Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

poniedziałek, 14 września 2026

2437. Niewybuchowe eksperymenty

Eksperymentalnie przyszłam dzisiaj wcześniej na trening lekkoatletyczny, po to, aby wcześniej z niego wyjść i podjechać na wieczorny Krąg Biblijny. Co prawda wystartował in już tydzień temu, ale wtedy miałam też pierwszy trening, na którym chciałam być, aby dowiedzieć się, jakie są plany na ten rok. Przy okazji umówiłam się z Trenerem, że będę przychodziła wcześniej i wcześniej wychodziła. Jakoś trzeba sobie radzić.
Wyszło też to, że autobus relacji Katowice-Siewierz przyjeżdża na przystanek w Będzinie sporo później niż podaje rozkład jazdy (pewnie skutek korków w Kato i Sosnowcu) a więc mogłabym zostawać na treningach jakieś 5 minut dłużej. Te 5 minut daje mi jakieś 3 przebieżki 100 metrowe, albo jedną 200 metrową i więcej. Albo 5 minut czasu na przebranie się w inne ubrania. To tak, jakby ktoś nie widział sensu i myślał, że co to za  różnica - 5 minut więcej, albo mniej. 
Na przystanku autobusowym wsiadłam do odpowiedniego autobusu, zajęłam odpowiednie miejsce, po czym wyciągnęłam z plecaka książkę ("Córka Robrojka" Musierowicz z cyklu "Jeżycjada"). Lwią jej część przeczytałam już wcześniej w drodze do i z pracy. Teraz musiałam ją doczytać. Wróć, nie musiałam - chciałam. Część "Jeżycjady" przeczytałam w 2003 albo 2004 roku przygotowując się do konkursu szkolnego z jej znajomości. Teraz postanowiłam zapoznać się z całą serią, przy okazji przypominając sobie treść tych części, które już przeczytałam te dwadzieścia parę lat temu. 
Oprócz "Córki Robrojka" w plecaku miałam też kieszonkowe wydanie wszystkich czterech Ewangelii z cyklu "Niedzieli". Rok temu spotkania Kręgu oscylowały wokół Ewangelii św. Jana, której jednak nie dokończyliśmy. Na logikę powinniśmy ją kontynuować, ale nigdy nie wiadomo, co też Ksiądz sobie ubzdura.
Na spotkanie ciut się spóźniłam, co było jednak do przewidzenia. Po drodze jeszcze napisałam SMSa do koordynatorki "Rafałków" z zapytaniem co do spotkania prowincji, o którym Wam pisałam. No jakoś mi to nie dawało spokoju. Na schodach prowadzących do salki wspólnotowej nacisnęłam "wyślij" i weszłam do środka.
Ksiądz z Gitarą wygłaszał akurat swoje "Gorzkie Żale" na temat ucięcia w szkole godzin z religii oraz uczestnictwa dzieci w niedzielnej Mszy świętej. Nie wiem, jeżeli myślał, że jako proboszcz zbawi świat od tak, to trochę się przeliczył. Nie od razu Kraków zbudowano. Moje przybycie wywołało ogólne poruszenie, wszak wszyscy wiedzą, że muszę trochę przebyć drogi, aby do nich dotrzeć. Od razu ktoś zrobił mii herbaty, ktoś inny pomógł mi ściągnąć polar, pani H. powiedziała, że mam obok niej usiąść, ksiądz aż na chwilę przerwał swoje wywody... I pomyśleć, że weszłam całkiem spokojnie do środka. Chwilę później zadzwoniła do mnie koordynatorka "Rafałków" z informacjami odnośnie spotkania. Z wrażenia musiałam na chwilę odpocząć.
A tymczasem ksiądz zaczął faktyczne spotkanie, które opierało się na fragmencie Ewangelii św. Jana opowiadającym o komentarzu Jezusa do wygłoszonej wcześniej mowy. Zapowiadał w nim swoje zmartwychwstanie i to, że wielu ludzi, w tym apostołowie, będą dziwić się temu zjawisku. Ostrzegł też apostołów, że wśród nich jest jeden, który go zdradzi, nie wskazując jednak konkretnie na Judasza. A potem sobie omawialiśmy go kolejno, zdanie po zdaniu. To znaczy głównie ksiądz komentował, a myśmy grzecznie słuchali. Chociaż nie powiem, tu i ówdzie wtrąciłam swoje trzy grosze przemyśleń. I tak przez godzinę. Trochę mnie wymęczył intelektualnie, ale to jest takie pozytywne zmęczenie. A na koniec ksiądz w ogóle miał jakiś odruch miłosierdzia, bo jak gdyby nigdy nic wyraził zainteresowanie tym, w jaki sposób wrócę do domu. Jakaś odmiana po ostatnim ciągłym "warczeniu" na mnie. Ale spokojnie, miałam ostatni autobus jadący w moim kierunku i jeszcze trochę czasu do jego odjazdu.
Czyli wychodzi na to, że kolejny rok będziemy zmagać się z Ewangelią wg św. Jana. Też dobrze, według jednego z wykładowców na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Śląskiego (no dobrze, według mojego ulubionego Księdza który będzie błogosławionym) jest to najbardziej dojrzała, najbardziej teologiczna, ale też najtrudniejsza ze wszystkich Ewangelii. Może interpretacja inna niż podczas kazań i homilii sprawi, że będę ją lepiej rozumieć? Inna sprawa, że tak głupio kończyć omawianie Ewangelii w 1/5 tekstu. Przynajmniej według mnie. Eee, myślę że jakoś to połączę. Najwyżej opuszczę kilka spotkań Kręgu, ale czy coś wielkiego się przez to stanie? Co najwyżej będę ciut z tyłu za wszystkimi. 

niedziela, 13 września 2026

2436. Film wymykający się spod praw biologii i fizyki

 

Nie jestem w stanie powiedzieć przez jaki okres czasu "polowałam" na dogodny moment, aby obejrzeć film "Wiek Adeline" w telewizji. Co prawda leciał już kilkakrotnie, ale jakoś termin emisji nie mógł się zgrać z moimi życiowymi planami. Jednak kiedy zobaczyłam, że w miniony weekend zostanie on wyemitowany na TVNie, to zdecydowałam, że choćbym nie wiem jak była zmęczona dniem, to zmobilizuję się i w końcu go obejrzę. Bo historia jaką opowiada jest naprawdę niezwykła.
Film opowiada historię Adeline, młodej kobiety, wdowy wychowującej sześcioletnią córeczkę Flemming. Pewnego wieczoru, kiedy wracała samochodem przez zaśnieżone ulice, straciła panowanie nad kierownicą i wpadła do zimnej rzeki. Na chwilę zanikły jej funkcje życiowe, jednak w samochód uderzył piorun, który podziałał niczym dzisiejszy defibrylator. Adelina wskótek tych zdarzeń przeżyła, ale co ważniejsze, jej organizm przestał się starzeć. Nikt nie potrafiłł jej odpowiedzieć dlaczego tak się stało, a ona sama stała się obiektemm zainteresowania władz i naukowców. Musiała zmienić tożsamość, a także miejsce zamieszkania. Nie zerwała jednak kontaktów z córką (która w przeciwieństwie do niej uległa upływowi czasu). Pewnego razu Adeleine spotkała mężczyznę, w którym zakochała się ze wzajemnością. Czy jej wyjątkowość okaże się przeszkodą w tej relacji?
Bardzo mi się podoba koncepcja filmu, gdzie na pierwszy plan wysunął się temat nieśmiertelności i tego, w jaki sposób do niej dojść. W przypadku Adeline na skutek wypadku zostało zahamowane skracanie się naturalnych nici DNA. Nić nie ulegała zmniejszeniu, a więc i w naturalny sposób proces starzenia się organizmu został zahamowany i Adeline cały czas, przez kilkadziesiąt lat, miała te dwadzieścia kilka lat. Nie wiem, na ile jest to rzeczywiście możliwe, nie jestem ani biologiem, ani tym bardziej medykiem. Jednak sam pomysł wydaje się nowatorski, chociaż nie do końca etyczne. Bo podejrzewam, że wiązałoby się to z ingerencją w ludzki genotyp. A przy okazji "naprawienia" tego ewenementu można by zniszczyć kilka innych. Czy to ma sens? Odpowiedzcie sobie sami na to pytanie.

sobota, 12 września 2026

2435. "Dominki-bis" też wystartowały

 W tym roku tak się dobrze złożyło, że spotkania inaugurujące kolejny rok formacyjny w wadowickiej i jaworznickiej wspólnocie "WiŚ": miały miejsce tydzień po tygodniu, a więc mogłam na spokojnie wziąć udział i w jednym, i w drugiej. A nawet upiec coś słodkiego (po trochu to było moje ciasto urodzinowe) do zjedzenia na drugie ze spotkań. Tym razem debiutowałam "cyganką" upieczoną według przepisu z tej strony. Znowu była nutka niepewności, czy wszystko wyjdzie tak jak ma być, ale poza trochę krzywym biszkoptem (czego pewnie nikt nie zauważył) chyba było ok. Tym bardziej, że jedyne recenzję, jakie zebrałam to "niebo w gębie", "prosimy o więcej". Miło mi, ja nie mogę jeść takich ciast, niech chociaż inni mają radochę.
Pewnym wyzwaniem logistycznym było przewiezienie ciasta do J-na komunikacją miejską, ale przecież dla chcącego nic trudnego. A uśmiechy na twarzach zrekonpensowoały mi wszelakie trudy tego przedsięwzięcia.
Spotkanie "Dominków-bis" zaczęło się tradycyjnie o godzinie 15:00. Jak w większości przypadków, także i teraz, rozpoczęła je Mszą święta w podziemiach jaworznickiej kolegiaty. Co prawda nie została ona odprawiona przez nowego kapelana naszej wspólnoty, który w tym samym czasie udzielał ślubu w "górnym kościele", ale był poprzedni i też było dobrze. W ramach kazania przybliżył nam etapy przebaczania innym ludziom, ale też sobie samym (to tak w nawiązaniu do tego, ile razy mamy przebaczyć drugiemu człowiekowi). A po Mszy podziękował pani Kubusi i mnie za posługiwanie przy ołtarzu. 
Po zakończonym nabożeństwie udaliśmy się do salki katechetycznej, gdzie świętowaliśmy urodziny i imieniny wrześniowych jubilatów. A, że jedna osoba kończyła 35 lat, czyli miała okrągły jubileusz, to świętowanie nabrało jeszcze bardziej uroczystego charakteru. Przybył też nowy chętny do wstąpienia do naszej wspólnoty, co wszystkich bardzo ucieszyło. 
Po części przeznaczonej na świętowanie i rozmowy (znowu głupiałyśmy z Roxi, jak na obozie) przyszedł czas na część formacyjną. A ponieważ zeszyty formacyjne jeszcze nie dotarły, poświęciliśmy ją na wspomnienia z naszego obozu wspólnotowego i w ogóle z wakacji. Tym, którzy nie byli, opowiedzieliśmy jak było i co robiliśmy, była też prezentacja miltimedialna ze zdjęciami z tych 9 dni. Z kolei te osoby, kktóre nie pojechały na obóz opowiedziały, co one robiły podczas wakacji tak, aby i ich nie wykluczać z zabawy. Zaśpiewaliśmy też wspólnotową piosenkę, którą tak polubiliśmy na obozie.
W sumie szybko zleciały nam te trzy planowe godziny przeznaczone na spotkanie. Miło było zobaczyć znajomych ludzi. Z niektórymi nie widzieliśmy się miesiąc, a z innymi od czerwca, albo i dłużej. Jedyne co mnie zastanawia to to, że koordynator nie wspomniał nic o spotkaniu w Bielsku-Białej pod koniec września. Wiecie, zaczynam się zastanawiać, czy ono faktycznie jest dla wszystkich, czy tylko dla rady prowincji i koordynatorów. Najwyżej zadzwonię do koordynatorki "Rafałków" i się dopytam jak to jest.

piątek, 11 września 2026

2434. Ćwierć wieku od dnia, gdy świat wstrzymał oddech

źródło zdjęcia
Czas szybko leci. Czasami mam wrażenia, że zbyt szybko. Kiedy rano spojrzałam w kalendarz i zdałam sobie sprawę z tego, że minęło 25 lat od zamachów w Stanach Zjednoczonych. Jak wiemy z różnych źródeł, celem trzech z czterech porwanych przez terrorystów z Al-Kaidy samolotów były dwa wieżowce World Trade Center w Nowym Jorku oraz budynek Pentagonu w hrabstwie Arlington w stanie Wirginia. Jaki był cel lotu czwartego z porwanych samolotów do dzisiaj nie udało się w 100% ustalić. Pozostawmy to może tajemnicy, jaką zabrali za sobą znajdujący się na jego pokładzie terroryści.
Kilka miesięcy wcześniej miałam dziwny sen. Mimo, że minęło ćwierć wieku pamiętam go bardzo wyraźnie. Z okien mojego pokoju widać było wieżowiec znajdujący się naprzeciwko mojego bloku. W moim śnie pewnego dosyć pogodnego dnia uderzył w niego samolot. To było absurdalne i mało logiczne, ponieważ nie wiem na jakiej wysokości musiałby on lecieć. Ale może ten szczegół sprawił, że sen ten utkwił mi tak bardzo w pamięci. A potem ten wieżowiec się przewrócił. Też wbrew logice, bo wyglądało to tak, jakby ktoś go "kopnął" i runął nie w głąb siebie, jak wieże, ale dosłownie się wywrócił. Pamiętam ludzi stojących na dachu i wzywających pomocy oraz skaczących z tego dachu. Wyglądało to jak film, ale wtedy, 11 września, owy film zamienił miejsce z realnością.
Dziś, 25 lat później wiem, że to wszystko stało się za wcześnie w moim życiu, że był to kolejny, po śmierci księdza Józefa Tischnera oraz tragedii "Kurska" etap dojrzewania do brutalnej rzeczywistości. Wiem, że zabrało mi to kilka miesięcy dzieciństwa. Potem przez kolejnen miesiące wracały do mnie widziane w telewizji obrazy walących się wież i płonącego budynku Pentagonu. Wracały w rysunkach, nawiązaniach w opowiadaniach. Nawet w zabawach. Aż w końcu mi ta szewska pasja minęła, chociaż pamiętam jak wielkie wrażenie zrobił na mnie film "World Trade Center" z 2006 roku, na który poszliśmy ze znajomymi do kina.
Teraz w zasadzie temat ten tak bardzo do mnie nie wraca. No, może czasami, kiedy w internecie znajdę informacje odnośnie tego dnia. Albo kiedy przypada kolejna rocznica zamachu. Mam świadomość, że od tamtego dnia wiele się zmieniło w podejściu ludzkości do otaczającego świata. Staliśmy się nieufni, ale też bardziej czujni, szczwególnie na początku tego całebgo wariactwa. Wiadomo było, że już nic nie będzie takie, jak wcześnieij. I że sprawdziło się powiedzenie, że człowiek człowiekowi wilkiem.
I wiecie, chyba nie byłabym sobą, gdybym nie wykorzystała tej smutnej i w zasadzie niepotrzebnej rocznicy nie wykorzystała do przeczytania jakiejś książki na ten temat. Tą po lewej wypożyczyłam z Biblioteki Śląskiej, tej po prawej akurat nie było na stanie, ponieważ ktoś ją już wypożyczył, ale będę miała ją na uwadze. Tym bardziej, że czytałam jej fragmenty w internecie, i może nie to, że mi się spodobały, bo myślę, że to nie jest odpowiednie słowo, ale przemówiła do mnie. Jestem ciekawa całości, chociaż objętość może trochę przerażać. Ta po lewej stronie w zasadzie mi się podoba - pokazuje co się działo w wieżach zaraz po udarzenia w nie samolotów. Zawiera bezpośrednie relacje świadków zdarzenia, a dynamika ich opowieści nie zmniejszyła się pomimo upływu czasu. Dobrze się ją czyta, a to jest w sumie ważne dla mnie.
25 lat? A dla mnie to tak, jakby się to działo przed chwilą.

czwartek, 10 września 2026

2433. Niewymierne dziedzictwo

Już chyba zawsze będę chylić czoła przed dziedzictwem kulturowym, jakie pozostawił po sobie Lwów. Myślę, że chyba każdy z nas słyszał słowa piosenki: "Bo gdzie jeszcze ludziom tak dobrze jak tu - tylko we Lwowie". Im bardziej się wgłębiam w historię tego miasta, tym bardziej dostrzegam sens tych prostych słów. To z kolei też nie jest takie trudne - wystarczy przypomnieć, że moja praca licencjacka z pedagogiki dotyczyła treści kazań św. Józefa Bińczewskiego, biskupa Lwowa. W samym mieście też miałam okazję być w 2017 roku. Zrobiło na mnie wrażenie, które jednak przyćmił niesmak związany z samą jego organizacją. Pomimo tego, że miasto od 80 lat nie leży w granicach naszego państwa, to polski duch wieje tam na każdej ulicy i w każdym budynku. 
Z twórczością Beaty Kost miałam już okazję zetknąć się kilka miesięcy temu za sprawą książki "Kobiety ze Lwowa". Jakoś mi wtedy umknęło, że w wirtualnej biblioteczce książek do przeczytania mam inną pozycję tej autorki - "Album lwowski". Postanowiłam i po nią sięgnąć, z powódek przedstawionych powyżej. Szczerze powiedziawszy spodziewałam się czytelniczego spacerku po Lwowie, a tymczasem dostałam kolejną dawkę życiorysów osób związanych z tym miastem. I po raz kolejny się przekonałam, jak wiele cudownych i mądrych ludzi żyło kiedyś we Lwowie. 

Tytuł: "Album lwowski"
Autor: Beata Kost
Wydawnictwo: Most
Warszawa 2016
Liczba stron: 224

Myślę, że nie jest dla nikogo zaskoczeniem stwierdzenie, że w okresie zaborów Lwów był jednym z tych miast, w których Polacy mieli szansę na rozwinięcie swoich horyzontów w różnych aspektach życia. Bo chociaż zamieszkiwali go i Ukraińcy i Żydzi, to jednak wydaje się, że to Polacy najbardziej przyczynili się do rozwoju w nim i kultury i nauki. O wielu takich napędzaczach napisała Beata Kost w swojej książce zatytułowanej "Album lwowski".
Na 224 kartach książki znajdziemy przedstawienie 31 sylwetek ludzi żyjących w XIX oraz na początku XX wieku we Lwowie, którzy w jakimś stopniu wpisali się w historię narodu polskiego. Wśród nich znajdziemy działaczy politycznych, nauczycieli, wynalazców, muzyków, literatów, czy też nauczycieli wszystkich szczebli. Biografie są krótkie, ale treściwe, zawierają wiele ciekawostek na temat przedstawionych postaci. I pokazują, jak piękną historię ma owo galicyjskie miasto.
Czytając "Album lwowski" można bez wychodzenia z domu przenieść się w miejscu i w czasie. Wybór postaci, myślę, że nieprzypadkowy, pokazuje nam przekrój społeczeństwa we Lwowie w XIX wieku. Poszczególne sylwetki zostały ubogacone ilustracjami miejsc z nimi związanymi oraz rycinami z gazet na ich temat. Pomaga to czytelnikowi w wyobrażeniu sobie realiów warunków, w jakich oni żyli i jeszcze większego docenienia wkładu, jakie te osoby wniosły w rozwój polskiej kultury i nauki.