Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

piątek, 26 grudnia 2014

Kiedy raj zamienia się w piekło...

Każdy z nas marzy o wyjeździe w ciepłe kraje, poopalanie się na plaży, kąpiel w morzu. Ludzie, którzy zginęli dziesięć lat temu po przejściu potężnej fali tsunami w rejonie wysp Indonezyjskich też pewnie o tym marzyli. Ci, którzy mieszkali na nich na stałe pewnie cieszyli się, że będą mieli niezłą szansę na zarobek. Co prawda w tamtych regionach chrześcijaństwo wyznaje stosunkowo niewielka liczba mieszkańców, jednak większość wypoczywających na bajecznych plażach przyleciała na wyspy, aby w przyjemny sposób spędzić zarówno okres świąteczny, jak i zbliżający się Nowy Rok. Wyobrażacie sobie patrzeć na kolorowe fajerwerki w otoczeniu palm? To musiałby być cudowny widok. Pewnie ludzie wybierający się w tamtym czasie na wypoczynek na wyspy też tak myśleli. I do swoich walizek oprócz sprzętów do nurkowania zabrali też sztuczne ognie. Bo przecież nie mieli pewności, że dostaną je na miejscu. Czy spodziewali się wtedy, że wielu z nich w tym raju na ziemi straci życie? Pewnie nie.

Był drugi dzień świąt, kiedy świat dowiedział się o potężnej fali tsunami, która przetoczyła się przez Indonezję, Sri Lankę, Indie, Tajlandię, Malediwy, Somalię, Birmę oraz Malezję. Telewizja pokazywała przerażające obrazy przedstawiające ogrom zniszczeń, jakich dokonał potężny żywioł. Przez kilka kolejnych dni dochodziły do nas informacje o zastraszającej liczbie ofiar, które utonęły pod wodą - zarówno wczasowiczów, jak i mieszkańców miast zalanych przez wodę. Straszliwy żywioł nie wybierał - ginęli bogaci właściciele zagranicznych firm oraz biedni rybacy w przybrzeżnych portach. Zwierzęta kilka dni wcześniej instynktownie uciekły w głąb lądu. Ludzie nie mają jednak tak rozbudowanej intuicji i nawet kiedy morze cofnęło się aż po horyzont, nie wszyscy wzięli to za zły omen. Statystyka jest straszna - zginęło ponad 200000 osób, tożsamości wielu z nich do dzisiaj nie udało się ustalić. Byli chowani w zbiorowych mogiłach, najczęściej w pośpiechu z obawy przed wybuchem epidemii. 

Bardzo często zastanawiałam się w tamtym czasie co by było, gdybym znalazła się wtedy w epicentrum wydarzeń. Żyję co prawda w Polsce, ale równie dobrze mogłam urodzić się w którymś z krajów nawiedzonych przez falę. Albo pojechać z rodzicami tam na wakacje. Czy też zginęłabym jak niejeden mój rówieśnik? Czy może udałoby mi się przetrwać?

I na koniec jeszcze teledysk, który promował akcję pomocy ofiarom tamtego zdarzenia.

1 komentarz:

  1. Generalnie życie kończy się śmiercią, więc wyprawa na Pacyfik w zasadzie wcale nie jest konieczna :).

    OdpowiedzUsuń