Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

wtorek, 6 października 2015

O historii, która zatoczyła koło

Pamiętam jak całkowicie rozpoczynałam swoją przygodę ze studiami. Nie mogłam się wtedy doczekać dnia inauguracji roku akademickiego 2009/2010. Dlaczego? Ponieważ cały czas powtarzano nam, że tego dnia zostaniemy oficjalnie włączeni w poczet studentów Akademii Wychowania Fizycznego w Katowicach. Wtedy uroczystość została zaplanowana na piątek, 23 października. Jednak ku mojemu zaskoczeniu miała się ona odbyć nie w Katowicach, ale w teatrze w Zabrzu, gdzie mieścił się zamiejscowy oddział uczelni. A to oznaczało dla mnie ponowny sprawdzian samodzielności i zaradności. Bo o ile Katowice jako tako znałam i wiedziałam czego gdzie szukać, o tyle Zabrze było dla mnie nieznanym miastem. Sytuacja była o tyle skomplikowana, że żaden z rodziców nie mógł ze mną podjechać. A więc człowieku radź sobie sam pomimo wszelkich swoich ograniczeń od werbalnych zaczynając, a na ruchowych kończąc. Kilka dni wcześniej uzgodniłam z rodzicami, że pojadę pociągiem, ponieważ tylko tak mogę bezpośrednio dotrzeć na miejsce. Jadąc autobusami, chociaż za darmo, musiałabym dwa razy się przesiadać. Sprawdziliśmy też drogę, jaką musiałam pokonać z dworca kolejowego do teatru. Starałam się zapamiętać poszczególne ulice, aby potem jakoś się według nich kierować. Całą noc poprzedzającą inaugurację nie spałam, zastanawiając się, jak to będzie. Pamiętałam ślubowanie z poszczególnych etapów edukacyjnych, ale przecież studia de facto nie są obowiązkowe. Mimo tego rozmyślania, rano nie czułam się zmęczona. Wręcz przeciwnie. Rodzice w prezencie urodzinowym kupili mi taki śliczny, stalowy kostium, w którym pierwszy raz się prezentowałam. Pasował na mnie jak ulał. Z mieszkania wyszłam przed czasem. Miałam obawy czy w kasie biletowej zrozumieją to co mówię - zrozumieli. Pamiętam, jak jadąc pociągiem siedziałam obok germanistki, która sprawdzała sprawdziany swoich uczniów. W samym Zabrzu szłam przed siebie z duszą na ramieniu. Na szczęście udało mi się dojść na miejsce bez większych przygód. Z samej uroczystości niewiele pamiętam: prezentację multimedialną poświęconą Jerzemu Kukuczce - patronowi AWFu w Katowicach, ślubowanie, ukłon w moją stronę wykładowcy z historii gospodarczej, pogadankę o projekcie "Z hałdy w Himalaje", nastrojowe światło, a nade wszystko wykład inauguracyjny, uwaga, uwaga, Justyny Kowalczyk, która kilka miesięcy później zdobyła złoto na Zimowych Igrzyskach Olimpijskich w Vancouver. Z uroczystości wyszłam z przeświadczeniem, że muszę zrobić wszystko, aby nie zmarnować danej mi przez los szansy. W tej intencji modliłam się wieczorem w moim kościele, podczas nabożeństwa różańcowego.

Życie pisze różne scenariusze. Czy wtedy podejrzewałam, że po sześciu latach ponownie wyląduję na AWFie, z tym, że w Krakowie. Owszem, początkowo miałam plany po uzyskaniu tytułu licencjata przenieść się na studia magisterskie do Krakowa, jednak nie myślałam o tym na poważnie(kto na pierwszym roku studiów myśli o tym, co będzie za kilka lat?), a potem otworzyli w Katowicach studia magisterskie z turystyki i rekreacji i to na nie ostatecznie złożyłam papiery, zresztą dostałam się na nie już w pierwszym podejściu. Niestety, ten wybór nie okazał się szczęśliwy. Postanowiłam jednak się nie poddawać i ponownie spróbować swoich sił na tym kierunku, tym razem w Krakowie. Udało się - od tygodnia uczęszczam na zajęcie na krakowskim AWFie. A dzisiaj odbyła się uroczystość rozpoczęcia roku akademickiego 2015/2016. Tym razem rzecz się działa w auli uczelnianej. Niewielkiej, toteż wiele osób po prostu stało. Przyciemnione światło dawało wrażenie tajemniczości. Siedziałam sobie w jednym z najwyższych rzędów i tak jak sześć lat temu, wytrzeszczałam oczy z ciekawości. Jedyna różnica pomiędzy tymi dwoma wydarzeniami była taka, że przed inauguracją byłam na PACie na zajęciach z języka łacińskiego. Tymczasem na scenie pojawił się uczelniany Senat, z rektorem, Andrzejem Klimkiem na czele. Ponieważ jego kadencja w tej funkcji dobiega do końca, cała uroczystość rozpoczęła się od powitania przybyłych gości, a następnie podsumowań. Otóż okazało się, że AWF w Krakowie jest najlepszą uczelnią tego typu w Polsce. Znacznie poprawiły się wyniki zawodników, sama uczelnia wybiła się na czołówkę w wszelkich rozgrywkach sportowych. Poza tym dokonano masę modernizacji większości obiektów znajdujących się na terenie uczelni. Tak naprawdę zostało tylko wybudowanie lodowiska i całe zaplecze sportowe będzie gotowe. Kadra naukowa też prężnie się rozrasta, co zresztą było widać po promocjach doktorskich oraz doktorów habilitowanych. Dziękowano pracownikom uczelni, którzy odeszli na emeryturę. Oczywiście odbyło się ślubowanie studentów pierwszego roku i uroczyste rozdanie indeksów. Miała również miejsce sympatyczna sytuacja, podczas której absolwenci akademii sprzed 50 lat życzyli wszystkim pierwszorocznym samych sukcesów w nauce. Wyobrażacie to sobie? Ponad siedemdziesięcioletni profesorowie tak po prostu ściskali nam dłonie. No i na deser został nam wykład inauguracyjny... doktor Justyny Kowalczyk. Tym razem o roli mediów w sporcie. Nie pamiętam wykładu sprzed 6 lat, ale teraz miałam wrażenie, że wszystko napisała w ostatniej chwili. A może naprawdę zjadła ją trema? Sama nie wiem.

Cała uroczystość trwała do 13. Było na niej wiele przedstawicieli innych uczelni, w tym AWFu w Katowicach. Zabrakło tylko kogoś z Poznania i Gdańska, ale tam dzisiaj też mieli uroczystość rozpoczęcia roku akademickiego. Umówili się, czy jak? Ja zaś mimowolnie porównuję te dwie inauguracje - sześć lat temu w Katowicach i dzisiaj w Krakowie. I sądzę, że były tak samo rewelacyjne. Z auli wyszłam z przeświadczeniem, że to będą wspaniałe dwa lata i nadzieją, że zaowocują tytułem magistra. Czy mi się to uda? Nie mam pojęcia, ale wierzę w to. I tylko żal serce ściska, że nie mogłam iść do kościoła pomodlić się o szczęśliwy czas...

4 komentarze:

  1. Z całego serca życzymy pięknego czasu na krakowskiej uczelni!

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja wierzę, że uda Ci się, tym bardziej, że jesteś taka pilna, obowiązkowa. Będzie dobrze, powodzenia!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie przesadzajmy z tą pilnością i obowiązkowością. Po prostu jestem zwyczajnym człowiekiem :)

      Usuń