Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

czwartek, 28 maja 2015

Sytuacje, dla których warto żyć

Często zastanawiam się po właściwie żyję na tym świecie. Przecież z założenia osoby niepełnosprawne ruchowo, w tym z mózgowym porażeniem dziecięcym, które towarzyszy mi od urodzenia, zazwyczaj spychane są na margines społeczny. Są jednak sytuacje, w których czuję, że jednak nie jestem tym przysłowiowym pyłkiem na wietrze.
Na studia chodzi ze mną pewien 50-cio letni mężczyzna. Już na pierwszy rzut oka widać, że coś z nim jest nie tak. Podobnie jak ja, jest niepełnosprawny, chociaż z innym schorzeniem. Szybko znaleźliśmy wspólny język, chociaż na tych studiach, w przeciwieństwie do turystyki i rekreacji w Katowicach, raczej ze wszystkimi żyję w przyjaznych stosunkach. Zawsze jakieś brakujące notatki wyślę na meila, pogadam, wesprę cichą modlitwą, a nawet samą obecnością. Ale z K. jakoś szczególnie mi się rozmawia. Jakiś czas temu K. napisał do mnie meila, że ciocia która go wychowywała zamówiła Mszę świętą w intencji naszego spotkania. Przyznam, że na początku trochę się zdenerwowałam, wszak odczytałam to jako próbę swatania nas. Owszem, K. lubię, ale różnica 25 lat to mała przesada. We wtorek jednak Pani I. zadzwoniła do mnie w celu wyjaśnienia całej sytuacji. Wbrew moim wszelkim spekulacjom okazała się całkiem sympatyczną osobą. No, ale pozory potrafią mylić, przekonałam się o tym nie raz i nie dwa. W jej głosie było jednak coś takiego... brzmiał tym samym tonem, co głos mojej byłej matematyczki. No i to dziękowanie, że dzięki mnie K. nie zszedł na złą drogę. Staruszka kilka razy zapraszała mnie do siebie do mieszkania. Zgodziłam się, znam bowiem mentalność starszych osób. Nie sądziłam jednak, że moja obietnica tak szybko dojdzie do skutku.
Nazajutrz mieliśmy zajęcia tylko z dwóch przedmiotów. Ponieważ architekturę i sztukę sakralną skończyliśmy dużo szybciej, niż przewidywał plan. Tym sposobem miałam trzy godziny totalnego nicnierobienia. Jakoś nie kręciło mnie szwendanie się po królewskim mieście. Nigdy nie lubiłam tłumów. Zostało mi więc zaszycie się z książką w jakimś uczelnianym kącie. I wtedy na horyzoncie pojawił się K. z propozycją podjechania właśnie do jego cioci. Na dworze było dość zimno, a perspektywa ciepłej herbaty w jeszcze cieplejszym mieszkaniu kusiła niesamowicie. Zgodziłam się, chociaż nie bez wahania. Po przejechaniu kilku przystanków tramwajem byliśmy na miejscu.
Już od progu przywitała mnie sympatyczna staruszka, tak, jakbym nie była obcą osobą, a członkiem rodziny. Od razu zaznaczyła, że mam jej mówić... ciociu. Szybko wysłała K. po barszcz czerwony do sklepu, a mnie zaczęła dziękować, że stanęłam na drodze jej bratankowi, że K. dzięki mnie nie zeszedł na złą drogę, że motywuję go do dalszej pracy nad sobą samym. A jednocześnie podziwia mnie za hart ducha oraz wolę walki. Nie często się bowiem zdarza, aby ktoś pokonywał codziennie ponad 80 kilometrów w celu uczęszczania w zajęciach. Trochę mnie to zmieszało, wszak nie uważam, żebym robiła coś szczególnego. Po prostu postępuję, tak jak w parafialnym oratorium z niesfornymi dziećmi. A że dojeżdżam ze Śląska... Mój Boże, czego nie robi się dla nauki, która dla mnie jest przyjemnością.
Przyznam, że z ciocią I. rozmawiałyśmy tak, jakbyśmy się znały od lat! Staruszka doskonale rozumiała co do niej mówię. A wszystko dzięki temu, że sama wychowywała K., który do czwartego roku życia mówił po swojemu. Do szkoły poszedł dwa lata później niż powinien, na studia dopiero teraz. Ale wszystko to zawdzięcza swojej ciotce. Ciotce, która jako dziecko musiała uciekać z rodziną z terenów obecnej Białorusi do Krakowa, ciotce, która tyle razy była bliska śmierci. Przez dwie godziny snuła opowieść, która byłaby doskonałym scenariuszem na niejeden film. A ja słuchałam jej z zapartym tchem, popijając aromatyczną herbatę.
To były naprawdę dwie wspaniale spędzone godziny zakończone pysznym obiadem. Ciocia I. okazała się niesamowitą osobą, zupełnie inną niż sobie wyobrażałam. Pomimo wieku doskonale się trzyma, tryskając intelektem i poczuciem humoru. W jej mieszkaniu czułam się jak u siebie. Cieszę się, że ją poznałam, że uświadomiła mi, że nie jestem tylko przysłowiowym "pyłkiem i liściem na wietrze". A przede wszystkim to, że są osoby, które z mojego życia biorą do syta radość. No i jeszcze ta żywa lekcja historii, której nie usłyszę w żadnej szkole. Mam tylko nadzieję, że takich spotkań będzie więcej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz