Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

poniedziałek, 11 maja 2015

Rozwalić system...

Kiedy kilka lat temu obroniłam swój licencjat na ocenę bardzo dobrą, jedna z koleżanek przysłała mi SMSa z gratulacjami i zapytaniem jakim sposobem "rozwaliłam system", skoro u tak wymagających profesorów otrzymałam najwyższą ocenę. Odpowiedź była tylko jedna - po prostu wyuczyłam się odpowiedzi na podane pytania egzaminacyjne.

Przez ostatnie trzy dni rozwalałam jednak zupełnie inny system - system bardzo dziwnie nazwany, bo "nie-da -się". Nie-da-się, bo Lolek jest niepełnosprawny. Nie-da-się, bo Lolek z powodu tej niepełnosprawności nie podoła temu czy innemu systemowi. Nie-da-się bo to. Nie-da-się bo tamto. Niby nic, ale przez takie nie-da-się człowiek kompletnie traci poczucie, że jest się potrzebnym i przydatnym do czegokolwiek. A stąd już krótka droga do popadnięcia w depresję.

Mnie się to na szczęście nie zdarzyło. Co ważniejsze, po każdym takim "Nie-da-się" powtarzałam sobie w duchu, że ja jeszcze pokażę światu, że niepełnosprawni mogą i potrafią dużo. Ale ku temu potrzeba też chęci, a nawet zaufania tej drugiej strony. Te kilka lat temu nie wiedziałam jeszcze jak tego dokonam i czy w ogóle dokonam, ale pomarzyć przecież zawszę można. Tego na szczęście nikt i nic nie mogło mi zabronić.

Tak sobie Lolek marzył i marzył, aż nadszedł czas, kiedy mógł spełnić swój skromny cel. Pisałam o tym w ostatniej notatce, dzisiaj więc wypadałoby napisać kilka słów o wrażeniach. 

Piątek, hmm... półgodzinne spóźnienie z powodu najpierw ucieczki busa, a następnie korków w Krakowie. Ale czego się spodziewać o godzinie 8 rano. Potem wykłócałam się z portierem w uczelnianej portierni, gdzie miałam zostawić swoje tobołki. Tego dnia akurat były godziny rektorskie z okazji juwenali, ale jakoś udało mi się go przekabacić. Ma się to gadane :). Potem musiałam tylko dolecieć z Franciszkańskiej pod Wawel. Kulturalnie weszłam na pół wykładu organizatora sympozjum, a za razem jednego z moich księży wykładowców. Na szczęście miejsca zaraz z brzegu były wolne. Piątek był najgorszym dniem, ponieważ były wtedy dwie sesje wykładów przedzielone przerwami na kawę, ciasto oraz dłuższą na obiad w studenckiej stołówce. Ale wtedy Lolek najbardziej mógł się wykazać swoim Deutsch. No i chyba nie było najgorzej. Tym bardziej, że podczas wykładów były też takie w języku niemieckim i w sumie sporo z nich rozumiałam(tylko pytanie czy dobrze). A i z referatami po angielsku nie było najgorzej.

W sobotę byliśmy cały dzień w Kalwarii Zebrzydowskiej. Tym razem wykłady były tylko do obiadu. Ponownie zadaniem naszej grupy było obsłużenie gości, a potem zajęcie się nimi już na samych dróżkach kalwaryjskich. I znowu nikt nie stosował zasady nie-da-się, tylko usłyszałam - pomagaj na tyle, na ile dasz radę. No to Lolek pomagał. Tu coś przetłumaczył, tam coś zaniósł. Nawet aulę otworzył, bo reszta stała w megakrakowskim korku(nie ma to jak nocleg w Wadowicach). Ale chyba najbardziej podobało nam się wyjście na dróżki - strach w oczach Niemców widzących podejście wiodące do kaplicy trzeciego upadku bezcenny. A ja podejrzałam od profesorki od geografii patent na oprowadzanie po miejscach sakralnych. A nóż widelec się przyda?

Niedziela była wolna. Ale za to poniedziałek rozpoczęliśmy wizytą u kardynała Stanisława Dziwisza, która nieco się przeciągnęła. Co prawda nie zdążyłam na nie, bo najzwyczajniej w świecie zaspałam, ale potem ksiądz O. powiedział, że mogłam w pałacu powiedzieć, że jestem z grupy z papieskiego. No nic, przynajmniej wytłumaczyłam koleżance, co było na kolokwium z rosyjskiego. Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Z półgodzinnym poślizgiem zaczęliśmy ostatni dzień naszego międzynarodowego sympozjum. Ponownie było 5 referatów, z czego 2 w rodzimym języku polskim, 2 po niemiecku i 1 po angielsku. W przemówieniach dominował termin eschatologia, czyli w ujęciu teologicznym dział zajmujący się rzeczami ostatecznymi w odniesieniu do dzieł uczonych. Bardzo ciekawe, a za razem innowacyjne, było spojrzenie na ten problem z punktu widzenia kościoła ewangeliczno - ausburskiego. Całość zakończył obiad w stołówce studenckiej oraz podsumowanie.

Na podsumowaniu podkreślony został m.in. profesjonalizm ludzi pomagających przy organizacji całego sympozjum, czyli nas, studentów turystyki religijnej. To ważne, ponieważ pozwala nam wdrążyć się w różne kierunki ruchu turystycznego, aby potem wybrać ten najbardziej nam pasujący. Coś wspaniałego. Bo to nie prawda, że my, osoby niepełnosprawne ruchowo nie możemy podołać niektórym wyzwaniom. Możemy! Tylko czasami trzeba dać nam szansę się wykazać. Mam nadzieję, że kolejny system ludzkiej świadomości o ludziach takich jak ja został rozwalony jak domek z kart. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz