Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

piątek, 12 sierpnia 2016

Podsumowanie wolontariatu podczas Światowych Dni Młodzieży

Dzień Dekanalny - Włosi przebywający w naszej parafii wraz z wolontariuszami
Nie wiem dlaczego, ale praktycznie od zawsze byłam typem społecznika. Lubiłam pomagać innym, zostawać z bardziej niepełnosprawnymi kolegami na szkolnej świetlicy, czy też wymyślać dla nich gry i zabawy. Właściwie myślę sobie, że gdybym nie była osobą niepełnosprawną, to z pewnością poszłabym na jakieś studia pedagogiczne. O ile pokonałabym jedną z moich wad - nieśmiałość. Nie wiem, czy to bardziej z powodu tej nieśmiałości, czy też problemów z wymową niekiedy mam problem z wysłowieniem się. Nie będę ukrywać, że niektóre sytuacje "sprzyjają" takiej sytuacji. Skutek tego jest taki, że zamykam się w sobie. Dlatego zaliczenie się w poczet wolontariuszy pomagających przy organizacji Światowych Dni Młodzieży potraktowałam jako wyzwanie do zmierzenia się samej z sobą i ze swoimi słabościami. Co więcej, udało mi się służyć innym podwójnie - w naszej parafii oraz w samym Krakowie.
Pamiątki dla Włochów przebywających w naszej diecezji
Ktoś by mógł pomyśleć, czy też powiedzieć, że Lolek wepchał się tam, gdzie mógł, bo taka praca na zasadzie wolontariatu praktycznie jest niczym. Zacznijmy jednak od początku, czyli o byciu wolontariuszem podczas etapu diecezjalnego. Miałam ten plus, że w moim mieszkaniu znalazł się nocleg dla dwóch młodych Włochów - Davida i Francesca. Dzięki temu mogłam kontrolować czy docierają na miejsce zbiórek. A oprócz tego sprawowałam funkcje wolontariackie: pomaganie przy organizacji dnia powitalnego w parafii oraz w dekanacie, pomoc przy zorganizowaniu spotkania w sobotnie popołudnie na Placu Papieskim, rozdawanie wody oraz modlitewników. Ominął mnie niedzielny festyn zorganizowany przez naszą parafię dla gości, wolontariuszy oraz rodzin goszczących oraz poniedziałkowe pożegnanie. Byłam jednak usprawiedliwiona - wszak miałam jeszcze służbę podczas centralnych wydarzeń Światowych Dni Młodzieży w Krakowie. Udało mi się jednak podejrzeć pamiątki, jakie nasi Włosi zabrali ze sobą do kraju. Od siebie dorzuciłam jeszcze kubek ze Szkołą Górniczą oraz magnesy z Matką Boską Anielską :).
Po urodzeniu nie dostałam nawet opaski - teraz miałam aż dwie

Wolontariat w Krakowie to zupełnie inna sprawa. Najpierw dwa dni(poniedziałek i piątek) szkolenia odnośnie tego co, jak i gdzie ma się dziać. Pierwszy raz w życiu spotkałam się z tak profesjonalną organizacją. Teraz wystarczyło tylko przyjechać w niedzielę poprzedzającą  ostatni tydzień lipca. Na dzień dobry zostałam zaopatrzona w dwie opaski informujące gdzie jestem zakwaterowana oraz, że w ogóle jestem zakwalifikowana w poczet wolontariuszy, jak również sporej ilości plecak skrywający pamiątki spotkania.
Pakiet wolontariusza - pamiątka spotkania

Zdradzę Wam co znajdowało się w każdym plecaku, bo to żadna tajemnica :). Na wyposażeniu wolontariusza, jak zresztą każdego pielgrzyma, znalazło się:
  • duży plecak w kolorze niebieskim
  • mapa Krakowa i okolic;
  • biała peleryna - zarezerwowana dla wolontariuszy;
  • dwie koszulki - ogólnie z tymi koszulkami było śmiesznie, bo najmniejsze na stanie to "M", w których się "topiłam", musieli pojechać do centrum wolontariatu i zamówić mniejsze :);
  • koperta z bonami żywieniowymi
  • ręcznik w barwach Krakowa
  • notatnik z długopisem
  • bidon na wodę
  • czapeczka z daszkiem
  • chustka wielofunkcyjna
  • książka o Bożym Miłosierdziu - "Jezus ufa Tobie"
  • Modlitewnik
  • opaska - różaniec na rękę
Niebieski - kolor wolontariatu ŚDM
Niektórzy dziwnie postrzegali tą funkcję - wolontariusz siedzi, cały czas nic nie robi, co najwyżej wskaże temu i owemu drogę, czy też pokieruje w odpowiedni sektor. Tymczasem to naprawdę niezła harówka wymagająca dyspozycji nieraz i 24 godziny na dobę, znajomości terenu, odpowiadania na nieskończoną ilość pytań gości z zagranicy(nota bene nie zawszę znających angielski). Wolontariusz to nie tylko przysłowiowy cieć siedzący u wejścia do sektorów, to też osoba podająca spragnionemu butelkę wody, worek z prowiantem, instruująca zagubionych jak dojść do odpowiedniego sektora. Większość zasłabnięć i omdleń była wyłapywana przez wolontariuszy patrolujących poszczególne sektory, zarówno na Błoniach, jak i w samych Brzegach. Jeżeli ktoś widział kogoś w niebieskiej koszulce z wielką literką "V" i napisem "VOLUNTEER", mógł być pewien, że znajdzie u niego pomoc. Niejednokrotnie zdarzało się, że wychodziliśmy z miejsca naszego zakwaterowania nawet o 5 rano, a wracaliśmy grubo po północy. Zmęczeni, ale zawsze z uśmiechem na twarzy. Bo przecież "Szatan boi się tych którzy w życiu są radośni"!
Napiszę Wam jeszcze coś o samej mojej służbie podczas tego niezwykłego wydarzenia. Oficjalnie zostałam przydzielona do Festiwalu Młodych. Samo wydarzenie podzielono na kilka podwydarzeń, a ja wylądowałam do pomocy podczas serii wykładów prowadzonych przez naukowców na Wydziale Inżynierii Materiałowej i Ceramiki. W sumie praca łatwa, prosta i przyjemna, wymagająca co prawda pewnej znajomości języka angielskiego, wszak międzynarodowe towarzystwo było, na szczęście mój niekomunikatywny angielski okazał się w pełni komunikatywny. To co mówili wykładowcy też w większości rozumiałam, za to ewangelizatorzy po raz kolejny utwierdzili mnie w przekonaniu, że świadectwa innych osób odnośnie ich wiary są nie dla mnie... Ale Światowe Dni Młodzieży to przecież przede wszystkim spotkania z papieżem Franciszkiem. I tak wielu z nas, w tym i ja, dostało dodatkową posługę podczas pilnowania sektorów w Brzegach. Mój dyżur przypadł w niedzielny poranek w sektorze F16. Jakoś nie czułam tego dnia senności, zresztą zostałam obudzona dość entuzjastycznym "Papa Francesco" przeplecionym z sześcioma oklaskami. Kiedy dotarłam do klasztoru moim oczom ukazał się taki właśnie widok:
No cóż, ktoś musiał pracować, żeby ktoś inny mógł spać :-D. Ale co to za praca, kiedy obserwujesz tylko pielgrzymów, co najwyżej każąc im, w języku polskim, angielskim, niemieckim, tudzież rosyjskim, spakować swoje rzeczy, aby ustąpić miejsca pielgrzymom, którzy dopiero mają przybyć. Zresztą nie jest też tajemnicą, że w obawie przed potencjalnym atakiem terrorystycznym do sektorów nie weszli wszyscy, którzy mieli do nich wejściówki. Nie byli szczęśliwi z tego powodu, nie robili jednak z tego problemu i udawali się do wskazanych sektorów. A ci, którzy nie mieli wejściówek ustawiali się wzdłuż sektorów. Dla każdego natomiast znalazła się butelka z wodą, którą od czasu do czasu roznosiliśmy. Ja też, wszak byłam tam od pomocy.
Wolontariat podczas Światowych Dni Młodzieży to naprawdę wspaniała przygoda. Podszkoliłam język, poznałam wielu wspaniałych ludzi z różnych zakątków świata, uwierzyłam w to, że jeżeli ktoś czegoś bardzo pragnie, to nie ma siły, która by go powstrzymała przed spełnieniem tego pragnienia. Bo przecież byłam wolontariuszem nie "dlatego, że", ale "mimo wszystko". Przebywałam z ludźmi, którzy mi zaufali i powierzyli pewne funkcje. Nie żałuję tych kilku dni, które przecież mogłam spędzić zupełnie inaczej. Tymczasem wróciłam do domu napełniona mocą modlitwy(tak, tak, nawet podczas sprawowania posługi można znaleźć chwilę na rozmowę z Najwyższym), pouczona Słowem Bożym, jak również umocniona wiarą w ludzi. I kiedy napotkani ludzie pytają mi się, czy zamierzam za trzy lata lecieć do Panamy, odpowiadam z uśmiechem, że "wszystko jest w rękach Boga" :).

6 komentarzy:

  1. Mam nadzieję że za 3 lata uda Ci się znowu na ŚDM - ciesze się że jesteś zadowolona

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Już zaczęłam zbierać pieniądze na bilet. Podobno w najgorszej opcji trzeba zapłacić nawet 10 000 zł. Pocieszające jest, że już za niecałe 2 500 zł. można dolecieć do Panamy :). A przecież trzeba będzie jeszcze wymienić złoty na dolary... No i szkolę język. Co prawda wyczytałam, że urzędowym językiem jest hiszpański, ale wiadomo - bez angielskiego ani rusz.

      Usuń
  2. Zapewne to przeżycie zapamiętasz na długo - zarówno pod względem wielkości wydarzenia, jego charakteru jak i tej pracy wolontariusza:-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szczerze powiedziawszy to bardzo chciałabym zapamiętać je na całe życie...

      Usuń
  3. Widzę, że dla Ciebie nie tylko była to duchowa przygoda, ale również sprawdzenie się, czy umiesz poradzić sobie w trudnej sytuacji.
    Sądzę, że te kilka dni zapamiętasz na długo (widać po Tobie wielkie zadowolenie!!!)i różne osoby będziesz zachęcała do wzięcia udziału w takich przedsięwzięciach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak to podsumowali moi bliscy - "Lolek w swoim żywiole". Ale naprawdę, taki wolontariat to wspaniałe połączenie wiary z tym co kocham, czyli pomaganiem innym. Mam nadzieję, że na tym jednym zrywie się nie skończy. Szkoda tylko, że społeczeństwo tak bardzo żyje stereotypami i osoby takie jak ja są raczej nie brane pod uwagę podczas podobnych akcji. Może teraz się to zmieni...

      Usuń