Nawet nie wiecie jak bardzo ucieszył mnie fakt, że zaledwie kilka dni przed beatyfikacją rodziny Ulmów, do moich rąk trafiła książka autorstwa siostry Marii Elżbiety Szulikowskiej "Wiktoria Ulma. Opowieść o miłości". Już wcześniej miałam okazję zapoznać się z jej fragmentami, m.in. opowiadającymi o ślubie Józefa i Wiktorii (które przytoczyłam w >>TYM<< wpisie). Zrobiły one na mnie ogromne wrażenie swoją naturalnością i nie banalnością w przekazie. A czyż mogła być lepsza okazja do zapoznania się z sylwetką tej prostej gospodyni domowej kochającą rodzinę, wieś i życie, niż zbliżająca się jej beatyfikacja?
Tytuł: "Wiktoria Ulma. Opowieść o miłości"
Autor: s. Maria Elżbieta Szulikowska
Wydawnictwo: Rafael
Kraków 2023
Ilość stron: 216
Zbliżająca się beatyfikacja Józefa i Wiktorii Ulmów wraz z siódemką dzieci to doskonała okazja do zapoznania się z życiorysami tych, którzy wyprzedzili nas w drodze nie tylko do wieczności, ale też wiecznej chwały. Chociaż Internet obfituje w liczne wiadomości na ich temat, ja jednak wybrałam pozycje wydaną w wersji książkowej. Zachęcona przeczytanymi wcześniej fragmentami biografii "Wiktoria Ulma. Opowieść o miłości" byłam pewna, że będzie to jedna z książek, którą na pewno przeczytam.
Książka przybliża czytelnikowi biografię Wiktorii Ulmy, z domu Niemczyk, kobiety żyjącej w pierwszej połowie XX wieku na jednej ze wsi niedaleko Łańcuta. Autorka sięga w niej do początku życia Wiktorii i jej domu rodzinnego. Wiktoria była jednym z czternastu dzieci Jana i Franciszki Niemczyków, prawie najmłodszym. Jej beztroskie dzieciństwo skończyło się w wieku 6 lat, kiedy podczas porodu ostatniego dziecka zmarła mama. Zresztą noworodek też wkrótce zmarł. Mimo tej ogromnej straty dziewczynka wychowywała się w kochającej, dużej rodzinie, w której wychowanie w miłości, zgodzie i wierze szły ze sobą w parze. Wiktoria uczyła się w miejscowej szkole podstawowej, a kiedy już dorosła, uczęszczała na wykłady w sąsiadującą z Markową Gacią. Udzielała się także w Katolickim Stowarzyszeniu Młodzieży oraz w lokalnym teatrze amatorskim. W 1935 roku poślubiła Józefa Ulmę, miejscowego rolnika. Ze związku tego zrodziło się szóstka dzieci, średnio co 1,5 roku. Podczas drugiej wojny światowej z jednej strony rodzina wiodła spokojne, chociaż biedne życie, a z drugiej, mimo sytuacji materialnej, przyjmowała pod swój dach rodziny Żydowskie, które ukrywali na strychu. Dom znajdował się na uboczu, toteż byłe małe prawdopodobieństwo, że ktoś ich nakryje. A jednak 24 marca 1944 roku do skromnego domku zapukali Niemcy. Bezlitośnie zastrzelili najpierw ukrywających się u Ulmów Żydów, a potem całą rodzinę wraz z dziećmi. Podobno kiedy bliscy weszli do domu po egzekucji, na rozrzucone zdjęcia kapała z sufitu krew zastrzelonych osób.
Maria Szulikowska starała się w miarę wiernie i wyczerpująco opisać postać przyszłej błogosławionej. Pomogły jej w tym rozmowy z ludźmi, którzy ją znali. To, czego się nie dowiedziała, uzupełniła na podstawie własnej wyobraźni, na zasadzie "tak mogło być". Podczas czytania książki na pierwszy rzut oka Wiktoria Ulma może wydawać się zwyczajną kobietą i matką licznej gromadki dzieci, co w tamtych czasach nie było rzadkością. Ale z drugiej strony z książki wyłania się nietuzinkowa postać, pełna ciepła, rozumienia, odwagi. Mimo ciągłej opieki nad dziećmi, Wiktoria znajdywała czas na pracę w sadzie i ogrodzie, nawet była opisana taka historia, w której grad zniszczył jej uprawy. Na początku było jej smutno, ale z czasem uznała, że tak musi być. Była też niezwykle rodzinną osobą, utrzymującą kontakt zarówno ze swoimi krewnymi, jak i powinowatymi ze strony męża. Na licznych zdjęciach widać, że łączą ich niezwykle mocne więzi. Członkowie rodziny są na nich uśmiechnięci i szczęśliwi, aż chce się wierzyć, że z tego spotkania. Zresztą unikatowe zdjęcia wykonane przez Józefa Ulmę są oryginalnym dopełnieniem treści książki.
Książka tak mnie zaciekawiła, że zamówiłam sobie w naszej miejskiej bibliotece pozycje "Markowskie bociany" tej samej autorki, w której zakonnica po raz pierwszy opisała tragiczną historię rodziny Ulmów. Tylko muszę zaczekać, aż ktoś ją zwróci. Zastanawiam się też nad zakupem książeczek dla dzieci, o których wspomniano w wywiadzie opublikowanym w poprzednim wpisie. Na pewno będzie to jakaś baza do tego, aby przekazać historię tej rodziny dzieciom w Oratorium. Chociaż po burzy na temat treści jednego z podręczników do religii to aż nie wiadomo o czym i jak z dziećmi rozmawiać. Co ciekawe, wychowankowie naszego Oratorium od zawsze są zaznajamiani z salezjańskimi świętymi i błogosławieni, a święty Dominik Savio jest jednym z pierwszych, którzy są im przedstawiani. Znają więc jego postanowienia w dniu Pierwszej Komunii Świętej. Są im one też wytłumaczone. I uwierzcie mi, przez 16 lat istnienia placówki ani jedno dziecko nie popełniło samobójstwa, ani raczej nie popadło z tego powodu w depresję. A wręcz przeciwnie, starali się być dla siebie wzajemnie dobrzy, na wzór św. Dominika Savio. I nawet gdyby z tą dobrocią ograniczali się tylko do terenu Oratorium, to i tak byłby sukces. Myślę, że Internet, a zwłaszcza użytkowany w niewłaściwy sposób, niesie za sobą dużo bardziej przygnębiające i nieodpowiednie, niż tenże podręcznik.

Dziękuję za recenzję książki. "Markowskie bociany" są niestety praktycznie niedostępne.
OdpowiedzUsuńBardzo chcę ją przeczytać. Mój pierwszy święty, jakiego poznałam z książeczki z obrazkami to był właśnie Dominik, do dziś pamiętam te piękne obrazki, niestety książeczka nie przetrwała...
OdpowiedzUsuń