Po dwóch latach przerwy wróciłam do wolontariatu podczas wrześniowego Festiwalu Maraton Trzech Jezior. Jakiś czas temu napisałam meila do głównego pomysłodawcy, a zarazem organizatora w jednym, Wojtka, z zapytaniem, czy potrzebuje jeszcze jakichś ludzi do pomocy przy całym przedsięwzięciu. W odpowiedzi przeczytałam, że "ja zawsze i wszędzie jestem mile widziana". Żartowniś, ale nie zwlekałam już dłużej i zapisałam się na listę wolontariuszy tym samym wiedząc, że miniony weekend spędzę nie gdzie indziej, jak w malowniczej scenerii Międzybrodzia Bialskiego.
Ekscytacja tym wydarzeniem przerosła nawet emocje związane z Absolutorium, które miało miejsce zaledwie dzień przed moim wyjazdem. W zasadzie zaraz po powrocie do domu zdjęłam z wieszaka mój plecak turystyczny i spakowałam go na następne trzy dni. Oprócz ubrań na zmianę w jego ekwipunku znalazł się też ciepły koc i karimata, wszak nawet nie wiedziałam gdzie będę nocować. Tak obładowana ruszyłam z samego rana w świat.
Moja trasa nie prowadziła jednak bezpośrednio do miejsca docelowego, bo jeszcze tak jakby cofnęłam się do parafii Księdza z Gitarą, aby coś odebrać z zakrystii. Oczywiście plecak większy ode mnie wzbudził sensację, ale też masę pytań o to, co tak właściwie się stało. Nie wiem, może myśleli, że wyrzucono mnie z domu, czy co. W każdym razie po dwudziestu minutach wystrzeliłam z plebanii i pobiegłam na przystanek autobusowy, z którego autobusu dowiózł mnie do stolicy województwa. Następnie przeleciałam na dworzec kolejowy i po krótkim oczekiwaniu zajęłam miejsce w pociągu do B-B. Trwającą przeszło godzinę podróż umilała mi lektura książki "Wojenne siostry. Niezwykłe historie bohaterskich kobiet". Ksiądz-Senior mówił, że mi się spodoba i wcale się nie pomylił.
Na miejsce dotarłam wczesnym popołudniem. Poszłam do szkoły zameldować się że jestem i odebrać pakiet wolontariusza i pakiet startowy biegu na Czupel. I tutaj małe rozczarowanie, ponieważ okazało się, że co prawda zaznaczyłam, że biegnę w zgłoszeniu wolontariackim, ale nie wysłałam zgłoszenia w samym biegu. Brawo ja! Na przyszłość będę wiedziała, że to są dwa osobne zgłoszenia. Przy okazji dostałam klucze do pokoju. Bo wiecie - VIPy nie śpią na salach gimnastycznych.
Zawodnicy biegnący na wspomniany Czupel startowali w interwałach co 10 sekund. Naszym zadaniem było dopingować ich na podbiegu trąbkami i dzwonkami. Mi przypadło to drugie w udziale. I tak przez kilka minut po okolicy rozlegało się dzwonienie i trąbienie przeplatane komentarzami konferansjera. Wbrew pozorom nawet taka praca może zmęczyć człowieka. Po wystartowaniu ostatniego zawodnika usiadłam na jednej z ławek na Placu świętego Ambrożego i delektowałam się widokami. Następnie wraz z innymi wolontariuszami udałam się na kolację, a po niej na szkolenie odnośnie wolontariatu.
W sobotę oddelegowana zostałam na metę w sąsiedniej Porąbce, gdzie znajdowała się meta maratonu i półmaratonu. Na miejsce pojechaliśmy po wystartowaniu biegaczy z maratonu, co miało miejsce o godzinie 8:00. Półmaraton miał start dwie godziny później. Pierwszych finiszerów spodziewaliśmy się około 11:30. Do tego czasu trzeba było przygotować całe zaplecze metowe, czyli przynieść ogromny namiot i poukładać pod nim medale dla obydwóch dystansów biegowych oraz wodę do picia.
![]() |
| Tegoroczny wzór medalu wszystkim bardzo przypadł do gustu |
Zgodnie z przewidywaniami, pierwsi biegacze na mecie pojawili się około godziny 11:30. Tak naprawdę pierwsi biegacze byli zwiastunami tego, że wkrótce pojawią się kolejni i kolejni. I tak też się stało. Przez kolejnych sześć godzin co róż jakiś (pół) maratończyk lub (pół) maratonka pojawiali się na ścieżce po prawej stronie po to, aby po chwili triumfalnie wbiec po żółtym dywanie na metę. Już na wspomnianej ścieżce wypatrywało się koloru numerku startowego, po którym wiedziało się, czy jest to maratończyk (szary), czy półmaratończyk (niebieski).
Na strefie medalowej była nas trójka ludzi. Szczerze powiedziawszy to dla mnie optymalna ilość - spokojnie wyrabialiśmy pod względem przepustowości, a też nie wchodziliśmy sobie wzajemnie w drogę. Dwie dodatkowe osoby dają ten komfort, że można było spokojnie iść do toalety, coś zjeść, czy choćby odpocząć w tym momencie, kiedy przez chwilę nikt nie przybiegał na mecie.
Pogoda dopisywała, chociaż w cieniu rzucanym przez liście drzew dał się odczuwać lekki chłodek. Stąd też widoczna na zdjęciach bluza, w którą byłam odziana. Jednak to nie było ważne, aby dla mnie była odpowiednia temperatura, to biegaczom miało się dobrze biec w bieżących warunkach pogodowych. Na szczęście obyło się bez większych kontuzji. Ale i trasa, chociaż prowadząca w większości po górach, nie była jakoś specjalnie niebezpieczna.
Po przybiegnięciu na metę ostatniego biegacza, około godziny 18:15, powoli zwijaliśmy stanowisko metowe na rzecz sceny, gdzie odbyła się ceremonia dekoracyjna najlepszych biegaczy i biegaczek w kategorii "open" oraz w poszczególnych kategoriach biegowych. Przy okazji wolontariusze otrzymali bezalkoholowe piwa firmy "Mirosław", głównego sponsora biegu, które nie zostały rozdane zawodnikom. Można więc powiedzieć, że mój czwartkowy sukces (odebranie listu gratulacyjnego ukończenia studiów) opijałam w nieco niecodzienny sposób, i to jeszcze w gronie dobrych znajomych.
Niedziela była ostatnim dniem festiwalu biegowego. Na ten dzień przewidziano tylko jeden bieg - 17-sto kilometrowy bieg Szlakiem Wołońskich Pasterzy nawiązujący do lokalnej tradycji wypasu owiec i baranów. Ten bieg rozpoczynał się o godzinie 9:30 i ponownie miał 4 godzinny limit czasu na jego pokonanie. Można powiedzieć, że tradycyjnie obstawiałam strefę mety i wręczałam medale tym, którzy na niej się pojawili. Na szczęście nie byłam sama, bo pracy było bez liku.
Ktoś mógłby powiedzieć, że jest to w zasadzie nudne i monotonne zajęcie. Ale ja tego tak nie odbieram. Bo za każdym z biegaczy jest osobna historia biegu, inny trud wniesiony w pokonanie trasy, w końcu inny charakter i osobowość. Jedni wpadali na metę szczęśliwi, doskakiwali do zawieszonego w bramie dzwonu, rzucali się w objęcia, przybijali "piąteczki" i "żółwiki". Inni przybiegali bez cienia emocji, jakby nic się nie stało, jakby byli po spacerze. Na jednych i na drugich czekał uśmiech, gratulacje oraz oczywiście w pełni zasłużony medal.
Nawet za bardzo nie wiem, kiedy na metę przybiegł ostatni z biegaczy. Wszystko działo się w takim tempie, że trudno było się zorientować. I tak właściwie, to gdyby nie obsługa zamykająca bieg, to pewnie bym się nie spostrzegła. A więc możecie sobie wyobrazić emocje, jakie temu towarzyszyły.
Po zakończeniu imprezy trochę pomogłam w porządkowaniu terenu. Najlepszy moment? Zdecydowanie kiedy Baca podpuścił mnie, abym rzuciła się na balon i w ten sposób pomogła w spuszczeniu z niego powietrza. Problem polegał na tym, że tam było go stosunkowo mało i skończyło się tym, że runęłam w dół. Przynajmniej było śmiesznie.
Tak się też zgadałam, że udało mi się załatwić podwózkę aż do Tych(ów). Żyć nie umierać! Dlatego trochę wcześniej urwałam się z podsumowania. Ale to nic, grunt, że byłam w najważniejszych momentach. I chyba widzimy się za rok... Nie no, na pewno widzimy się za rok. Tym bardziej, że już umówiłam się z Bacą na bieg na Czupel.





.jpg)












Kolejna wartościowa historia! Sport, liturgia, postacie świętych, studia, praca i wolontariat często są tematami Twoich postów. Masz bardzo bogate życie. Do tego trzeba mieć serce! To musi być wspaniałe uczucie, gdy witasz kogoś na mecie po wyczerpującym wyścigu.
OdpowiedzUsuńTyle w Tobie zapału i zaangażowania! Naprawdę podziwiam!