Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

niedziela, 21 czerwca 2020

1176. Czas pożegnań

Ten tydzień był dla mnie ciężki, zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Na szczęście już przeszedł do historii. Dwa pogrzeby, dzień po dniu, potrafią znacząco zmienić nastrój człowieka. Niby śmierć jest wpisana w ludzką egzystencję, a jednak chyba żaden moment nie jest wystarczająco dobry na przejście na tamtą stronę życia. 
Polańczyk, 2000 rok
Tym razem przyszło mi pożegnać wielkiego społecznika i przyjaciela wielu osób niepełnosprawnych zamieszkujących Zagłębie Dąbrowskie. Sam miał niepełnosprawnego syna(też MPD, jak ja), toteż nie był laikiem w temacie) W czasach, kiedy niepełnosprawni zaczęli wychodzić ze swoich domów na ulicę, kiedy zaczęli być wreszcie widoczni w społeczeństwie(czyli na początku lat 90 ubiegłego wieku), założył WTZ w S-cu oraz Koło Osób Niepełnosprawnych propagujący turystykę wśród tej warstwy społecznej. Specjalnie poszedł studiować pedagogikę specjalną, żeby zdobyć jeszcze szerszą na ten temat wiedzę. Przez kilka lat sama byłam członkiem tego "Koła", kilka razy wyjechałam w jego ramach na turnus rehabilitacyjny(pierwszy raz w 1995 roku, ostatni w 2001), byłam też na kilku wycieczkach krajoznawczych. Z czasem nasze drogi się rozeszły, niestety. W dalszym ciągu śledziłam jednak losy "Koła", które w międzyczasie zamieniło się na IKTON(Integracyjny Klub Turystyki Osób Niepełnosprawnych). Kilka razy miałam nawet ochotę napisać do pana Zbyszka z pytaniem, czy mogę się do nich dołączyć, no ale zawsze zabrakło mi odwagi(której niejako nauczyłam się dopiero teraz). Za to niemal do końca pozostałam z nim w miarę dobrym kontakcie. Przecież to był dusza-człowiek, otwarty na wszystkich, do każdego podchodzący z uśmiechem i empatią, dla znajdujący dla każdego czas. Ech, będzie nam go brakować. Zwłaszcza, że tłumy na cmentarzu mówiły same za siebie.
Dzień później byłam na pogrzebie matematyczki uczącej w liceum, do którego uczęszczałam. W sumie nie mieliśmy z nią "stałych" lekcji, ale bardzo często przychodziła do nas na zastępstwo. Niby uchodziła za typową "piranię", była wymagająca, to fakt, ale też rewelacyjnie tłumaczyła i potrafiła poświęcić uczniowi tyle czasu, ile było trzeba. Zresztą nie tylko ona, ale i jej małżonek(żartobliwie nazywanym w uczniowskim żargonie "Gumisiem") byli doskonałymi pedagogami, całym sercem oddanymi sprawom młodzieży. "Gumisia" pamiętam jeszcze ze szkoły podstawowej, jak przychodził nauczać fizyki w klasach gimnazjalnych(i podejrzewam, że przed reformą uczył też w ostatnich klasach szkoły podstawowej). Mnie niestety nie objął, bo nasza matematyczka była też po studiach podyplomowych z tego przedmiotu. Ale w liceum to głównie on nauczał tego przedmiotu. I w miarę dobrze nauczał, bo nie wiem, czy był ktoś, kogo nie przepuścił do kolejnej klasy. Podobnie jak pani Zosia, chociaż nie przeciskali nikogo na siłę. Uczyli, żeby nauczyć, a nie zniechęcić. Cierpliwie tłumaczyli nawet i 100 razy. Prawdziwi nauczyciele z pasją i powołaniem.
Przy okazji z przerażeniem muszę przyznać, że pieśń "Niech Aniołowie zawiodą Cię do Raju..." też niestety umiem "zaśpiewać" z pamięci.

Dzisiaj mieliśmy trzecie pożegnanie, tym razem nie na zawsze(a przynajmniej mam taką nadzieję). Decyzją przełożonych ksiądz Oskar przechodzi na posługę w innej parafii. Trochę przykro, ale zarazem każdy z nas ma świadomość, że żaden ksiądz będący salezjaninem nie jest przypisany na stałe do jednego miejsca(wyjątek stanowią księża w podeszłym wieku) i prędzej czy później będzie musiał zostać przeniesiony. A ja razem z koleżanką reprezentowałyśmy nasze Oratorium podczas pożegnania. Zabawna sytuacja - Kala czytała napisane przeze mnie przemówienie, a ja wręczałam Boskiemu Oskiemu przygotowany przez nią kosz ze słodyczami(wiecie, taka aluzja do słodkiego życia). Co prawda był jeszcze Archanioł, ale on reprezentował ministrantów. A trudno mu było się rozdwoić. Za tydzień planowane jest jeszcze kameralne pożegnanie dla animatorów, a potem... Potem przyjdzie czas na nowego opiekuna naszego Oratorium.

Trzymajcie się ciepło

12 komentarzy:

  1. To bardzo trudny tydzień. pięknie napisałaś o zmarłych..Pozdrawiam serdecznie i spokojnego tygodnia życzę:))

    OdpowiedzUsuń
  2. Czasem i taki ciężki czas się zdarza, ale życie będzie toczyć się dalej.
    Pozdrawiam Karolinko:)

    OdpowiedzUsuń
  3. Wiem coś o takich pożegnaniach. Ten rok pod tym względem obfituje w takie. Cztery miesiące temu żegnaliśmy mojego szwagra, a jutro teściową. Jeszcze nie pogodziliśmy się z jedną stratą, a tu już następna...
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  4. bardzo trudny tydzień, siły na nowy!
    okularnicawkapciach.wordpress.com

    OdpowiedzUsuń
  5. Witaj Karolinko
    Ponieważ za Tobą trudny tydzień, to zapraszam Cię do mnie na uspakajający, leniwy spacer. W tych najdłuższych dniach warto na taki poświęcić chwilę
    Pozdrawiam jeszcze spokojnym dniem i życzę dobrych dni

    OdpowiedzUsuń
  6. Pożegnania są wpisane w nasze życie. Te na zawsze bolą najbardziej (choć to "na zawsze" nie jest przecież dosłowne dla ludzi wierzących).
    Karolinko, pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
  7. Dobrzy ludzie żyją na zawsze w naszych sercach...

    OdpowiedzUsuń
  8. Miałam kiedyś podobny rok, okropność.
    Obyś szybko doszła do siebie, może letnia pogoda Ci w tym pomoże...

    OdpowiedzUsuń
  9. Przykro mi, miałam również taki podwójny czas. Trzymaj się!

    OdpowiedzUsuń
  10. Czas ucieka a w raz z nim wspaniałe osoby, które pozostają w naszej pamięci ...

    OdpowiedzUsuń
  11. co do tych odchodzących księży - żal żegnac, jak był dobry kapłan - ale jak był ktoś, kogo się nie trwaiło przez osttanie 2 lata - RADOŚĆ WIELKA i taka naszczęście u mnei się zdarzyła! Bogu dzięki! ;-)

    OdpowiedzUsuń
  12. Na śmierć nigdy nie jestesmy gotowi, szczególnie gdy dotyka niespodziewanie i osób nam bliskich w jakikolwiek sposób. Potrzeba czasu..pięknie napisałaś o tych osobach dzięki temu będą żyli w pamięci innych. Trzymaj sie.

    OdpowiedzUsuń