W ostatni weekend utonęło aż 21 osób. Fala upałów, jaka nawiedziła Polskę, sprzyjała wypoczynkowi i beztroskiemu wypoczynkowi nad zbiornikami wodnymi. W moim mieście są aż 4 jeziora, wszystkie powstałe z zalania niecek powykopaliskowych. Wszystkie nazywają się tak samo, odróżniają je jedynie cyfry wskazujące na to, którym z kolei zalanym zbiornikiem jest ten, nad którym aktualnie się znajdujemy(1 powstała najwcześniej, natomiast 4 na samym końcu). Zalewy te odgrywają ważną rolę w naszym społeczeństwie - liczne ścieżki piesze i rowerowe, lasy okalające każdy z nich, kluby jachtowe, plaże... Idealne miejsce na wypoczynek po ciężkim dniu/tygodniu pracy.


Ale jest też miejscem wielu tragedii. 11 lat temu na jednym ze zbiorniku utonął mój znajomy. Był po egzaminach maturalnych, planował przyszłość. Podobno podczas pływania złapał go skurcz. Nie zdołał dopłynąć do bezpiecznego brzegu. W miniony weekend wyłowiono z wody topiącego się mężczyznę. Na szczęście udało się przywrócić mu czynności życiowe.
Alkohol, brawura, nieuwaga, przecenienie własnych możliwości - przyczyn tragedii nad wodą jest wiele. Do długiej listy dochodzi jeszcze jedna, jak dla mnie najbardziej tragiczna - niedopilnowanie dzieci. Bo o ile w przypadku wspomnianych tutaj raczej jesteśmy odpowiedzialni za siebie i swoje zachowanie, o tyle w przypadku niedopilnowania dzieci, albo osób upośledzonych, czy też nie będących w stanie ocenić sytuacji, już nie.
Kilka lat temu głośno było o utonięciu w hotelowym basenie przebywającego na zimowisku Rafała. Zresztą co rusz pojawia się w mediach informacja o niedopilnowaniu dzieci nad wodą i opłakanych tego skutkach. Gdybyśmy tylko potrafili wyciągać z nich chociaż małą lekcję, być może uniknęlibyśmy wielu tragedii.
Jednym z najtragiczniejszych tego typu zdarzeń w naszym kraju było utonięcie grupy 13 dzieci, uczniów jednej z lublińskich szkół podstawowych. Właśnie mija 60 od tej tragedii.
Dzielnica Za Cukrownią w Lublinie to mieszanka niewielkich domów i przemysłu. Znajduje się tu stara gorzelnia oraz stara krochmalnia, która dała nazwę głównej ulicy. Chociaż dzisiaj zmieniła swoje oblicze, na początku lat 60 było tu bardzo biednie. Przemysł lokował się tu od XIX w., a obok wspomnianych zakładów powstała słynna Lubelska Fabryka Wag, prężnie działała nieistniejąca już cukiernia. Ludzie ściągali tu do pracy. Budowali małe domki, zajmując kolejne kawałki gruntu. Wszystkim powodziło się podobnie, nikt się niczym nie wyróżniał.
Chlubą dzielnicy była jednak szkoła im. Zwycięstwa Grunwaldzkiego, podobno pierwsza tysiąclatka w Polsce. Powstała na miejscu drewnianego baraku. Dzisiaj nie ma już pierwotnego budynku, a na jego miejscu powstał ośrodek specjalny. Wtedy była to jednak nowiutka szkoła, nosząca numer 17.
Czerwiec 1961 roku był niesamowicie upalny. Wręcz idealny na różne wyprawy. Tego samego zdania byli nauczyciele ze Szkoły Podstawowej nr 17 w Lublinie, którzy postanowili nagrodzić najlepszych uczniów wycieczką do malowniczego, położonego nad Wisłą, Kazimierza Dolnego. Nie wszystkie wytypowane dzieci jednak na nią wyjechały, podobnie jak dzisiaj nie wszystkich rodziców stać było, aby za nią zapłacić. Szczęściarze mieli jednak spędzić wspaniały dzień na wspinaczce na basztę, Górę Trzech Krzyży, zwiedzaniu spichlerza oraz zakończyć go kąpielą w Wiśle.
23 czerwca przypada wigilia św. Jana. W Kazimierzu miały się odbywać tradycyjne Sobótki, podczas których puszczano na rzece wianki, tańczono i śpiewano, rozpalono ogromne ogniska, które płonęły po obu stronach rzeki. Nikt nie przypuszczał, że święto organizowane w najkrótszą noc w roku poprzedzi prawdziwy dramat. Tego dnia ponad 50 uczniów klas piątych wyjechało doń autokarem wraz z trzema opiekunkami. Jedną z nich była Jadwiga H., nauczycielka wychowania fizycznego, która zaprowadziła część dzieci nad rzekę. Uradowane weszły do wody z łachy pomiędzy kamieniołomami a schroniskiem PTTK. Najprawdopodobniej weszły wtedy na lotni piasek, który zaczął usuwać im się spod nóg. Ponieważ trzymały się za ręce, jedno pociągnęło za sobą drugie, po kolei wpadając do wody.
Jak opisywał "Kurier Lubelski", "Grupa brnąc po kolana w wodzie dotarła do małej piaszczystej wysepki, oddalonej od brzegu o jakieś 120 m. (...) W pewnym momencie jedna z dziewczynek zaczęła się topić". Po latach, jedna z uczestniczek tamtych zdarzeń, pani Marianna, wciąż miała żywo w pamięci to, co się stało tamtego dnia: - Ja z koleżanką rozłożyliśmy sobie koc przy brzegu. Nagle usłyszałam krzyk. W wodzie było widać tylko podniesione w górę ręce. Jeden pisk był na brzegu, a drugi pisk był w rzece.
Przestraszone dzieci rzuciły się wprost w głębinę. Tylko części z nich udało się dotrzeć do brzegu. To, które pierwsze zaczęło się topić, zostało wyciągnięte przez nauczycielkę. Jak wspomina inny uczestnik pechowej wycieczki, pan Stanisław: - Później jeszcze skoczyła do rzeki po chłopaka, który dłużej niż inni utrzymywał się na wodzie. Uratowała go. W tej panice inne dzieci szły za nauczycielką.
Autokar z ocalonymi uczniami pojechał na Rynek w Kazimierzu. Dzieci dostały zakaz wychodzenia. Siedziały więc w milczeniu, czekając, aż przyjadą po nich zawiadomieni rodzice.
- Początkowo moi rodzice dostali informację, że nie ma mnie na liście dzieci, które przeżyli. Tata wsiadł do taksówki, był jednym z pierwszych, którzy przyjechali z Lublina. Jak mnie zobaczył, poczuł ulgę, to była ogromna radość - wspominał jeden z uczestników zdarzeń. Dlaczego doszło do pomyłki? Chłopak po wyjściu z wody wraz z kolegą wspiął się na zbocze kamieniołomu, aby zobaczyć z góry jak wygląda cała sytuacja. W tym samym czasie w autokarze sprawdzano, które dzieci ocalały.
Nie wszyscy rodzice mieli tyle szczęścia. Jedna z matek weszła do autokaru i wywoływała swoje dziecko. Niestety, bez rezultatu.
23 czerwca 1961 roku w Wiśle utonęło 13 dzieci: Małgosia, Mirka, dwie Basie, dwie Ele, Marysia, Ewa, Leszek, Waldek, Zbyszek, Czesiu i Adaś. Miały tylko 12 lat
- Dzieci miały pozwiedzać, odprężyć się. To byli najlepsi uczniowie. Do Kazimierza pojechały w nagrodę - tłumaczy wieloletnia nauczycielka w lublińskiej podstawówce, Ewa Bis. Wspomina też, jak miała około dwóch lat, kiedy mama przyprowadziła ją na groby dzieci i opowiadała o żukach, jadących przez miasto z trumnami. Wtedy ludzie żyli tymi wydarzeniami. - Poznałam ludzi, których dzieci tu leżą. Rozmawiałam z rodzicami, ich rodzeństwem. Niektórzy zwierzali się ze swoich wspomnień, ale większość nie chciała mówić. To było dla nich zbyt bolesne.Tego dnia w szkole, w której uczyły się dzieci, było zakończenie roku szkolnego. Na boisku trwały uroczystości, kiedy nadeszła wiadomość o tragedii.
Inny świadek zdarzeń, pan Jacek Brzeziński, wraca pamięcią do tamtego dnia: - Miałem wtedy siedem lat. Przybiegł starszy kolega z sąsiedztwa i powiedział, że pod szkołą dzieje się jakiś cyrk. Do szkoły ode mnie z domu jest jakieś 100 metrów. Pobiegliśmy zobaczyć, co się stało. Na ulicy był może jeszcze wtedy piach, a może bruk? Ja pewnie byłem boso, bo tak się wtedy po dworze latało.
Chłopcy pobiegli pod szkołę, przed którą kłębili się rodzice. Było zamieszanie, płacz, nie wiadomo było, o co chodzi. - Szybko jednak dotarło do mnie, że to nie jest wesoły "cyrk", że stało się coś złego.
Na schodach prowadzących do szkoły stanął funkcjonariusz Milicji Obywatelskiej i oznajmił, że utonęło trzynaścioro dzieci. Nie do końca było wiadomo które, dlatego rodzice wpadli w panikę. - Matki mdlały, był jeden wielki płacz, do dziś go słyszę w uszach. Kierowniczka szkoły osiwiała w jedną noc - wspomina pan Jacek.
Odnalezione zwłoki dzieci przywożone były do Lublina. Rodziny ubierali je w odświętne stroje, a następnie wystawiały w trumienkach w domach. Dzięki temu można było się z nimi pożegnać. W jednej z kamienic stały aż dwie trumny. Jak wspomina pan Jacek Brzeziński: - Wszyscy ludzie z dzielnicy chodzili żegnać się z dziećmi. Byłem i ja z rodzicami. Wtedy to było normalne, czuwanie przy zwłokach, dom w żałobie, zapalone świece, zasłonięte lustra. Mam te trumny nadal w oczach. Nie znałem większości tych dzieci, dopiero za dwa miesiące miałem iść do pierwszej klasy. Ale rozumiałem już wtedy, że stała się wielka tragedia i tak naprawdę ta historia jest ciągle gdzieś tam ze mną.
Pogrzeby dzieci odbyły się cztery dni później. Mszę żałobną odprawiono w parafii pw. św. Teresy od Dzieciątka Jezus, znajdującego się przy tej samej ulicy, co tysiąclatka. Identyczne trumny ustawione na posadzce w kościele. Uroczystość opóźniła się, ponieważ szukano jeszcze dwóch ciał, chłopca i dziewczynki. Zdecydowano więc, że wszyscy zaczekają, aż wszystkie dzieci będą mogły zostać razem pochowane. Znaleziono je na wysokości klasztoru betanek, kilka kilometrów od miejsca wypadku. Żałobników nie powstrzymał nawet deszcz, który tego dnia padał w Lublinie. Trzynaście białych trumien zostało przewiezione przez wypożyczone z FSC żukach na cmentarz przy ul Lipowej. Za wszystko zapłaciło miasto.
- Nie byłem na pogrzebie, ale staliśmy z mamą tu pod szkołą. Trumny mokły na samochodach, pamiętam, że leciała z nich zabarwiona na fioletowo woda. Pamiętam tę wodę i te tłumy ludzi, które przyszły towarzyszyć dzieciom w ich ostatniej drodze - przypomina sobie pan Jacek.
Ksiądz Stanisław Chomicz był wtedy wikarym we wspomnianej parafii. Do dzisiaj ma łzy w oczach, kiedy mówi o tamtej tragedii. Brał udział w ostatniej drodze dzieci, szedł z nimi na cmentarz. A wraz z nim morze lublinian. Kondukt pogrzebowy był tak długi, że kiedy pierwsza trumna wjeżdżała na cmentarz, ostatni ludzie byli jeszcze na ulicy Młyńskiej, czyli kilometr dalej. To była jedna wielka manifestacja bólu.
 |
| Pogrzeb ofiar(źródło: https://lublin.wyborcza.pl/lublin/7,48724,23535374,rodzice-wyli-z-rozpaczy-najwieksza-tragedia-w-powojennej-historii.html) |
Kurier Lubelski tak opisał ten dzień: "W uroczystościach żałobnych wzięli udział rodzice, rodziny, przedstawiciele Kuratorium, nauczyciele, młodzież szkolna oraz licznie zebrani wzdłuż trasy przemarszu konduktu pogrzebowego mieszkańcy Lublina. Na 13 samochodach wieziono 13 jednakowych trumien okrytych wieńcami i licznymi wiązankami kwiatów". Dziennikarz jednak pomylił się co do liczby trumien. Dwie dziewczynki w chwili śmierci tak mocno trzymały się za ręce, że po wydobyciu z wody zdecydowano się ich nie rozdzielać. Spoczywają więc w jednej trumnie. "Społeczeństwo Lublina w głębokim żalu żegnało ofiary tak tragicznego wypadku" - napisano w krótkiej notatce na pierwszej stronie gazety.
Jednak już po wakacjach w szkole nie mówiło się o tragedii. - Gdy szedłem do pierwszej klasy, na miejsce odwołanej kierowniczki przyszedł już nowy kierownik. Dzieci cieszyły się z nowej, pięknej szkoły, utonięcia w Wiśle staje się tematem tabu - mówi pan Jacek. Władze odpowiednio zadbały o wyciszenie tego wydarzenia - w socjalistycznej konwencji państwa nie było bowiem miejsca na tego typu historie. Nawet do szkolnych kronik wkradła się cenzura i data wypadku została wpisana inna niż w rzeczywistości.
Dzieci pochowane są przy głównej alei cmentarza - kilkadziesiąt metrów za wejściową bramą jest równy rząd mogił. Na ich nagrobkach wyryto inskrypcję: "Zginęły śmiercią tragiczną w nurtach Wisły". Na początku wszystkie groby były jednakowe, jednak z czasem większość rodzin wyremontowała nagrobki. Jednak trzy pozostały do dzisiaj w niezmienionej formie. Chociaż nikt z najbliższych się nimi nie opiekuje, to pamiętają o nich nauczyciele oraz uczniowie lublińskiej 17. To oni przychodzą na nie we Wszystkich Świętych i w rocznicę tragedii - sprzątają nagrobki, przynoszą kwiaty, zapalają znicze.
 |
| Groby dzieci na cmentarzu(źródło: https://lublin.wyborcza.pl/lublin/7,48724,23535374,rodzice-wyli-z-rozpaczy-najwieksza-tragedia-w-powojennej-historii.html) |
Ówczesna kierowniczka szkoły została skazana na 3 miesiące więzienia w zawieszeniu za wysłanie tak dużej liczby uczniów pod opieką zbyt małej liczby opiekunów. Również Jadwiga H., wuefistka która wtedy była z dziećmi usłyszała wyrok: 3,5 roku więzienia. Według zeznań świadków, nauczycielka widząc co się stało, próbowała się utopić. Została zatrzymana przez milicjanta. Na wolność wyszła jednak wcześniej, już po 8 miesiącach. Długo nie mogła znaleźć pracy. Kiedy jej się to udało, do emerytury pracowała przy organizacji zajęć sportowych dla młodzieży. Krążyła o niej nawet legenda, że oszalała i chodziła z lalką w objęciach po ulicach miasta. Jest to tylko jedna z miejskich opowieści.
Uważajcie więc na siebie będąc nad wodą!
Straszne tragedia, nie wiem co myślała pani idąc z taką grupa się kąpać.Moje pojechały na Soline i chyba 5 razy mówiłem uważajcie na małych.To jest moment .Osobiscie 2 razy się topilam i dzięki Bogu jakoś wyszłam z tej wody.Do dzisiaj się boję.Pozdrawiam serdecznie.
OdpowiedzUsuńNiby potrafię pływać, ale przed wodą zawsze czuję respekt. A kiedy podczas półkolonii szliśmy na basen, najbardziej lubiłam pilnować dzieciaki w brodziku - wiedziałam, że w razie czego to dam radę ich wyłowić. Pozdrawiam
UsuńKarolinko, a ile się mówi co roku o skakaniu do wody?
OdpowiedzUsuńI co roku przybywa sparaliżowanych na wózkach...
Nie wiem, jaka jest na to recepta!
Mówi się i będzie się mówić, bo tego typu wypadki były, są i, niestety, będą. Nie ukrywajmy, na ludzką bezmyślność nie pomogą żadne działania prewencyjne. Tutaj trzeba uruchomić myślenie. Pozdrawiam
UsuńTragedie dotykające dzieci są straszne. Życia nikt nie wróci.
OdpowiedzUsuńDlatego podczas opieki nad dziećmi, powinniśmy też myśleć za nie. Pozdrawiam
UsuńPrzykre jest to że nie potrafimy ocenić dobrze swoich umiejętności, zwłaszcza po alkoholu. Brawura na porządku dziennym. A szkoda , ale do ludzi nic nie trafia dopóki nie dotknie ich tragedia osobiście.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam
Czasami też chcemy po prostu zaimponować innym. A skutki tego są jakie są. Co prawda nie zawsze, bo to nie jest oczywiście regułą. Ale to też trochę igranie ze śmiercią. Pozdrawiam
UsuńWybierając się gdziekolwiek nad wodę należy zabierać ze sobą przede wszystkim rozsądek :)
OdpowiedzUsuńPozdrawiam.
Tylko dlaczego tak rzadko go używamy? Pozdrawiam
UsuńStraszna tragedia...
OdpowiedzUsuńNiektóre utonięcia to po prostu nieszczęśliwe wypadki, ale często można było ich uniknąć.
Pamiętam, jak raz jako nastolatka pływałam z tatą w morzu i prąd zaczął nas znosić wgłąb, zanim zauważyliśmy, byliśmy daleko. Ja jeszcze na tyle blisko, że dałam radę dopłynąć i wystarczyło, że jakiś pan podał mi rękę, żebym mogła stanąć, po niego już musiał płynąć ratownik - najgorzej, gdyby spanikował albo dostał jakiegoś skurczu... Czasami wystarczy tylko chwila nieuwagi i już się robi niebezpiecznie.
Jakiś czas temu po internecie krążył materiał p.t. "dzieci toną w ciszy" o tym, jak wygląda tonąca osoba - dawało to do myślenia.
Na moim blogu też raz opisałam proces tonięcia, bo uważam, że o tym pisać trzeba. Nigdy nie lubiłam pływać w morzu, właśnie ze względu na te zdradzieckie pływy i prądy. Jakoś łatwiej jest mi, głównie psychicznie, pływać w basenie, nawet głębokim. Pozdrawiam
UsuńPrzez pewien czas w dzieciństwie mieszkałam na Wisła. i często z siostra uciekałysmy rodzicom nad brzeg, gdzie bawiliśmy się wraz z innym dziećmi. Nie czułam żadnego lęku przed głębokością rzeki. Teraz zdaję sobie sprawę z tego, ile musiała przeżywać moja mama, kiedy za każdym razem używała innych sztuczek, aby nas stamtąd przywołać do domu.
OdpowiedzUsuńSerdeczności, Karolinko :)
Też w dzieciństwie często uciekałam na brzeg rzeki na wsi, widać coś w tym musi być, że dzieci ciągnie do wody. Na szczęście nigdy(chyba) do niej nie weszłam. W sumie nawet nie wiem, jak by się to dla mnie skończyło. Pozdrawiam
UsuńWielu tragedii można by uniknąć, gdyby ludzie włączyli myślenie.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam, Karolinko.
Dokładnie tak. Pozdrawiam
UsuńWielu wierzy w swoją nieśmiertelność...Niestety...
OdpowiedzUsuńPrawie jak w grach komputerowych, niestety :(
UsuńKarolinko właśnie zaczynają się wakacje.
OdpowiedzUsuńO iluż to jeszcze wypadkach nad wodą usłyszymy. A te dotyczące dzieci są naprawdę przejmujące.
Smutną historię odpisałaś. Nie mogę sobie wyobrazić, co przeżywały rodziny tych dzieci
Pozdrawiam Karolinko
Coś podejrzewam, że w tym roku bilanse ofiar będą równie przygnębiające jak w latach poprzednich. Pozdrawiam
Usuń