Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

niedziela, 31 maja 2015

Sportowy duch walki

Dzisiaj nad ranem wróciłam z dwudniowego meetingu lekkoatletycznego, odbywającego się w Słubicach, miasteczku mieszczącym się pod granicą niemiecką. Nawet moja komórka łapała już sieć zagraniczną, o czym zostałam skrupulatnie powiadomiona SMSem :). No tak, nic się nie może ukryć! 
Do Słubic udaliśmy się w piątkowe popołudnie. W tym roku nasz klub sportowy reprezentowało zaledwie 3 zawodników. Przynajmniej byliśmy pewni, że w busie nie zabraknie dla nikogo miejsca. Skończyły się czasy, kiedy nasz klub wysyłał na zawody po kilkunastu zawodników. A szkoda. Bo bywało śmiesznie. Podróż minęła nam dosyć szybko, bo już po 6 godzinach byliśmy na miejscu. Zważając, że przez ostatnie lata jechaliśmy nawet i 10, to naprawdę byłam pod wrażeniem. Czas upłynął mi szybciuteńko, ponieważ zagłębiłam się w lekturze "Świętego miecza" Jana Doraczyńskiego opowiadającej o św. Pawle Apostole.
W Słubicach ma się nocleg w dwóch obiektach - albo w hotelu przy stadionie, albo w akademikach. W tym roku, podobnie jak w zeszłym, byliśmy w hotelu. Ale ja osobiście wolę akademiki - są przytulniejsze i jest w sumie blisko na miasta. No, ale przynajmniej mieliśmy blisko do stadionu - najstarszego istniejącego w Europie, z którego płyty w 1932 roku przemawiał sam Adolf Hitler. Sam obiekt przypomina nieco amfiteatr grecki i jest położony w leśnej ciszy. 
Po kolacji, na którą składało się tradycyjnie już spaghetti i kanapki, udaliśmy się do pokoi, aby odpocząć przed następnym dniem. Sobota bowiem była przeznaczona na zmagania sportowe. Warto tutaj podkreślić, że meeting to nie to samo co zawody - na zawodach są medale za poszczególne miejsca, meeting natomiast służy głównie do poprawienia(albo i nie) swoich życiówek.
Nazajutrz o godzinie 8 udaliśmy się na śniadanie, a o 12:00 miałam pierwszy start - skok w dal. Trochę dziwnie jest skakać w jednej turze z niewidomymi, ale nic nie poradzę na to, że w mojej kategorii startowej (T 36) nie skacze nikt. A że sama nie mogę wystartować, to tradycyjnie dokoptowali mnie do innych grup. Efekt jest taki, że zawsze jestem na końcu. I nic tutaj nie da obliczanie punktów wedle grupy startowej, kiedy przez nieścisłe przepisy człowiek nie jest w stanie nawet dolecieć do piaskownicy :(. Tak więc wszystkie sześć prób spalonych :(. I nie pocieszył mnie nawet komentarz konferansjera podczas obiadu, że skok w dal jest ciężką konkurencją dla osoby z czterokończynowym porażeniem mózgowym. Nie, nie jest ciężką - wystarczy tylko dopasować przepisy. Ale niestety nie ode mnie to zależy. Lepiej mi poszedł bieg na 100 - chociaż doleciałam ostatnia(powód - łączenie grup) to poprawiłam swój czas aż o 0,03 setne sekundy. 
Ponieważ dzisiaj nikt z nas nie miał startów, postanowiliśmy wrócić w nocy na Śląsk. Droga trwała o wiele dłużej, ale szczęśliwie dotarliśmy na miejsce cali i zdrowi.
Ponieważ w czasie Mistrzostw Polski będę na turnusie rehabilitacyjnym, to był prawdopodobnie mój jedyny występ w tym roku. Uważam go za w miarę udany, chociaż mogło być lepiej. Niestety, na wiele spraw, jak chociażby skakanie ze strefy podczas skoku w dal nie mamy wpływu. 

1 komentarz:

  1. Ciekawe miejsce może się kiedyś tam wybiorę, ode mnie to w sumie niedaleko :).

    OdpowiedzUsuń