W sobotę rano została otworzona baza rodzin Sz.P. Pierwszy darczyńca znalazł się już po godzinie 9. Akurat jechałam na bieg, kiedy dostałam SMSa od liderki, że mam jak najszybciej się z nim skontaktować. Chwileczkę, na pierwszy kontakt mam 3 dni(a potem już w zależności od potrzeb), a ja tego popołudnia miałam co robić. Zignorowałam SMS, znam przecież procedury.
Drugi darczyńca zgłosił się kilka godzin później, ostatni - w niedzielę wieczorem. Wszystkie sześć rodzin znalazło już ludzi, którzy są chętni wspomóc ich chociaż trochę. Ze wszystkimi odbyłam już rozmowy - jestem dobrej myśli. Znowu okazało się, że moja wada wymowy nie jest problemem w porozumieniu się, więc nie jest chyba najgorzej(ech, chyba zacznę w siebie wierzyć pod tym względem). W ostateczności zostają jeszcze meile.
Wszystko ładnie i pięknie szło, aż dzisiejszego wieczoru moja komórka radośnie oznajmiła, że liderka próbuje się ze mną skontaktować. Czar prysł. Ale cóż było robić, odebrałam aparat. W słuchawce usłyszałam przymilny głos, który zadał mi pytanie, czy nie zgodziłabym się zostać głównym wolontariuszem jeszcze jednej rodziny. Generalnie sprawa wygląda tak, że byliśmy u niej z Brutusem, który był jej głównym wolontariuszem, a ja tylko towarzyszącym, gdzieś w połowie października. Rodzina wielodzietna, z niepełnosprawnością jednego z rodziców. Już raz została objęta pomocą Sz.P., wiedziała więc o co chodzi. Jak rodzina jest dziewięcioosobowa, to i potrzeby ma większe, chociażby w kwestii ubrania, czy też jedzenia. Inna sprawa, że Brutus zostawił sobie cały opis na ostatnią chwilę. I, niestety, podobnie jak "mój" płot, nie przeszedł on u opisowca. Brutus się wkurzył, dzwonił mi najpierw, że chrzani taką robotę, potem, że będzie walczył tak jak ja o moją rodzinę. Z tego co widziałam, to miał wypełniony tylko jeden arkusz. I J. też widziała, bo ma wgląd we wszystkie arkusze. A że wie, że tworzę niezłe opisy, to zaproponowała mi przejęcie tej rodziny.
Ja jednak z ciężkim sercem odmówiłam.
Po pierwsze - ja przy moich sześciu powoli się gubię, zwłaszcza że od tego roku nie używa się prawdziwych imion w opisach. Przy siódmej w mojej łepetynie może zapanować kompletny chaos.
Po drugie - gdyby zaproponowała mi to tydzień wcześniej prawdopodobnie nie miałabym problemu. Ale do finału zostało 2 i pół tygodnia. Prędzej niż w weekend nie siądę do tego wszystkiego, a nie wiem czy opisowiec mi wszystko by od razu przepuścił, czy też miałby jakieś "ale". Każde zaś jego "ale" opóźniłoby publikacje rodziny w bazie, a tym samym zmniejszyło jej szansę na znalezienie darczyńcy.
Po trzecie - nie ruszyła w tym roku w naszym mieście A.P., a mam rodzinę, w której dziecko potrzebuje na już tego typu wsparcia. Jak to się skończyło możecie sobie dopowiedzieć. W każdym razie sobotnie popołudnia mam jeszcze bardziej okrojone niż dotychczas. A wprowadzenie danych do arkusza jest czasochłonne.
I po czwarte - jak wcześniej rozmawiałam z Brutusem, to powiedział mi, że będzie za wszelką cenę walczył o tą rodzinę, choćby miał potem pisać skargę na opisowca(podobno nie tylko my mieliśmy problemy. Zresztą trudno nawet w moim przypadku mówić o problemach, bo na sześć opisów tylko do jednego miał wątpliwości, więc nie jest najgorzej). A ja go trzymam za słowo.
Poza tym wolontariat ma nieść radość, a w tym przypadku działałabym nie tylko pod presją czasu, ale i liderki. Szkoda moich pokładów energii.
Wyłożone łopatologiczne. Oby udało się rzeczowo rozmawiać dalej.
OdpowiedzUsuńI to jest właśnie asertywność. I tak czasem trzeba, Karolinko.
OdpowiedzUsuńŚciskam.
Masz Rację Karolinko, nie daj się zajeździć. Brawo za asertywność.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam:)
Trzeba być asertywnym, bo doba ma tylko 24 godzin i nasze siły też mają swój kres.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam serdecznie :)
Dobrze jest znać swoje możliwości :)
OdpowiedzUsuńCałego świata nie uszczęśliwisz, i tak robisz wiele dobrego dla innych. Uściski Karolinko :)
OdpowiedzUsuńA ja myślałam, że udział w takim przedsięwzięciu jest bezstresowy co najmniej...
OdpowiedzUsuńTak trzymaj Karolinko🧡😀🌺
OdpowiedzUsuńTrudno tam u was pomagać, ale podziwiam, że się nie zniechęcasz. Uściski serdeczne :-)
OdpowiedzUsuńPodjęłaś bardzo dobrą decyzję. Kiedy chodzi o pomaganie, nie może być stresu i frustracji, a takie uczucia towarzyszyłyby Ci gdybyś wzięła na siebie więcej niż jesteś w stanie ogarnąć. Byłaś po prostu asertywna, nie skrzywdziłaś nikogo. Zadbałaś o rodziny, którymi musisz się zająć. Jestem pełna podziwu dla akcji i wspieram ją zawsze, kiedy tylko mogę.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam Alina
Brawo za asertywność :)
OdpowiedzUsuńokularnicawkapciach.wordpress.com
Pięknie :) Fajnie być docenioną, ale ... bez przesady z braniem na siebie kolejnych obowiązków.
OdpowiedzUsuńŻyczę Ci żebyś zawsze odmawiała, jak poczujesz, że coś jest nie tak , albo czegoś jest za dużo...sobie też zresztą:/
OdpowiedzUsuńUmiejętność powiedzenia NIE nie każdemu przychodzi łatwo, ale jak się mam własne niedomagania, to nie wolno robić nic ponad własne siły i te fizyczne i te psychiczne.
A Ty jesteś wielka :) zawsze i we wszystkim...dlatego musisz sobie fubdowac "wakacje" czasami :)
Grunt to świadomość
OdpowiedzUsuńNie bierz na swoje ramiona krzyża, który nie jak nie ma się do Twoich ramion