Płonie, niepozorna,
niezauważona,
płonie ogniem miłości,
samego Najwyższego.
Święty Ogień zanosi
modlitwy ludu na ziemi,
wraz z dymem pachnącym woskiem,
do Boskich Bram wchodzi ukradkiem.
Trzyma Gromnicę dziecko,
co ledwie chodzić zaczęło,
trzyma Gromnicę staruszek,
i szepce gorące modlitwy...
Taki oto wierszyk powstał sobie z okazji dzisiejszego święta.
Kiedy 5 stycznia weszłam do kościoła, w którym daliśmy >>ten<< koncert, pierwsze co rzuciło mi się w oczy, to nasza konsola muzyczna. Pisząc "nasza" mam na myśli moją parafię. Teoretycznie mogłam się mylić, jednak komu chciałoby się w identyczny sposób ponaklejać wszystkie oznaczenia. Przypadek? Nie sądzę. Tym bardziej, że J. bez problemu sobie radziła z jego obsługą. Wniosek nasuwał się sam - to musi być sprzęt z naszego kościoła. Spokoju nie dawała mi jednak jedna rzecz - czy skoro sprzęt był tutaj, to schola nie śpiewała u nas na swojej planowej Mszy świętej? Zwłaszcza, że w pierwszą niedzielę to my obstawiamy wszystkie czytania. Osobiście nie byłam na tej Mszy, bo i musiałam odpocząć po wyjeździe na ślub S. i O., a po drugie i tak miałam zamiar uczestniczyć we Mszy przed koncertem.
Jednak sprawa tej konsoli jakoś nie dawała mi spokoju. Zapytałam się więc Dyrygentki czy schola wtedy śpiewała. Dyrygentka chyba nie do końca zrozumiała moje pytanie, bo potem w SMSie wysłała mi swoje zapytanie, czy w tą i tą niedzielę będę w kościele, bo chce mnie dać na Modlitwę Wiernych, a zarazem poinformowała mnie, że nie dawała mi nic wtedy do czytania, bo nie wiedziała, czy będę. Pomyślałam sobie wtedy, że życie jest niesamowicie skomplikowane. Już nie mam siły przypominać, że jestem członkiem scholi. Bo ostatnio też jakby zapomnieli o mojej obecności. Dlatego szczerze zaskoczyła mnie ta propozycja przeczytania wezwań MW, zwłaszcza że to nie była pierwsza niedziela miesiąca. Jedyny problem w tym wszystkim polegał na tym, że tego dnia miałam szkolenie przed Festiwalem Nauki, toteż musiałam odmówić.
Nie spodziewając się zupełnie niczego poszłam sobie dzisiaj na Mszę świętą. Z gromnicą, rzecz jasna, wszak zostałam wychowana w takiej tradycji. Ogólnie jakiś rok temu znalazłam w piwnicy u rodziców taką prawdziwą starą woskową gromnicę, którą zabrałam do domu. Niestety, w Wielką Sobotę upadła mi na posadzkę i się trochę złamała. Próbowałam ją "reanimować", niewiele się to jednak zdało. No cóż, w ostateczności może być trochę krótsza niż pierwotnie była... Grunt, że się świeci.
Ze zdziwieniem odkryłam, jak mało ludzi miało dzisiaj świecę. A mamy śpiewające w scholi chyba w ogóle nie wiedziały o co chodzi. No, nie wszystkie, bo Dyrygentka też miała świecę, a nawet jeden chłopiec. Ale pozostali tylko na nas patrzyli. Weszłam tradycyjnie na chór, zajęłam swoje miejsce w scholi i nagle widzę, że podchodzi do mnie z kartką. Tak trochę niepewnie na nią spojrzałam, po czym usłyszałam pytanie, czy dam radę przeczytać ostatnie dwa wezwania Modlitwy Wiernych. Rzuciłam okiem na kartkę - no, raczej dam. Nie za bardzo wiedziałam o co chodzi, bo o ile jakoś mogłabym sobie wytłumaczyć to, że w piątek zaniosłam jako Dar Ołtarza Kapitułę Zgromadzenia Salezjańskiego, o tyle dzisiejszej MW już nie. Ale, może to po tym jednym pytaniu tak się stało? Moją głowę zaprzątało też to, co zrobię z gromnicą(paliła się przepisowo całą Mszę świętą), kiedy pójdę do przeczytania, ale ją mi akurat potrzymało jedno z dzieci.
Zagadką było dla mnie, czy doniosę zapaloną świecę do domu, wszak w pewnym momencie na moim osiedlu jest takie miejsce, gdzie robi się przeciąg. W dodatku zaczęło padać. Ale ognia nic mi nie zgasiło. A propos donoszenia zapalonych gromnic do domów. Mój tata miał do kościoła ok. 10 kilometrów w jedną stronę przez lasy, pola i różne ciekawe wzniesienia, które lutym obrastały niemałą warstwą lodu. Pomyślcie sobie, jakim to musiało być wyczynem donieść w takich warunkach zapaloną i poświęconą 2 lutego gromnicę do domu. A w czasach II wojny światowej było to jeszcze trudniejsze - wszak w lasach stacjonowała partyzantka, której strzelaniny przerywały głuchą ciszę. Mimo to ludzie chodzili, bo taka była ich wiara i tradycja. Ja zaś bardzo się cieszę, że została ona przekazana mnie i mogę ją kontynuować.
Na koniec dnia zapraszam natomiast wszystkich na oponki, które piekłam pierwszy raz w życiu. Proszę, częstujcie się śmiało :)
Na koniec dnia zapraszam natomiast wszystkich na oponki, które piekłam pierwszy raz w życiu. Proszę, częstujcie się śmiało :)
Dawniej to nawet świece były lepszej jakości:-)
OdpowiedzUsuńja się wpraszam na te słodkości!
OdpowiedzUsuńokularnicawkapciach.wordpress.com
Oponki pięknie wyszły! A wiara czyni cuda, wiara naszych ojców była ogromna.
OdpowiedzUsuńPodziwiam Twoją wiarę i uczestnictwo w życiu kościoła. Ja przestałam wierzyć w kościół, rzadko tam bywam. W Boga wierzę, owszem, ale nie kultywuję tego. Ta wiara siedzi w moim sercu i nie widzę potrzeby, żeby było inaczej.
OdpowiedzUsuńOponki wyglądają obłędnie %)
Que buena pinta! 😋😋😋 Feliz día!
OdpowiedzUsuńNie kultywuję tradycji ludzkich, ponieważ Słowo Boże tego nie nakazuje, ale gromnicę mam, a nawet dwie. Kurzą się w komórce. Pomyślałam właśnie, że trochę szkoda ich i chyba przywiozę je sobie z Polski, bo wieczory przy świecach są piękne. ^_^
OdpowiedzUsuńKochana
OdpowiedzUsuńZostawiam tylko pozdrowienia i podziękowanie za pamięć dziś🤗🌻🧡
Jestem jeszcze b.slabiutka, ale powoli do celu...
Moi rodzice również mieli daleko wszędzie praktycznie, do szkoły szło się z 8 kilometrów, nie było autobusów... My to mamy wygodne życie jednak.
OdpowiedzUsuńZapraszam :)
ania-el.blogspot.com
Sądzę, jestem pewna, że z tym czytaniem to był znak
OdpowiedzUsuńZostałaś wybrana w takie piękne święto
Cieszę się razem z Tobą♥️🔴❤️
Chętnie wpadłabym na te oponki, Karolinko:)
OdpowiedzUsuńJa mam właśnie taka woskową gromnicę. I faktycznie daje się zauważyć, że coraz mnie osób święci gromnice, głównie są to starsi.
Dawniej nie tylko gromnice, a le i wiara była silniejsza.
OdpowiedzUsuńSmakowite oponki. Pozdrawiam Karolinko:)
Piękny zwyczaj z tymi gromnicami ale powoli zanika. Śliczny wiersz Karolinko.
OdpowiedzUsuńUściski:)
Dobrze,że kultywujesz wiarę ♥
OdpowiedzUsuńU nas też dużo ludzi nie miało gromnic w niedziele. Oponki pewnie pyszne ale jakoś mnie na slodko nie ciągnie. Kiedyś bym się dała pokroić za nie. Pogoda wręcz mnie dziś usypia. Pozdrawiam serdecznie Karolciu.
OdpowiedzUsuńU nas w kościele też tylko garstka z nas miała gromnicę. A o niesieniu zapalonej świecy do domu to szczerze powiem pierwsze słyszę, nigdy się tego nie robiło ani w moim rodzinnym mieście ani tutaj gdzie teraz mieszka. Oponki wyglądaja tak smakowicie :)
OdpowiedzUsuńNo nie, no i chyba będę musiala kupić oponki :)
OdpowiedzUsuńGromnicę miałam przygotowaną, kiedy mój Tata nas opuszczał, jednak nie zabrałam do szpitala dla Mamy, a tam nawet nie było na to szansy.
OdpowiedzUsuńA z ziemskich weselszych spraw, to oponki kiedyś robiłam, nawet mi się udawały. Muszę znów spróbować. Zachowałam struteńki zeszyt z przepisami, a wśród nich na opnki. Pozdrawiam serdecznie :)
o oponka by mi sie przydała do mleczka z miodem bo zaraz ide robić
OdpowiedzUsuń