaki pobiegły poświęcić na Karmelicką Górkę. W sumie to miały rzut kamieniem. Na obiad przyjechał syn cioci Grzesiu, z dziewczyną. Jak ja go dawno nie widziałam... Po obiedzie robiliśmy ostatnie porządki, aby następnie iść do klasztoru na Wigilię Paschalnej. I chociaż trwała ona dużo dłużej niż zwyczajna Msza, to jednak miała swój wyjątkowy charakter. Po siedmiu tygodniach usłyszeliśmy radosne Alleluja, a po trzech dniach ciszy odezwały się organy i dzwony. W Wadowicach podobało się mi jeszcze bardziej niż w rodzimej parafii. Do domu wróciliśmy po 21. Akurat na Jedynce szedł bardzo ciekawy film "Zabić Jezusa", który obejrzeliśmy z zapartym tchem.

Nazajutrz wstaliśmy o 5, aby na 6 zajść do Bazyliki Mniejszej Ofiarowania Najświętszej Maryi Panny, gdzie miała miejsce uroczysta Rezurekcja. Najbardziej podoba mi się w niej sekwencja:
Niech w święto radosne Paschalnej Ofiary
Składają jej wierni uwielbień swych dary.
Odkupił swe owce Baranek bez skazy,
Pojednał nas z Ojcem i zmył grzechów zmazy.
Śmierć zwarła się z życiem i w boju, o dziwy,
Choć poległ Wódz życia, króluje dziś żywy.
Maryjo, ty powiedz, coś w drodze widziała?
Jam Zmartwychwstałego blask chwały ujrzała.
Żywego już Pana widziałam, grób pusty,
I świadków anielskich, i odzież, i chusty.
Zmartwychwstał już Chrystus, Pan mój i nadzieja,
A miejscem spotkania będzie Galilea.
Wiemy, żeś zmartwychwstał, że ten cud prawdziwy,
O Królu Zwycięzco, bądź nam miłościwy.

Po nabożeństwie wróciliśmy do domu na śniadanie wielkanocne. Bardzo smakowały mi jajka, które pochodziły z domowego chowu. A i chrzan był taki, jaki uwielbiam, czyli ostry. Mniam, nawet mój ból brzucha nie był w stanie zachwiać tej chwili. Po śniadaniu postawiliśmy na rodzinną rozrywkę, a że pogoda nie zachęcała do spacerów w obieg poszła gra planszowa "Kocham Cię Polsko".
Zabawy było co niemiara, zwłaszcza przy karaoke. Co prawda śpiewam w parafialnym chórze, ale nigdy nie miałam solówki. A tutaj proszę. Następnym razem przywlekę ze sobą moją kolejkę, to cofniemy się w czasy PRLu hi, hi, hi. Po obiedzie mieliśmy czas wolny, więc wzięłam się za dokończenie czytania "Ołówka", a następnie książki OCD Władysława Kluza "Adam Chmielowski. Brat Albert". To jedna z pozycji potrzebna mi do opracowania trasy dotyczącej Brata Alberta w Krakowie. Ale do tego tematu jeszcze pewnie wrócę. Następnie zgromadziliśmy się w salonie na kawie(no dobrze, herbacie, bo kawy raczej nie mogę pić, chociaż ironizowaliśmy, że SOR jest blisko) i cieście. Doszli do nas jeszcze sąsiedzi cioci, których poznałam jeszcze w dzieciństwie, a z córkami pani Agaty zawsze dobrze się bawiłam i dogadywałam. I znowu wszyscy chcieli wiedzieć jak tam mi idzie na studiach. Akurat to było bardzo miłe. Wieczorem obejrzeliśmy kolejny film na Canale+ poświęcony życiu Pana Jezusa pt. "Syn Boży".

W Poniedziałek Wielkanocny wbrew pozorom nie polewaliśmy się niemiłosiernie wodą. No, może jedynie symbolicznie. Za to z powodu zesypania się śniegu, zaraz po porannej Mszy świętej i śniadaniu wsiedliśmy w samochody i pojechaliśmy w góry poszaleć na nartach i sankach. Kto by pomyślał, że podczas wielkanocnych świąt dane nam będzie pośmigać na stoku? To jednak jest sport bardziej bożonarodzeniowy. A jednak nie zbadane są wybryki natury. Warunki ku temu były wymarzone - praktyczny brak narciarzy, cisza, spokój. Przy okazji spotkaliśmy się z rodzinką drugiej cioci Dorotki, z jej dziećmi urządziliśmy sobie slalom narciarski. Do domu wróciliśmy na obiad, po którym była kawa, herbata i ciasto. Po obiedzie Grzesiek z Justyną oraz Asia z Sławkiem i Klaudią wrócili do swoich domów. Ja miałam jeszcze dzień luzu, więc znowu przeczytałam sobie fragment książki o bracie Chmielowskim, a nawet przeprosiłam się z skserowanym tekstem z książki "Wstęp ogólny do Pisma Świętego" dotyczącym hermeneutyki biblijnej. Wszak jutro mam z tego kolokwium. Po kolacji obejrzeliśmy kolejny film, tym razem padło na "Dług" Krzysztofa Krauze. Kuba wcześniej został odesłany do łóżka, wszak film nie za bardzo nadawała się dla niespełna dziewięciolatka. Mnie osobiście produkcja bardzo się podobała pomimo siarczystego języka jakiego używali aktorzy.

W wtorek o 11 pożegnałam przyjazny dom i ruszyłam w podróż do mojej rodzinnej miejscowości. Przez te pięć dni nie tylko umocniłam się duchowo, ale również zregenerowałam swoje siły do dalszej aktywności na polu naukowym i duchowym. Odespałam zarwane noce oraz wstawanie z łóżka przed pojawieniem się słońca na niebie. Nawet moje płuca dostały dawkę świeżego powietrza. Dostałam też zapewnienie, że od połowy kwietnia mogę u nich nocować z czwartku na piątek, ponieważ mam wtedy hardgorovy plan - w czwartek kończę o 18:30, w piątek zaczynam o 8:00. A ja jestem tylko człowiekiem, który też ma prawo do odpoczynku i regeneracji.

1 komentarz:

  1. Twoje święta przebiegły cudownie, a dlaczego nie spędzasz ich z rodziną?

    OdpowiedzUsuń