Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

czwartek, 12 maja 2016

Szklany deszcz

To był wyjątkowo leniwy poranek. Obudziłam się po 7, trochę pobawiłam z kotem. Z szafy wygrzebałam koszulę z 3/4 rękawa oraz dżinsowe ogrodniczki. Wyjątkowo nic mnie nie goniło, nie musiałam się nigdzie spieszyć. Na śniadanie zjadłam tosty z dżemem, do tego napiłam się soku jabłkowego. Gdzieś w tle leciała muzyka przeplatana głosem radiowego speakera, w którą w pewnym momencie wkomponował się gwizd czajnika zwiastujący zagotowaną wodę na herbatę. Puśka spacerowała po parapecie, wypatrując przelatujących ptaków. Na 12 byłam umówiona z diecezjalnym koordynatorem Światowych Dni Młodzieży. Po drodze w planach zaniesienie kartridża do napełnienia tuszem drukarskim, który miałam odebrać w drodze powrotnej.
Przed 9 założyłam trampki i wyszłam z domu w celu uzupełnienia produktów w lodówce. Akurat przechodziłam obok niewielkich sklepików, kiedy usłyszałam ogłuszający huk, a także brzdęk upadającego szkła. Rozejrzałam się dookoła i ujrzałam wszędzie szklane drobinki. Podniosłam wzrok do góry, a tam, o mamusiu moja:
video
(filmik zamieszczony przez przypadkowego przechodnia w Internecie, może słabej jakości, ale jest!)
Tabuny czarnego dymu wzbijały się w górę. Z przylegającej do bloku siedziby miejskiej Spółdzielni Mieszkaniowej wybiegli ludzie, pospiesznie wsiadając do zaparkowanych przy niej samochodów. Nie, żeby się bali, a przynajmniej to nie był ich priorytet - po prostu musieli zrobić miejsce dla straży pożarnej, której syreny coraz bardziej i bardziej zbliżały się do miejsca zdarzenia. Po chwili czerwone wozy z impetem wjechały na nasze osiedle. Nie wiem, może to moje subiektywne odczucie, ale w zabudowanej przestrzeni wyją o wiele głośniej niż w otwartej. Z wybitych okien ogień groźnie wysuwał swoje gorące języki, przyciągając na plac przed blokiem coraz większą ilość gapiów. W sumie to osobiście zaczęłam zastanawiać się co z ewentualnymi mieszkańcami płonącego lokalu. Co prawda o 9 ludzie raczej są w pracy, zawsze tam jednak mogły w tym czasie przebywać osoby na emeryturze, rencie, niepełnosprawne, bezrobotne, po nocnej zmianie, matki z małymi dziećmi, nastolatek, który postanowił iść na wagary... Możliwości mogło być mnóstwo. A sam pożar wyglądał strasznie... Z drugiej strony budynek został ochrzczony niechlubnym mianem "bloku samobójców" - swego czasu nie było półrocza, z którego ktoś by się z niego nie rzucił w ramiona śmierci. Wszystko się zmieniło, kiedy ograniczono możliwość wyjścia na dach oraz wymieniono okna na korytarzach. Dlaczego więc jakiś desperat nie miałby odkręcić kurka z gazem w swoim mieszkaniu, a następnie odpalić zapałki? Nie, nie mogłam na to patrzeć i myśleć. Zbiegłam po schodkach na znajdujący się na dole bazarek zrobić zaplanowane zakupy.
Po pożarowy krajobraz
Nieco więcej dowiedziałam się popołudniu. W mieszkaniu nikt nie przebywał(właściciele lub lokatorzy jakiś czas temu zniknęli), a dzięki temu nikt nie zginął. Do dzisiaj mam w pamięci pożar, który wybuchł w lutym 2008 w innej dzielnicy mojego miasta - właściciel mieszkania przechowywał w nim materiały pirotechniczne. Co się tam działo w czasie zaprószenia ognia(?) można sobie wyobrazić. Efekt? Jedna osoba śmiertelna na miejscu, dwie z dużymi poparzeniami trafiły do szpitala. A głośny pożar hotelu socjalnego w Kamieniu Pomorskim, który pochłonął życie 23 osób? Albo wybuch gazu w bloku w Gdańsku-Strzyży, w którym zginęły 22 osoby? Przykłady można mnożyć i mnożyć. Tym razem obyło się bez ofiar. Mieszkanie jednak kompletnie spłonęło. Dacie wiarę, że żywioł miał tak niszczycielską siłę, że wypalił w nim nawet tynki? Ponieważ spłonęły nawet drzwi wejściowe(!) w ich miejsce wstawiono deski. Co do przyczyn mówi się o samozapłonie nagromadzonego w środku gazu, ale na moją logikę ktoś z sąsiadów poczułby chyba coś, interweniował. No chyba, że jesteśmy już tak egocentrycznie nastawieni, że nie widzimy tego, co się dzieje dookoła. Sama siła eksplozji była tak duża, że kawałki potłuczonych szyb wyleciały aż 150 metrów dalej. Zastanawia mnie co z dorocznym sprawdzeniem instalacji gazowej przez speców ze spółdzielni. Ale skoro nikt tam nie mieszkał, to kto miałby ich wpuścić? Współczuję też rodzinom mieszkającym w tym samym pionie. Piętro niżej zostali kompletnie zalani, wyżej - zakopceni. Bez remontu mieszkań się nie obejdzie, a miasto będzie musiało im coś na ten czas znaleźć. Tak sobie myślę, że gdyby parafialne Oratorium Młodzieżowe było ukończone, to może tam? Ale nie, budynek w większej części jest jeszcze w surowym stanie, niestety. Ponieważ dym wydostawał się przewodami wentylacyjnymi, w niemal wszystkich lokalach czuć swąd. Jednak, podkreślę to jeszcze raz, NAJWAŻNIEJSZE, ŻE NIKT W ŻADEN SPOSÓB NIE DOZNAŁ USZCZERBKU NA ZDROWIU I ŻYCIU!

Kochani, tak na przyszłość - róbcie regularne przeglądy instalacji gazowych, elektrycznych i kominowych. Licho nie śpi, a my w ten sposób możemy uchronić się od tragicznych skutków ulatniania się gazu i czadu, czy też niesprawnej instalacji elektrycznej!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz