Byliśmy piękni,
Byliśmy młodzi,
Mieliśmy ambitne plany na przyszłość...
Trudno mi w to uwierzyć, ale właśnie mija 10 lat od mojej matury. 4 maja 2009 roku zasiadłam do pierwszego z pięciu egzaminów pisemnych, jakie mnie czekały - języka polskiego. Do dzisiaj śmieję się z tego, że ledwie dzień wcześniej skończyłam czytać "Chłopów" Reymonta, a tutaj na arkuszu maturalnym pojawił się temat z tej lektury(drugim do wyboru był "Pan Tadeusz" Mickiewicza).
Byliśmy młodzi,
Mieliśmy ambitne plany na przyszłość...
Trudno mi w to uwierzyć, ale właśnie mija 10 lat od mojej matury. 4 maja 2009 roku zasiadłam do pierwszego z pięciu egzaminów pisemnych, jakie mnie czekały - języka polskiego. Do dzisiaj śmieję się z tego, że ledwie dzień wcześniej skończyłam czytać "Chłopów" Reymonta, a tutaj na arkuszu maturalnym pojawił się temat z tej lektury(drugim do wyboru był "Pan Tadeusz" Mickiewicza).
Pamiętam jak bardzo się bałam tego egzaminu. Do poprzednich, tzn. tych po podstawówce i gimnazjum, podchodziłam na luzie. Sprawdzian szóstoklasisty to była dla mnie tylko formalność - wszak cała nasza klasa miała zapewnione miejsce w gimnazjum mieszczącym się w tym samym ośrodku co podstawówka. Egzamin gimnazjalny? Pisałam tylko część humanistyczną, bo jako laureat olimpiady matematycznej byłam zwolniona z części matematyczno-przyrodniczej(za mnie nie było jeszcze części językowej - sprawdzian kompetencji pisało się dopiero w szkole średniej), a w dodatku miałam pierwszeństwo w przyjęciu do dowolnej szkoły ponadgimnazjalnej. Co nie oznacza, że sobie wszystko odpuściłam i napisałam egzaminy na odwal się. Nie, szczególnie na części humanistycznej egzaminu gimnazjalnego zależało mi, aby dobrze wypaść. W końcu opuszczałam mury placówki, w której wszyscy mnie znali i znali moje możliwości i szłam w świat. Nawet, jeżeli ten "świat" był zaledwie kilka ulic dalej.
Teraz miało być zupełnie inaczej, bo od wyniku matury zależała moja dalsza "kariera naukowa". Tutaj nie zależało mi na udowadnianiu komuś, że mogę tak jak inni zdawać egzaminy zewnętrzne. Tutaj chodziło już o moje dalsze życie.
Inną kwestią było to, że narzuciłam sobie niezwykły rygor w zdawanych przedmiotach. Ku niezadowoleniu mojej wychowawczyni(czego nie omieszała mi wytchnąć w ostatnich tygodniach nauki) zdecydowałam się zdawać język polski, język niemiecki i wiedzę o społeczeństwie na podstawie oraz matematykę(wówczas jeszcze nieobowiązkową) i geografię na rozszerzeniu. W efekcie cztery z pięciu powyższych przedmiotów zdawałam w pierwszym tygodniu matur, a piąty, matematykę, w drugim(i to 13 maja - pamiętam do dzisiaj). I to był jedyny moment, kiedy pomyślałam, że przesadziłam z tym wszystkim.
Nie małym wyzwaniem było zorganizowanie mojej matury pod względem logistycznym. Jako osobie niepełnosprawnej mogłam korzystać z udogodnień podczas pisania egzaminu. Zresztą zawsze pisałam go przy pomocy komputera i wydłużonego czasu. Tym razem było podobnie, a dodatkowo otrzymałam osobną komisję i salę, zaś do części matematycznej i geograficznej dostałam nauczyciela wspomagającego. Niestety, geometria w wymiarze praktycznym nigdy nie była moją mocną stroną, a jak na tamtą chwilę nie było żadnego oprogramowania komputerowego, który w fachowy sposób rozwiązałby ten problem(ciekawe jak to jest teraz). Moją jedyną szansą było ustne wytłumaczenie nauczycielowi wspomagającemu co i jak ma narysować na arkuszu maturalnym. Na moim arkuszu było 5 takich zadań związanych z narysowaniem czegoś, więc pomyślcie sobie, ile cennych punktów by mi odjęto(przynajmniej 10, a to już 20% ogólnej ich liczby), gdyby nie wspomaganie. Tym bardziej, że wiedziałam co trzeba zrobić. Dodatkowo cały taki egzamin był nagrywany na dyktafon, żeby sprawdzić, czy nauczyciel na pewno postępuje zgodnie z moją instrukcją. Uwierzcie mi, stres i dla jednej i dla drugiej strony. Na geografii na szczęście było tylko jedno zadanie, w którym trzeba było coś narysować.
Matematyka i geografia były tymi przedmiotami, na które poświęciłam najwięcej czasu. Zwłaszcza na matematykę, bo tutaj uczyłam się na lekcjach tylko poszerzonym zakresie(czyli więcej niż podstawa, ale mniej niż rozszerzenie). Do polskiego podeszłam na luzie. Gdyby nie to, że bardziej liczy się w nim pisanie pod niejednokrotnie dziwny klucz odpowiedzi, to pewnie bardziej bym się nim przejęła. Poza tym pisałam go tylko po to, aby zdać. Stres był przy niemieckim, na szczęście wypracowanie na temat kupna psa było całkiem znośne. No i wos, gdzie oprócz wiedzy trzeba było napisać wypracowanie na temat cech, którymi powinien charakteryzować się idealny polityk. Jak dla mnie jest to temat idealny na każdy czas.
Potem przyszedł czas matur ustnych. Z polskiego miałam temat o holokauście. Temat ciężki, ale od zawsze mnie interesował, więc bez wahania go wybrałam. Pamiętam, że mówiłam wtedy na pewno o książce "Chłopiec w pasiastej piżamie", "Liście Schindlera", "Latach dzieciństwa" oraz "Pianiście". Akurat dyrekcja znowu poszła mi na rękę i umieszczono moją osobę awaryjnie na końcu listy. Okazało się to zupełnie niepotrzebne, bowiem wyrobiłam się mimo problemów z mówieniem w przepisowych 15 minutach. Ostatnim egzaminem ustnym, przy którym miałam największego stresa, był język niemiecki. Mój ogólny problem polegał na tym, że przez trzy lata słyszałam od germanistki, że nie zdam ustnej matury z jej przedmiotu. Jeszcze na ostatnich zajęciach z jej przedmiotu potwierdziła swoje zdanie argumentując to tym, że nauczycielka, która ma zasiadać w komisji jest bardzo wymagająca. Mój problem polegał na tym, że jej uwierzyłam. A jednocześnie nie miałam wybory, bo to niemiecki był moim wiodącym przedmiotem. Na miękkich nogach weszłam do sali, a potem na jeszcze miększych czekałam na wynik. Wyobraźcie sobie moje odczucia, kiedy okazało się, że moja wypowiedź mimo wszystko, została oceniona na 85%...
Potem znowu trzeba było odczekać swoje i pod koniec czerwca udać się do szkoły po wyniki części pisemnej. I znowu pozytywne zaskoczenie. Najgorzej poszedł mi język polski(chociaż nie spadłam poniżej 70%), najlepiej matematyka(maksymalna ilość punktów). Reszta wyników była też imponująca. Sama nie wiem kto był bardziej tym wszystkim zdziwiony - ja, wychowawczyni, czy nauczyciele. Nie ważne, ważne, że dałam radę, że udowodniłam, iż można być mądrym pomimo fizycznych ograniczeń, że nie warto od razu przekreślać ludzi, tylko dlatego, że nie są w stanie utrzymać w ręku długopisu, bo prawdziwa potęga kryje się w ludzkim umyśle.
Sobie zaś udowodniłam, że nie warto się zniechęcać po negatywnych opiniach innych osób(chociaż czasami krytyka jest tak duża, a może lepiej powiedzieć - tak bolesna, że człowiek automatycznie się poddaje), że warto poświęcić trochę czasu na naukę, że warto mieć marzenia i walczyć o ich spełnienie, że w końcu warto walczyć do końca, bo nagroda może przerosnąć nasze najśmielsze oczekiwania.
I to przesłanie zostawiam każdemu z Was, kochani, tak po prostu. Bo ono jest w dalszym ciągu aktualne pomimo tego, że od mojej matury minęło 10 lat...

Ale fajne zdjęcie! Pełne uśmiechów, super! Ja mam same takie sztywne, z każdego etapu edukacji.
OdpowiedzUsuńAle identyczne, ino sztywne, też mam. Tylko, że to jest takie bardzo optymistyczne, a na tamtym wyglądamy, jakbyśmy wracali z pogrzebu.
Usuńja mam już 12 lat od matury, a pamiętam to jak wczoraj!
OdpowiedzUsuńokularnicawkapciach.wordpress.com
Takich rzeczy się nie zapomina :)
UsuńWitaj zielono-żółto
OdpowiedzUsuńMatura... Kiedy to było? Też zdawałam matematykę (także z wyboru), polski (moja pięta achillesowa, ale wynikiem zaskoczyłam nie tylko siebie) i niemiecki (zdałam trochę gorzej niż sądziłam, a może byłam zbyt pewna swego?)
Lubię te nasze majowe święta. Powoli jednak kończy się majówka.
A jak Tobie minęły te dni?
Pozdrawiam nadzieją na wiosenne, majowe słońce
Czyli identycznie jak ja(nie licząc tej dodatkowej geografii i WOS-u). Mnie wyniki zaskoczyły im plus, a zdobyta wtedy wiedza przydaje się do dzisiaj :)
Usuńporady innych sa często bardzo cenne ale jesli odbiegają od tego co my czujemy to należy się zastanowic i ja uważam, że zawsze wybrać siebie , swój głos wewnętrzny,,on wie najlepiej..Gratuluje efektów matury, choć dawno to było:):)
OdpowiedzUsuńHeh, ostatnio coraz częściej bardziej słucham siebie niż innych. I dobrze mi z tym :)
UsuńPięknie Karolino, życzę jak najwięcej sukcesów.:)
OdpowiedzUsuńDziękuję bardzo Lenko
UsuńTym wpisem wzbudziłaś wspomnienia. Moja matura miała miejsce ponad -dzieści lat temu, ale pamiętam ją do dziś, być może dlatego że był pierwszy tak ważny egzamin. Wówczas był obowiązkowy j.polski, obcy, matematyka i inny do wyboru. Wybrałam moją ulubioną geografię, przed którą tak się zestresowałam, że chciałam zrezygnować. Na szczęście tato usiadł ze mną, porozmawialiśmy, okazało się że to tylko brak wiary we własne możliwości i stres;) Niestety czas matur wiąże się również ze złym wspomnieniem... W tym czasie zmarł mój ukochany dziadek, strasznie przeżywałam że nie zdążyłam pochwalić mu się z wyników. Mam nadzieję że jednak wiedział i był ze mnie dumny.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam Karolinko:)
To u mnie pierwszym ważnym egzaminem był egzamin gimnazjalny.
UsuńTeż zawsze uwielbiałam geografię i właściwie nie wyobrażałam sobie, żebym nie zdawała jej na maturze. Zresztą tak, jak matematykę(bo wos zdawałam z przekory).
Stres oczywiście był, zwłaszcza przed polskim, a potem wielka radość.
Smutno mi z powodu Twojego dziadka, na pewno byłby zadowolony z wyników Twojej matury.
Cudowne zdjęcie z matury. Ja maturę zdawałam 21 lat temu.
OdpowiedzUsuńJeszcze trochę, a będziesz mogła świętować ćwierćwiecze :)
UsuńOj, kiedy to było:) Zdawałam polski, angielski i biologię, na szczęście matematyka nie była obowiązkowa, bo ciężko by było:)
OdpowiedzUsuńUściski, Karolinko.
Biologia... chyba nigdy nie odważyłabym się zdawać jej na maturze. Tak samo jak chemii. Chociaż biologię lubiłam, ale mieliśmy ją tylko przez jeden rok w liceum, więc ciężko by było...
UsuńMimo wszystko nie chciałabym tego powtarzać :D
OdpowiedzUsuńbuziaki :D
Ja chyba też nie. A na pewno nie w obecnej formie...
UsuńOj, musiałabym długo liczyć, ile to minęło od mojej matury, ale wszystko dobrze pamiętam.
OdpowiedzUsuńTwoje przesłanie jak najbardziej trafne i aktualne:-)
Ja też sporo pamiętam, a najwięcej z arkusza z matematyki.
UsuńBrawo Karolinko! Teraz liczę, ile to upłynęło od mojej matury? ooo 39 lat
OdpowiedzUsuńJeszcze rok i będziesz mogła zaśpiewać "Czterdzieści lat minęło jak jeden dzień..."
UsuńEch, od mojej matury minęło ciut więcej czasu, najbardziej pamiętam, że prawie spóźniłam się na polski. :D Ale nie stresowałam się specjalnie, z przedmiotów, które były mi potrzebne na rozważane studia, czułam się pewnie. Tylko ustnymi. :) Ty miałaś dodatkowy stres przez swoje utrudnienia fizyczne, ale ważne, że dobrze poszło. :)
OdpowiedzUsuńNa prezentacji z polskiego mówiłam o systemach totalitarnych, ale skupiłam się bardziej na stalinizmie - pan z komisji zapytał, czemu taka młoda osoba wybiera taki temat. :)
Pozdrawiam. :)
Witaj na moim blogu.
UsuńTak, to ważne aby wybrać te przedmioty, które nam się przydadzą i na nich skupić. Ciekawa jestem co odpowiedziałaś temu panu...
Pozdrawiam i dziękuję za wizytę.
hehe, ja właśnie robiłam porządek w zdjęciach i odnalazłam moją klasę, moich nauczycieli. teraz było mi wesoło, ale pamiętam, że matura mnie zabiła prawie. Po maturze, powiedziałam, żadnych egzaminów więcej i prawie się udało :-)
OdpowiedzUsuńJa mam właśnie mało klasowych zdjęć. A szkoda...
Usuń