Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

czwartek, 28 kwietnia 2016

Dokumentowa historia

Dokumenty, najczęściej małe plastykowe "dyskietki", na których ujawnione są nasze dane. W zależności od tego, jaki to jest rodzaj dokumentu, widnieje na nich więcej lub mniej informacji o nas. Dowód osobisty, najważniejszy dokument tożsamości każdego obywatela Polski, zawiera ich chyba najwięcej, legitymacje - dużo mniej. Na co dzień nie przywiązujemy do nich większej uwagi, najczęściej jednak mamy coś przy sobie, co potwierdzałoby, że my to faktycznie my. Problem rodzi się dopiero wtedy, kiedy zgubimy je. 
Wczoraj późnym wieczorem, wyjmując telefon komórkowy z kieszeni kurtki, wyczułam brak portfela. Zaniepokojona sięgnęłam do drugiej kieszeni - też pusta. Serce trochę szybciej zaczęło mi bić - kurcze, czyżbym znowu go zgubiła? Jakoś nie przyszło mi do łebka, żeby sprawdzić czy mam dokumenty, z drugiej strony zazwyczaj było tak, że etui w którym je trzymam wrzucam do plecaka. Poddenerwowana poszłam spać, wszak dzisiaj rano miałam wstać o 5 rano. Oczywiście sen miałam bardzo lekki, często budziłam się w nocy i nie mogłam znowu zasnąć. Rano ubrałam się, zaczęłam pakować i nagle jedna myśl przeszyła mój umysł - matko jedyna, gdzie ja mam dokumenty!? Nie było ich bowiem tam, gdzie sądziłam że są. Zaczęłam analizować wszystko po kolei - etui na pewno miałam w Krakowie, ponieważ byłam w banku po pieniądze. Pieniądze włożyłam do kieszeni plecaka, a dokumenty do kurtki. Portfel ostatni raz widziałam w busie do Wadowic - płacąc za bilet. Wyciągając portfel czułam jeszcze etui. Potem schowałam portfel do jednej kieszeni, a resztę z biletu do drugiej. Poszłam usiąść sobie na miejscu i w tym momencie zadzwonił mój telefon - tutaj mój trop się urwał. Ale i tak sporo wiedziałam - dokumenty z portfelem najprawdopodobniej zostały w busie, albo wyleciały mi, kiedy biegłam w deszczu do domu mojej ciotki. Na wszelki wypadek na busa do Krakowa szłam tą samą drogą co poprzedniego dnia. Wczoraj do Wadowic zajechałam dość późno i istniała szansa, że etui nikt sobie nie wziął. Niestety, nigdzie go nie widziałam. Cała nadzieja pozostała w kierowcy busa, że może on coś wie. Żeby nie robić zbędnego zamieszania postanowiłam podpytać go dopiero przy wysiadaniu z pojazdu.
Tymczasem sprawy potoczyły się zgoła inaczej - wsiadłam do busa, zapłaciłam za bilet(dzięki lenistwu z poprzedniego dnia miałam kilka złotych przy sobie), idę przed siebie i nagle słyszę kobiecy głos:
- Przepraszam, nie zgubiła pani wczoraj dokumentów?
Przytaknęłam głową.
- Kierowca znalazł je wieczorem. Chciał odnieść, żeby nie musiała pani wyrabiać nowych, ale nie wiedział gdzie(we wszystkich mam mój adres zameldowania, któremu daleko do Wadowic), dlatego miał zanieść na policję. Jak pani wróci, to niech tam pani podejdzie...
Uff... Kamień z serca! Naprawdę już miałam przed oczami wizję wyrabiania wszystkich dokumentów na nowo. A ponieważ czwartek jest dla mnie z reguły dniem powrotu do domu, zaś majowy weekend zbliża się nieubłaganie, postanowiłam jeszcze dziś wrócić się do Papieskiego Miasta odebrać zgubę. Dlatego po pierwszym wykładzie podjechałam na dworzec(chwała, że nie sprawdzali biletów), a potem do Wadowic.
Na komisariacie poszło mi nawet sprawnie - spokojnie wytłumaczyłam mężczyźnie w informacji z czym przychodzę(na szczęście kojarzył nazwisko), potem chwilkę poczekałam na policjanta, który zaprosił mnie do swojego pokoju. Tam wyciągnął szarą kopertę i wysypał jej zawartość - ku mojemu zaskoczeniu nie tylko dokumenty, ale i portfel z zawartością(o tym nawet nie marzyłam). Sprawdziłam zawartość, pokwitowałam odbiór(policjant widząc jak trzymam długopis streścił formułkę do niezbędnego minimum), podziękowałam, wyszłam.
Mam ochotę podziękować samemu kierowcy. Dzięki temu, że znalazł moje rzeczy i odpowiednio je zabezpieczył, nie muszę wyrabiać nowych dokumentów - m.in. dowodu osobistego, legitymacji osoby niepełnosprawnej, legitymacji emeryta/rencisty, czy też legitymacji studenckiej. Już pal licho portfel z pieniędzmi, te 20 złotych jakoś bym przeżyła. Ale dokumenty? To trochę tak, jakbym zgubiła własną tożsamość. Na szczęście są jeszcze uczciwi ludzie, którzy tą tożsamość pomagają odzyskać :).

2 komentarze:

  1. Miałaś dużo szczęścia.Pilnuj dokumentów, bo zdarza się, że nieuczciwi ludzie podejmują kredyty na znalezione dowody. W przypadku zagubienia, należy natychmiast zgłosić sprawę na policję.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Basiu, nawet nie wiesz jaką poczułam ulgę, kiedy okazało się, że dokumenty są bezpieczne na posterunku policji. Teraz zawsze wkładam je do wewnętrznej kieszonki plecaka - tam mam pewność, że raczej nikt mi ich nie buchnie. Dobrze, że są jeszcze uczciwi ludzie

      Usuń