Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

sobota, 27 sierpnia 2016

Obietnica, którą musiałam spełnić

Kiedy rok temu pierwszy raz szłam na Jasną Górę w XXIV sosnowieckiej pieszej pielgrzymce w intencji tegorocznych Światowych Dni Młodzieży, obiecałam sobie, że jeżeli podczas spotkania nie wydarzy się nic niespodziewanego, to pójdę także i w tym roku. Jak wiadomo, nic strasznego podczas ostatniego tygodnia lipca się nie stało, więc żeby nie być gołosłownym, musiałam również iść i teraz. Właściwie to nie musiałam, ale chciałam. W końcu studiowany przeze mnie kierunek zobowiązuje do poznawania różnych miejsc kultu religijnego, niezależnie od tego, czy są to pielgrzymki piesze czy autokarowe, krajowe, czy zagraniczne.
Podobnie jak w zeszłym roku, także i teraz wyruszyłam pokłonić się Matce Bożej Częstochowskiej w drugim terminie sosnowieckiej pielgrzymki, czyli od 23 do 25 sierpnia. W tym roku wybrałam jednak opcję z zostaniem w Częstochowie na święto Matki Boskiej Częstochowskiej przypadające w następnym dniu. Nigdy jeszcze na nim nie byłam, a po prostu byłam ciekawa, jak to wszystko wygląda.
Trasę wycieczki znałam, wszak co roku prowadzi przez te same miejscowości.
W tym roku byłam też mądrzejsza odnośnie Mszy świętej rozpoczynającej pielgrzymkę i zamiast jechać tramwajem i potem iść kawałek, udało mi się znaleźć autobus, którym podjechałam prawie pod drzwi kościoła. Żyć nie umierać :-). 
W tym roku do Częstochowy zmierzało dużo mniej osób niż w zeszłym. Widać to było chociażby po ławkach w będzińskim kościele - przed rokiem z trudem do niego weszłam, teraz udało mi się wręcz siedzieć w ławce. Mszę świętą prowadził ksiądz biskup naszej diecezji przy koncelebrze księży udających się ze swoimi dekanatami na pielgrzymkę. Jednym z nich był kleryk z naszej parafii, a prywatnie mój dobry znajomy. I prawdopodobnie jedyny ksiądz, do którego będę mogła mówić na Ty. Kazanie dotyczyło hasła pielgrzymki nawiązującego do Roku Miłosierdzia Bożego - "Bądźcie miłosierni, tak jak Ojciec". Bycie miłosiernym to kwestia nie tylko jednego roku, ale całego życia. Niestety, człowiek jest samolubny i często zapomina o innych. Powinniśmy jak najczęściej bezinteresownie spełniać uczynki miłosierdzia co do duszy i co do ciała(w najbliższym czasie postaram się Wam przybliżyć jak je można w prosty sposób realizować). Po Mszy świętej zaczęliśmy formować grupy. Mój dekanat "awansował" o jeden poziom i otrzymał numer 8. Pierwszy postój mieliśmy całkiem niedaleko, bo w należącej do Będzina Łagiszy. Jak co roku tam też był czas na grupowe zdjęcie z księdzem biskupem.
Z Łagiszy ruszyliśmy w blisko czterogodzinną drogę do Targoszyc, gdzie w tamtejszej parafii zaplanowany był dla nas obiad(pyszny żurek), dostaliśmy także serki homogenizowane. Przy okazji mieliśmy godzinę na odpoczynek, przed wyruszeniem w dalszą drogę. Trwała ona stosunkowo krótko, ponieważ o 15:30 miało miejsce półtoragodzinne nabożeństwo pokutne. Oprócz wygłoszonych nauk mieliśmy możliwość przystąpienia do sakramentu pokuty i pojednania. Aby było nam łatwiej wyznać nasze grzechy, kapłan prowadzący nabożeństwo pokutne zaczął tłumaczyć każdy z warunków dobrej spowiedzi. Po nabożeństwie pokutnym wyruszyliśmy w ostatni zaplanowany na ten dzień odcinek drogi, który kończył się w Zendku. Tam pielgrzymi mieli zaplanowany nocleg po domach lub w rodzinach goszczących.
Nazajutrz wyruszyliśmy z Zendka po godzinie 7 rano. Po drodze dostaliśmy pyszne drożdżówki w ramach śniadania.
Pierwszy postój mieliśmy po 8 na polance przed wejściem do lasu, przez który zawsze szła pielgrzymka. W tym roku jednak budowana jest tam droga szybkiego ruchu, która to uniemożliwia. Niestety, nikt z organizatorów tego nie sprawdził. Dlatego na hasło "niestety musimy już teraz zrobić sobie półgodzinny postój, ponieważ dalej budowana jest droga" pomyślałam z sarkazmem "taa, a w 30 minut na pewno ją skończą budować"(uwierzcie mi, po ŚDM tak mi się wyrobił dowcip, że szok!). Oczywiście nie skończyli jej budować, co więcej dalsza droga prowadziła przez błotnistą maź, na której czułam się jak na lodowisku. I dzięki temu spóźniliśmy się o godzinę do Woźnik, gdzie zaplanowany był obiad. Tym samym mieliśmy też skróconą przerwę, ponieważ o 15:00 mieliśmy Mszę świętą w niedalekiej Ligocie Woźnickiej. Mszę, podobnie jak w zeszłym roku, prowadził ksiądz biskup. Wygłosił piękne kazanie nawiązujące do wysłuchanej wcześniej Ewangelii o bogaczu i Łazarzu, w którym dokładnie scharakteryzował nam jednego i drugiego bohatera, po czym wyjaśnił, że bogacz nie dostał się do raju tylko dlatego, że zabrakło w jego życiu miłosierdzia. Na koniec życzył każdemu z nas, aby nie był takim bogaczem i najzwyczajniej w świecie otworzył się na potrzeby innych. Przy okazji wywiązała się nowa pielgrzymkowa tradycja dotycząca zbierania podczas Mszy świętej ofiar na konkretny cel. Rok temu był to "Bilet dla Brata", w tym roku taca przeznaczona będzie na remont domu prowadzonego przez Caritas w Dąbrowie Górniczej. O efektach tej akcji, poniekąd uczącej wiernych bycia miłosiernym, można przeczytać z oświadczenia obok.
Po nabożeństwie, umocnieni Słowem Bożym, ruszyliśmy w dalszą drogę do Starczy, gdzie czekał nas ostatni tego dnia postój. Po drodze zobaczyliśmy jednak drogowskaz umacniający nas w przekonaniu, że jesteśmy bliżej niż dalej celu naszej wędrówki:
Czym skorupka za młodu...
W samej Starczy czekały na nas orzeźwiające kawałki arbuza. A że Lolkowe menu przewiduje taki specjał, pochłonęłam od razu kilka kawałków. Na upalne dni - pychotka! Przed nami były już tylko dwa kilometry do Nierady, w której mieliśmy spędzić nocleg.
Trzeci dzień to już tylko 12 kilometrów, głównie ulicami Częstochowy. Czyli przysłowiowy pikuś :-). Nasza grupa miała to szczęście, że wprowadzała wszystkie pozostałe na Jasną Górę. Zresztą tak przyspieszyliśmy, że wkroczyliśmy na trakt prowadzący do klasztoru prawie godzinę przed czasem, wyprzedzając tym samym pielgrzymkę tarnowską, która zawszę wchodziła przed nami :). Na szczęście biskup od rana kręcił się po klasztorze, toteż ta godzina za bardzo nie ciążyło na samym wejściu(nie wiem jak to jest z innymi diecezjami, ale u nas każda grupa dochodząca do stóp Jasnej Góry witana jest przez biskupa).
Ponieważ uroczysta Msza święta zaplanowana była dopiero na godzinę 19, mieliśmy dużo wolnego czasu dla siebie. Dlatego po pokłonie przed cudownym wizerunkiem poszłam zatachać bagaże do szkoły, w której nocowaliśmy, a następnie na smaczny obiad do Domu Pielgrzyma. Muszę przyznać, że tak pysznego żurku dawno nie jadłam. Następnie pokręciłam się trochę po parkach przylegających do Alei Matki Boskiej Fatimskiej, aż w końcu udałam się na Wały, gdzie miała miejsce uroczysta Eucharystia dla naszej diecezji. Po drodze minęłam kilka lokalnych pielgrzymek, niektóre szły z orkiestrami dętymi. Mogłabym ich słuchać i słuchać, gdyby nie ta Msza... No właśnie, Msza. Trochę się tutaj zawiodłam, ponieważ było to to samo, co podczas wizyty papieża Franciszka w tym miejscu. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie to, że nawet kazanie powtórzyli po Ojcu Świętym... Całość trwała prawie dwie godziny, na szczęście w tym roku było w miarę pogodnie, a tym samym ciepło. Potem wystarczyło już tylko wrócić do szkoły i wejść w śpiwór. A wcześniej zabić dwa szerszenie okupujące sufit. Nie mam wstrętu przed owadami, ale niektórych z nich po prostu się boję.
W piątek wstałam dosyć późno, bo po 7. Ktoś pomógł mi spakować śpiwór, zarzuciłam torbę na ramię, plecak na plecy i ruszyłam do bagażowni usytuowanej na terenie klasztoru. Jeszcze dzień wcześniej umówiłam się ze znajomymi z parafii, że wezmą mi bagaż do swojego samochodu. Dla mnie nie było miejsca, ale to nic, po prostu do domu wróciłam koleją. Przy okazji składania bagażu wstąpiłam na stołówkę, gdzie posiliłam się jajecznicą z bułką, a do tego cieplutką herbatą. Ponieważ sama nie doniosłabym tacy do stołu poprosiłam o pomoc obsługę. Grunt to zdać sobie sprawę ze swoich ograniczeń. Po śniadaniu udałam się na Wały, aby zająć miejsce w przygotowanych ławkach. Akurat odmawiano różaniec święty, do którego i ja się dołączyłam. O 11:00 rozpoczęła się Msza święta ku czci Matki Boskiej Częstochowskiej. Pogoda dopisywała, na niebie nie było ani jednej chmurki. Chociaż z drugiej strony żar lał się z nieba niesamowity. Naprawdę, trudno było wytrzymać te 2 godziny nabożeństwa, mimo czapki na głowie. Chciałam jeszcze założyć kaptur od koszulki, ale pomyślałam sobie, że będę dziwnie wyglądać. Po Mszy świętej poszłam na obiad do jadłodajni - tym razem był to bigos(z powodu święta ustanowiono na ten piątek dyspensę od dań mięsnych). Następnie poszłam jeszcze pokręcić się po okolicy. Jasna Góra zachowała jeszcze klimat i dekorację ze Światowych Dni Młodzieży, kiedy przebywał tam papież. Chodziłam po klasztornej wnęce ze świadomością, że tyle stóp tędy przeszło. Wszak sam klasztor stoi tutaj od XV wieku. Tyle przeszedł, tyle zobaczył, tyle próśb wysłuchał. Niestety, wkrótce musiałam zbierać się na pociąg, którym miałam dojechać do domu. Z żalem opuściłam to miejsce z pragnieniem przybycia tutaj jeszcze raz, na 8 września kiedy przypadnie 300 rocznica koronacji Cudownego Obrazu.
Po drodze mijałam przepiękne wiejskie obrazki, malownicze pola i łąki. Niestety, nie miałam czasu utrwalić ich na zdjęciach, chociaż tak bardzo chciałam dla mojej Basi, która tak bardzo kocha kwiaty i swojskie widoki. Dlaczego chciałam jej je pokazać? O tym w najbliższej notatce.

7 komentarzy:

  1. Gratuluję wytrwałości! Pozdrawiam cieplutko!:))

    xxBasia

    OdpowiedzUsuń
  2. O świcie, w piątek, MB Częstochowska przygarnęła mojego Kuzyna, z którym się wychowałam w jednym domu, a którego trawił nowotwór. Dziś był jego pogrzeb, jestem o niego spokojna, skoro Matka zawołała go w Swoje święto.

    OdpowiedzUsuń
  3. Czekam na notkę Karolinko! A ja utopiłam swój telefon i nie mam czym robić zdjęć!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Współczuję z powodu śmierci kuzyna. Odejście człowieka jest zawsze tragedią bez względu na okoliczności. Należy jedynie wierzyć, że Miłosierny Ojciec przyjął go w swoje objęcia. Basiu, przytulam :)

      Usuń
  4. Zawsze chciałam iść na pielgrzymkę ale nigdy się nie udało.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czasami warto jest przemienić chęci w czyn :). Też wiele razy mówiłam: "jak to fajnie by było iść na pielgrzymkę". Aż rok temu po prostu poszłam do kancelarii parafialnej i się zapisałam. I chociaż nikt nie wierzyć, że dojdę - z Bożą pomocą doszłam. Nawet dziecko nie jest "wymówką" - widziałam wiele osób, które szły wioząc swoje pociechy w wózku :)

      Usuń