Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

wtorek, 19 marca 2024

1890. Ekstremalni studenci

Pierwsza nocna Ekstremalna Droga Krzyżowa odbyła się w 2009 roku i prowadziła z Krakowa do Kalwarii Zebrzydowskiej. Jej pomysłodawcą był ksiądz Jacek Stryczek, którego większość z nas może kojarzyć jako byłego prezesa stowarzyszenia Wiosna (inicjatora akcji Szlachetna Paczka, czy też Akademia Przyszłości). W pierwotnym zamyśle miała na celu rozbudzić w mężczyznach ich męskość. 
Trzy pierwsze edycje odbyły się we wspomnianym Krakowie. W 2012 roku inicjatywa po raz pierwszy "wyszła" poza jego obręb - Ekstremalna Droga Krzyżowa odbyła się również w Gliwicach, a także, co ciekawsze - w Wielkiej Brytanii. Z każdym rokiem EKD osiągała coraz większe zasięgi. Kilka lat temu trafiła też do mojej rodzinnej miejscowości. Nawet ksiądz Boski Oski miał dalekosiężne plany zorganizowania jej przez naszą parafię. Czemu to była kolejna rzecz, która dziwnym zbiegiem okoliczności mu nie wyszła? Mogę się tylko domyślać. Inicjatywę przejęła inna parafia, jak jednak zobaczyłam trasę, to trochę zwątpiłam w swoje siły, chociaż wydaje mi się, że z powodu braku samochodu chodzę dosyć dużo. Ale to jednak 40 km, nocą, samemu, po nieznanym terenie. Na razie nie wykonalne.
Taką alternatywą okazała się o połowę krótsza trasa Ekstremalnej Drogi Krzyżowej organizowanej przez Duszpasterstwo Akademickie, do którego należę, a prowadząca od Wydziału Teologicznego Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach do parafii p.w. Świętego Ducha w Tychach. 19 kilometrów z pozoru nie jest aż tak dużym dystansem (w porównaniu z tym w mojej miejscowości), co nie oznaczało, że i ona nie będzie wymagała od uczestników wysiłku. Wiecie, trochę się zastanawiałam, czy się na nią zapisać, ale po rozważeniu wszelkich za i przeciw, postanowiłam spróbować.
Nie mam pojęcia dlaczego nasza akademicka EKD odbywała się nie dość, że tydzień wcześniej to jeszcze z soboty na niedzielę. Ale chyba nie to jest najważniejsze, a to, że w ogóle się odbyło. I że wzięło w jej udział stosunkowo dużo ludzi. Poprzedziła ją Msza święta w kaplicy Wydziału Teologicznego, po której wykonano pamiątkowe zdjęcie jej uczestników. 
Jak widzicie, rozstrzał wiekowy był dość spory, bo w naszej EDK wzięli udział i rodzice wychowanków Duszpasterstwa, i formujący się w różnych grupach studenci, i ich rodzeństwo. Jeszcze podczas kazania ksiądz Krzysztof przypomniał nam o istocie tego wydarzenia oraz o tym, żebyśmy nie zapomnieli zabrać ze sobą intencji, w jakiej chcemy ofiarować ten nasz wysiłek. Oprócz tego każdy z nas dostał odgórną intencję, o jaką poprosili przyjaciele i sympatycy Duszpasterstwa Akademickiego.
Z Wydziału wyruszyliśmy o 21:00. Tuż przed wyjściem otrzymaliśmy błogosławieństwo na drogę i przypomnienie, abyśmy uważali nie tylko na siebie, ale też na innych. A potem udaliśmy się w niespełna 20-sto kilometrową drogę. W tym roku towarzyszyły nam rozważania napisane przez męską ekipę naszego duszpasterstwa. Ciekawostką jest, że miejsca poszczególnych Stacji nie były nam z góry narzucone i tak naprawdę mogliśmy je odprawić w dowolnym miejscu po drodze. Trasę można było przejść samemu, ale też w niewielkich grupkach. Gdybym znała trasę to pewnie pokonałabym ją sama, ale że ani jej nie znałam, ani nawet nie miałam w telefonie GPS-a to postanowiłam się do kogoś dołączyć. Najpierw trzymałam się podgrupki poruszającej się pod przewodnictwem księdza Krzysia, z którymi dotarłam aż do czytania ósmej Stacji, czyli na około 13 kilometr.
Ale w pewnym momencie zaczęłam słabnąć i stopniowo odłączać się od grupy. Przez pewien czas szłam z rodzicami niektórych członków Duszpasterstwa, którzy też zdecydowali się iść z nami, aż w końcu ostatnie kilometry z dwójką dotąd nieznanych mi osób, które teoretycznie zamykały pochód. Ta końcówka drogi była naprawdę trudna - znać dawało nie tylko zmęczenie dotychczasową trasą, ale i dosłownie ekstremalne warunki. W pewnym momencie zaczęło padać, a niebawem deszcz zamienił się w śnieg. Oczywiście nie była to śnieżyca i zadymka, ale i tak nieźle dawało w kość. Tak bardzo, że po przejściu pierwszego kilometra w Tychach (czyli ok. 17 całości) zupełnie opuściły mnie siły. Dziewczyna, z którą szłam, widząc co się dzieje zaproponowała, że może mnie podwieźć już do tego kościoła, który był na końcu całej trasy - po prostu ma zaparkowany przy znajdującym się nieopodal dworcu kolejowym samochód. Skapitulowałam i zgodziłam się. Może i jestem słaba, ale dla mnie była to kolejna lekcja pokory (a podobno według niektórych czytelników mi jej brakuje). Takie przyznanie się, że jednak nie jestem na tyle silna i nie dam rady czegoś zrobić, a przez to potrzebuję pomocy z zewnątrz. Wiem, że taka postawa jest dzisiaj nie w modzie, bo wszyscy chcemy być postrzegani jako idealne osoby bez skazy, błędów i wad, ale jak to mi raz powiedział Ksiądz Niosący Światło - "nikt nie jest idealny, nawet ja" (to chyba najbardziej pokorny kapłan, jakiego spotkałam).
Przy Domu Katolickim przylegającym do parafii odprawiłyśmy ostatnie dwie stacje, a potem weszłyśmy do środka. W ciepłym wnętrzu już czekali na nas ci, którzy dotarli na miejsce przed nami. Ksiądz Krzysztof wszystkim gratulował pokonania trasy w ekstremalnych warunkach, a także dbał o to, aby każdy z nas dostał kubek z ciepłą herbatą, bo jak przyznał - on sam zmarzł, a jeżeli on zmarzł, to już musi być zimno.
 - No i jak było - wypytywał, bo też się zastanawiał, gdzie jestem i czy jeszcze idę, czy może ma mnie szukać po drodze. Przyznałam mu szczerze, że zabrakło mi trochę drogi, ale dziewczyna, która mnie podwiozła, przyznała że to góra 1,5 kilometra trasy, więc chyba nie jest tak źle. Ciepłej herbaty jednak mnie nie pozbawił. A nawet przyznał, że cieszy się, że z nimi poszłam. Więc chyba zbytnio go nie zawiodłam. Przynajmniej mam takie odczucie.
W salce parafialnej ksiądz Krzysztof zainteresował się, jak mam zamiar wrócić do domu. Powiedziałam mu, że najpierw jakoś dostanę się do Katowic, a potem z Katowic już dam radę dotrzeć do siebie, jakoś.
 - O trzeciej rano? - powiedział z powątpieniem w głosie. A potem stwierdził, że pojadę z nimi, a potem już odwiezie mnie do domu. Oczywiście powiedziała mu, że wystarczy, kiedy podrzuci mnie do Katowic, a potem już sobie przejdę spod kurii na dworzec, no ale się uparł, że jakby nie patrzeć, mam najdalej z nich wszystkich do domu. I jeszcze dodał, że przeze mnie nie będzie mógł spać w nocy. W końcu skapitulowałam. Jeszcze bym go miała na sumieniu. W ostateczności najpierw pojechali mnie odwieźć do DG, a następnie drogą szybkiego ruchu wrócili do Kato. Tym sposobem w domu byłam już o 3:30. Ale i tak było mi głupio, że nadrobili tyle kilometrów. I że ksiądz jeszcze później poszedł spać.
No dobra, może i jestem za słaba na przejście tych 19 kilometrów, ale jak to podsumował ksiądz Krzysztof - on się obawiał że padnę mu najpóźniej po połowie trasy. A jak miałam mu paść i nie wstać, to lepiej, że te 1,5 kilometry podjechałam. I mam się nie martwić, bo i tak jestem "mocarzem", zwłaszcza w sensie duchowym. Tyle sprawnych osób nawet nie odważyłoby się podjąć tego wyzwania... Trochę mnie tym podbudował, ale tylko trochę. Kurcze, jednak należę do tych ludzi, którzy wymagają głównie od siebie. W zamiarze mam więcej chodzić, tak aby w przyszłym roku dać radę przejść całość. Może wreszcie się przełamię (robię to od trzech lat) i poproszę Bacę o to wyjście w góry? Myślę, że nieźle by to wzmocniło moje osłabione mięśnie. No i trzeba wrócić do biegania. Tylko jak to wszystko pogodzić...
A tą naszą dąbrowską trasę EKD też kiedyś przejdę. Tylko może za dnia, tak aby w razie braku sił móc czymś wrócić do domu. I żeby nie potykać się w ciemności o swoje nogi i inne wystające przedmioty. Zresztą ja mam takie szczęście, że potykam się i przewracam nawet wtedy, gdy jest jasno. Aż sama się sobie dziwię, że na tej nocnej nic takiego mi się nie przydarzyło. To znaczy, że po drodze nie runęłam jak długa czy to na chodnik, czy na leśną ścieżkę.
A może już dzisiaj poprosić o pomoc "z góry" samego świętego Józefa, którego wspomnienie dzisiaj obchodzimy? Nawet Krajowe Biuro Organizacyjne Światowych Dni Młodzieży zaproponowało zadanie z tym związane:

30 komentarzy:

  1. Byłam raz z córką na takiej nocnej ekstremalnej Drodze Krzyżowej w okolicach Wrocławia i było to niesamowite przeżycie. Szłyśmy najpierw w grupie, potem w dwójkę a na końcu samotnie. I tę samotną cześć w milczeniu najbardziej sobie cenię i pamiętam. A Tobie Karolinko gratuluję i za wytrwałość i za pokorę i za miłe przyjęcie pomocy. Jak ja lubię robić dobre uczynki! I inni ludzie też lubią.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Taka EDK to naprawdę niesamowite przeżycie. Mnie też najbardziej "uderzyło" to milczenie w drodze. To było coś niesamowitego - takie zajrzenie w głąb siebie. No i brawa dla Ciebie, że też miałaś okazję wziąć udział w czymś takim. Pozdrawiam serdecznie

      Usuń
  2. pokonałaś naprawdę piękny odcinek, brawo Karolinko!
    https://okularnicawkapciach.wordpress.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję. Wydaje mi się, że jak na pierwszy raz to poszło całkiem nieźle, pomimo tego przejechanego 1,5 km. Za rok pójdzie lepiej, muszę tylko dojść do formy. Pozdrawiam

      Usuń
  3. Gratuluję zarówno odwagi jak i pokory 😘
    Ja byłam 3 krotnie na pieszych pielgrzymkach a to 300 km od nas !

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 300 km - też pięknie. Ja staram się każdego roku uczestniczyć w Pieszej Pielgrzymce do Częstochowy. Ale to tylko (albo aż) 83 km. Uczestnictwo w EDK było dla mnie niesamowitym przeżyciem, ale i próbą własnych sił. Pozdrawiam

      Usuń
  4. Gratulacje, moim zdaniem dałaś świetnie radę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :). Oczywiście mogłam się uprzeć i na siłę próbować przejść te 1,5 kilometra, ale istniało ryzyko, że upadnę po drodze i nie wstanę, a tego bym nie chciała. Nie ma co robić z siebie herosa na siłę. Pozdrawiam

      Usuń
  5. Gratuluje, moj siostrzeniec chodził z Krakowa do Kalwarii ,też upadł 2 razy.U nas Droga Krzyżowa ulicami miasta
    Pozdrawiam cieplutko.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z tego co się orientuję to w tym roku też była trasa z Krakowa do Kalwarii Zebrzydowskiej. Tak sobie myślę, że to nie wstyd się przewrócić, nawet kilka razy w ciągu tej drogi (i w ogóle w całym życiu), wstyd jest nie podnieść się i nie iść dalej. Pozdrawiam

      Usuń
  6. Nasz klasztor organizuje takie ekstremalne pielgrzymki.
    Piękne przeżycie- podziwiam ludzi!
    Pozdrawiam kochana:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiele parafii włącza się w tą akcji i pięknie! A co roku ich liczba się powiększa. Pozdrawiam serdecznie

      Usuń
  7. Brawo za wytrwałość !! ;o) I podwójne brawa za rozsądek...♥

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję. Przeszłam tyle, na ile pozwoliły mi możliwości. Był mały żal, że nie doszłam do końca, ale nie da się być dobrym we wszystkim. Może za rok się uda? Pozdrawiam

      Usuń
  8. Ja podziwiam i tak. Wybieram się już od kilku lat na taką ekstremalną drogę krzyżową i wybrać się nie mogę. Uzmysłowiłaś mi, że trzeba się do niej odpowiednio przygotować. Pozdrawiam serdecznie 🤗

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie no, można iść bez przygotowania, ale zdecydowanie lepiej jest wcześniej poćwiczyć, potrenować
      chodzenie na długie odcinki itp. Myślę, że to nie zaszkodzi, a może tylko pomóc. Pozdrawiam

      Usuń
  9. Gratulacje, spory odcinek przeszłaś!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, jak dla mnie te 19 kilometrów było porównywalne z 40 kilometrami standardowej Ekstremalnej Drogi Krzyżowej. Pozdrawiam

      Usuń
  10. Gratuluję :) To naprawdę spory wyczyn :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję. Tak, masz rację - to był niemały wyczyn, szczególnie dla mnie. Pozdrawiam

      Usuń
  11. Stwierdzam stanowczo, że jestem nieekstremalna.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeżeli ma Cię to w jakimś stopniu pocieszyć, to nie jesteś w tym osamotniona. Pozdrawiam

      Usuń
  12. Gratuluję Ci samozaparcia i odwagi.
    Trzeba robić to, co nas w życiu uszczęśliwia :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, to była wbrew pozorom bardzo trudna decyzja. Ale myślę, że podołałam wyzwaniu, pomimo tej podwózki. No, ale nikt nie jest idealny. Pozdrawiam

      Usuń
  13. Witaj, Karolino.

    Gratuluję pięknego dokonania i wytrwałości.
    Powiem, że nie jestem specjalnie zaskoczona, bo - kto, jak nie Ty :)

    Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W zasadzie to nie zrobiłam znowu nic nadzwyczajnego. Wszak bardzo wiele osób bierze udział w tej akcji i przechodzi o wiele większe odległości. A jednak odczuwam radość z tego, że udało mi się przejść chociaż te 17,5 km. Za rok mam nadzieję, że przejdę całość. Pozdrawiam

      Usuń
  14. Gratuluję Karolinko i podziwiam Cię.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Lenko, miło mi to czytać, chociaż zastanawiam się, czy na pewno jest mnie za co podziwiać. Pozdrawiam

      Usuń
  15. Pięknie, że ludzie ofiarowują trud w jakiejś intencji.
    Myślę, że życie niejednego schorowanego człowieka, który łączy swoje cierpienie z męką Chrystusa, jest ekstremalną drogą krzyżową.

    OdpowiedzUsuń
  16. Brawo, Karolinko. Ja nie dałabym rady.

    OdpowiedzUsuń