Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

sobota, 11 czerwca 2016

Gdyby w ludziach było mniej złości, to świat byłby lepszy

Trzeci parafialny piknik rodzinny mamy tuż za sobą. Tym razem był on o tyle szczególny, że organizowany tylko przez nas, młodzież z parafialnego Oratorium Księdza Bosko. W tym roku wyjątkowo podziękowaliśmy mamom ze scholi i chóru działającego przy kościele. Skutek tego był taki, że nagle ni stąd ni zowąd okazało się, że kaleki Lolek może robić większość rzeczy. Może trochę wolniej od innych, ale jednak. A stolik z jedzeniem okazał się jak gdyby stworzonym ku temu punktem. I nikt nie wyskoczył na dzień dobry z tekstem: "Dzwońmy po tego i po tego, bo ona sobie nie poradzi". Wręcz przeciwnie, zastosowano zasadę: najpierw zobaczmy co Lolek potrafi, a potem oceniajmy. Da się? Pewnie że tak.
Rano wszyscy w doskonałych humorach wstawili się na miejsce zbiórki. Z góry było zaplanowane kto co robi. Co prawda mnie nie było na wtorkowej zbiórce organizacyjnej(środek sesji egzaminacyjnej), jednak tworzymy tak zgraną ekipę, że właściwie każdy w każdej chwili może dołączyć do "bandy księdza Bosko". Zresztą na początku dzisiejszego spotkania usłyszałam od księdza organizującego imprezę, że coś dla mnie wymyśli. Rzeczywistość zweryfikowała jednak całkowicie ten plan.
Tuż po otwarciu imprezy do księdza podeszła mama jednej ze scholanek z pytaniem, czy jej córka może jechać z nim na Światowe Dni Młodzieży do Krakowa. Nie wiem jak to jest w innych parafiach i diecezjach, ale u nas diecezja ma zagwarantowany kampus w podkrakowskich Jerzmanowicach. Poszczególne grupy formują się jednak na szczeblu parafialnym, gdzie jeden z księży jest koordynatorem całego wyjazdu. Jednym z warunków jest jednak odpowiedni przedział wiekowy, który u nas wynosi 15 - 35 lat. Tymczasem dziewcze nie ma nawet 14. Ksiądz nawet zaciągał opinii w tej sprawie diecezjalnego koordynatora ŚDMu, jednak prawda jest taka, że wyjątek mogą stanowić osoby, które w okresie pielgrzymki będą miały co prawda 14 lat, ale rocznikowo będą piętnastolatkami. W. niestety się do nich nie zalicza, a przepisu się nie obejdzie. Nie spodobało się to mamuście, zaczęła zarzucać księdzu że jest leniwy i nie chce zabierać ze sobą młodzieży, a na koniec rzuciła, że gdyby wyjazd albo w ogóle całe przedsięwzięcie było organizowane przez parafialną scholę, to na pewno jej córcia by pojechała.
Taaa... i tym się kończy bezkrytyczne angażowanie mamuś dzieci śpiewających w scholi w różne przedsięwzięcia. Np. rok temu dosłownie dzień przed festynem dzwoniono do niej, żeby przyszła pomagać przy loterii fantowej, bo kaleki Lolek se nie poradzi! Albo W. bez przerwy ma czytania, wierszyki, mikrofony etc., etc. A skoro w scholi tak jest, to przecież wszystko jej się należy... Pomijam fakt, że gdyby ŚDM organizowała schola, to byłabym ostatnią osobą, która byłaby w to zaangażowana. Dzięki Ci Boże, że jest inaczej! Wolontariat na ŚDM organizowanym przez scholę byłby tylko pobożnym marzeniem.
Przez tą wymianę zdań cała magia świętowania prysła. Wybity z rytmu ksiądz nie tylko na połowie animatorów się wyżywał, ale też zupełnie zapomniał o wynalezieniu mi zajęcia. Ja jednak poradziłam sobie z tym sama - najpierw podliczałam punkty uzyskane przez dzieci w konkurencjach, a następnie pilnowałam aby na stole nie zabrakło jadła. Można? Można! I nikt nie miał ale... No może owej mamuśki, której nic się nie podobało i nawet ciasto było dla niej za słone, no ale z drugiej strony wcale nie musiała być na tej imprezie. Zwłaszcza, że W. nawet nie kwalifikowała się w kategoriach wiekowych i raczej nudziła się tam. A może mama liczyła na to, że znowu usłyszy, że jest potrzebna, bo "Lolek sobie nie radzi"? O nie, w tym towarzystwie na pewno tak nie będzie.

4 komentarze:

  1. Dobrze zrozumiałam, że Lolek z tekstu to Ty??? I ktoś tak głośno sie wypowiada, że Lolek sobie nie poradzi? Naprawdę zastanawiam się czego niektórzy szukają w kościele, taka atmosfera wg mnie nie pasuje do tego miejsca. Od takiego zgromadzenia oczekiwałabym raczej wsparcia i akceptecji, a sceny które opisujesz (z tą szczwaną kobitką) kojarzą się raczej z bazarem...

    OdpowiedzUsuń
  2. Tak, Lolek to ja. W domu rodzinnym tak na mnie wołali i tak mi zostało do dzisiaj. Też oczekuję wsparcia i akceptacji, jednak rzeczywistość jest o wiele inna od tego, co byśmy chcieli. I niestety nie zawsze przyjemna...

    OdpowiedzUsuń
  3. Mamuśki ( niektóre) bywają trudne i roszczeniowe. Znam takich mnóstwo. Nie wiedzą, że robią krzywdę przede wszystkim własnym dzieciom!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czasami są one nawet gorsze od swoich pociech. Przykre, ale prawdziwe.

      Usuń