Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

wtorek, 23 grudnia 2014

Syropek, którego nie da się pić

Poprosiłam tatę o w niedzielę zakup jakiegoś syropu na mój kaszel, który miałam odebrać po powrocie z wieczornej Mszy świętej połączonej z rekolekcjami adwentowymi. Oczywiście tata zna całą litanię substancji, po których mogę mieć objawy alergiczne, skonsultował je z farmaceutą(przynajmniej chcę w to wierzyć) i kupił syrop o smaku imbiru i miodu. Zestawienie trochę dla mnie za ostre, bo po pierwszym wypiciu zrobił mi się odruch wymiotny, ale z każdą następną dawką jest coraz lepiej. Jednak nie chciałam dzisiaj napisać o mojej reakcji na jego smak, chociaż pasowała by do tematu notatki, ale o niepozornej na pierwszy rzut oka zakrętce od buteleczki. Producent wymyślił sobie zabezpieczenie przed dziećmi polegające na tym, że aby otworzyć medykament, trzeba docisnąć zakrętkę do dołu i dopiero wtedy trzeba kręcić. W przeciwnym razie gwint jedynie przeskakuje. Jak się szybko okazało zakrętka jest idealnym zabezpieczeniem nie tylko przed małymi dziećmi, ale i osobami z obniżoną sprawnością rąk, na przykład takich jak ja. Od niedzieli, czyli przez okres w którym piję syrop, udało mi się go samodzielnie otworzyć może z trzy razy. A wedle ulotki powinno się go zażywać co cztery godziny. Niby wszystko robię prawidłowo, a jednak siła w moich dłoniach nie zawsze jest wystarczająco duża, aby zrobić tak prozaiczną czynność. Na szczęście w mieszkaniu obok mieszka sympatyczna osiemnastolatka, której aktualnie pomagam przygotować się do matury z matematyki. Kilka razy poprosiłam ją o pomoc i nigdy mi nie odmówiła. Jak to dobrze mieć życzliwe osoby, które bezinteresownie spieszą z pomocą innym. A dzisiaj na rynku spotkałam się z panią E., która była opiekunką mojej grupy, kiedy byłam w 3 klasie szkoły podstawowej. Czyli 16 lat temu. Ostatni raz widziałyśmy się w czerwcu 2006 roku, kiedy kończyłam gimnazjum. I po tych wszystkich latach mnie rozpoznała :). Zrobiło mi się niezmiernie miło, ponieważ bardzo ją lubiłam. Chwilę pogadałyśmy, wymieniliśmy się życzeniami świątecznymi. Ech, szkoda że tak rzadko spotykam niezwykłe osoby z mojego pierwszego etapu szkoły. Tak bym chciała jeszcze kiedyś spotkać panią B., która nie tylko odkryła we mnie smykałkę do matematyki, ale i pielęgnowała go. Czy mi się to uda? Nie mam pojęcia.

Mak zmielony, uszka ulepione(myślałam, że szlak mnie w pewnej chwili trafi, kiedy zlepiałam maciupeńkie pieżożynki). Jutro tylko trzeba rano iść na ostatnie roraty, potem ubrać choinkę i trzy dni świąt będzie można zacząć.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz