Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

środa, 12 kwietnia 2023

1558. Studencka zimowa wyprawa na Babią Górę

Tegoroczną przerwę świąteczną zwieńczyło spełnienie jednego z moich małych marzeń, a mianowicie wejście na najwyższy szczyt masywu Babiej Góry - Diablak. Marzyłam o tym od najwcześniejszych lat dzieciństwa. Niegdyś niemal każde wakacje spędzałam w stronach, z których wychował się mój tata. Odkąd pamiętam, okna w pokojach, w których nocowałam, wychodziły widokiem właśnie na Babią Górę. Tylko marzenia marzeniami, a rzeczywistość rzeczywistością. Nie ukrywajmy, nie za bardzo miał kto ze mną iść. 
Dlatego kiedy zobaczyłam, że wydział organizuje wyprawę na najwyższy szczyt Beskidów Zachodnich, po krótkim namyśle stwierdziłam, że zaryzykuję i zapiszę się na niego. Najwyżej, znając moją sytuację sprawnościową (chociażby Starościna, która jest też przewodniczącą samorządu Wydziału Teologicznego) wyrzucą mnie ze składu. A wtedy nie wiem, może prosiłabym Bacę, żeby ze mną pojechał, ryzykując że narażę się jego dziewczynie.
Na szczęście nic takiego nie nastąpiło, wręcz przeciwnie - kilka dni temu zobaczyłam, że zostałam zaproszona do grupy na facebooku. Wooow! Co prawda trochę obawiałam się o kolano, ale co tam. Nie boli mnie już tak bardzo, więc uznałam, że nie powinno być tak źle. Z czasem kilka osób się wykruszyło i została nas 6 studentów + 2 "opiekunów". Nie opłacało się nawet wynajmować busa, a więc ci, którzy nie mają samochodów dogadywali się ze zmotoryzowanymi. Kiedy napisałam na grupie, że nie mam jak dojechać (Starościna w ostatniej chwili napisała, że jednak nie będzie busu), niemal od razu napisał do mnie Miki, że może mnie zabrać ze sobą. Jakąś godzinę później pisała do mnie Starościna, gdzie ja mieszkam, bo szuka mi samochodu. Odpisałam jej zgodnie z prawdą, że już sobie załatwiłam transport. W odpowiedzi otrzymałam, że na drugi raz nic mi nie będzie załatwiać... Cyrk na kółkach!
Z Mikim umówiliśmy się o 5:00 rano pod zamkiem w Będzinie. Tej nocy była taka mgła, że ledwie było widać z chodnika tamtejszy kościół p.w. Trójcy Świętej.
O zamku już nie wspominając. Na szczęście dosyć dobrze znam okolicę, więc wiedziałam gdzie jest pożądany obiekt. Ponieważ autobus dowiózł mnie na odpowiedni przystanek ok. godziny 4:20, a na teren zamku dotarłam wolnym krokiem jakieś 10 minut później, miałam jeszcze jakieś 30 minut czekania. Pokręciłam się więc trochę po okolicy, oczywiście nie oddalałam się zbytnio od umówionego miejsca, bo i mgła, i ciemno, i pewnie teren nierówny. A naprawdę nie chciałam się potłuc przed wyprawą.
Miki przyjechał kilka minut po 5. Wraz ze mną zabrał jeszcze swojego kolegę z roku - Przemka. Spotkaliśmy się pierwszy raz, ale i jeden, i drugi należą do tej grupy ludzi, których nie da się nie lubić. Dwie godziny upłynęły nam w przyjaznej i sympatycznej atmosferze.
Na parking na Przełęczy Krowiarki, z którego wchodzi się na czerwony szlak, zajechaliśmy ok. 7:20 (po drodze jeszcze zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej w okolicach Suchej Beskidzkiej). Na miejscu była już jedna z pań Doktor, z którą mam zajęcia oraz jej koleżanka. Musieliśmy tylko zaczekać na jeszcze jeden samochód, którym przyjechało jeszcze dwójka uczestników wyprawy. W ostatniej chwili wycofała się jeszcze jedna osoba. Kiedy poczynaliśmy ostatnie przygotowania do wspinaczki, pani Doktor poszła zakupić bilety uprawniające nas do wejścia na teren Babiogórskiego Parku Narodowego. Jeśli wierzyć jej słowom, to fundusze na ten cel przekazał sam ksiądz dziekan Wydziału.
Trasa licząca niewiele ponad 10 km. została podzielona na trzy odcinki. Po pokonaniu każdego z nich następowała dłuższa przerwa. Od razu wyjaśniam, że te odcinki nie były sobie równe, ponieważ każdy z nich składał się z różnego stopnia nachylenia stoku. 
Pierwszy etap prowadził na wzniesienie zwane Sokolicą. Był to najbardziej wymagający odcinek i to nie tylko w mojej ocenie. Na tym fragmencie towarzyszyły nam iglaste drzewa, które od czasu do czasu przepuszczały przez swoje korony promienie słoneczme. W porze letniej na Sokolicę można wejść w większości po "drewnianych schodach". Teraz owe schody były pokryte śniegiem i lodem. Aby nam było łatwiej iść, po pokonaniu jakiś 500 metrów założyliśmy raczki albo raki. Ten kto nie miał swoich, otrzymał od pani Doktor, która miała kilka par. I tutaj przydatne okazały się powalone drzewa mijane po drodze - człowiek mógł się na czymś zeprzeć. Od razu lepiej się szło, przynajmniej według subiektywnej oceny każdego z nas. 
Tak w większości wyglądała trasa na Sokolicę
Na miejsce dotarliśmy po ok. dwóch godzinach. Nie był to rekord świata, ba, pani Doktor nawet obawiała się, że na szczyt dojdziemy około godziny 15:00, nie mówiąc już o zejściu. Na Sokolicy znajduje się taras widokowy, z którego rozciąga się zarówno panorama Babiej Góry, jak i leżącej w dole okolicy.
Po odpoczynku połączonym z uzupełnieniem spalonych kalorii ruszyliśmy w dalszą drogę. Drugi etap naszej trasy prowadził na Kępę. Humory nam dopisywały, ktoś nawet rzucił suchar, że na Kępie powinien na nas czekać ksiądz Dziekan, który ma bardzo podobne nazwisko. Trasa była już nieco łagodniejsza. Wydawać by się mogło, że wiatr zacznie nam dokuczać, ponieważ las iglasty, który nieco nas od niego ochraniał, stopniowo zaczął przeistaczać się w kosodrzewinę.
Na Kępie rozdzieliliśmy się - Miki i Przemo poszli szybciej, ja, pani Doktor, Klementyna i Marcin szliśmy wolniej. Ostatni fragment trasy prowadził przez szczyt znany Gówniakiem. Tym razem kosodrzewina stopniowo znikała pod warstwą śniegu. Dzień wcześniej wyczytałam, że miejscami jej wysokość dochodzi do 1,5 metra. Czyli właściwie niektóre krzewy w całości pokryte były śnieżnym puchem. I to by się zgadzało, ponieważ miejscami spod śniegu wyglądały tylko ich wierzchołki. W pewnym momencie zastanawiałam się co by się stało, gdyby człowiek wpadł w taką zaspę... Po drodze mijaliśmy też różne "skalne piramidy", jednak nie udało mi się ich uchwycić na zdjęciu (być może ktoś inny to zrobił). Przy pokonywaniu kolejnych wzniesień, nieosłaniany przez nic wiatr, coraz bardziej hulał między nami. Miejscami podejścia były dosyć strome, jednak zdecydowanie wolę wchodzić na nie niż z nich schodzić. 
Na Babią Górę dotarliśmy ok. 13:45, czyli o jakąś godzinę szybciej niż zakładała pani Doktor. Przyznam się szczerze, że to brnięcie w śniegu tak mnie wykończyło, że za każdym razem, kiedy okazywało się, że przede mną jeszcze jedno wzniesienie, wewnątrz siebie aż jęczałam. Co nie oznacza, że miałam zamiar się poddać. Zbyt wiele osób wierzyło w to, że mi się uda, że dojdę na ten szczyt. Czyż mogłam ich zawieść. Wreszcie nie tylko usłyszałam, że szczyt jest już tuż tuż, ale i zobaczyłam go na własne oczy. Na nim już na nas czekali Miki i Przemo. 
Na Diablaku mieliśmy 30 minut zasłużonej przerwy, podczas której odpoczęliśmy i zregenerowaliśmy siły po dosyć wymagającym marszu. A przy okazji podziwialiśmy widoki zarówno po stronie polskiej, jak i słowackiej. Babia Góra jest bowiem naturalną granicą oddzielającą te dwa państwa (o czym nie dawały zapomnieć chociażby przychodzące do 1 w nocy SMSy). W ten sposób można było być jedną nogą w Polsce, a drugą w Słowacji. Sympatycznym akcentem było poczęstowanie przez panią Doktor całej grupy cukierkami, w ramach nagrody za zdobycie szczytu.
Wytrwali zdobywcy Diablaka
Za mną panorama na Słowację - jest radość!
Obelisk poświęcony Janowi Pawłowi II
Po w pełni zasłużonym odpoczynku zaczęliśmy schodzić w dół. Czas mieliśmy dobry - było ok. 14:30. W drodze powrotnej asekurował mnie Marcin. Mimo wszystko schodzenie po śniegu i lodzie jest dużo trudniejsze (przynajmniej dla mnie) niż wchodzenie w takich warunkach. A tam gdzie zejście było dla mnie awykonalne po prostu zjeżdżałam na tyłku. Metoda wyszła dość spontanicznie - na którymś ze stromszych podejść wywaliłam się i ja, i Marcin. Wiedziałam, że raczej nie dam rady wstać, więc powiedziałam, że zjadę na tyłku. Wszystko w myśl zasady, że w życiu jakoś trzeba sobie radzić. Marcin wytrzeszczył oczy, ale nic nie powiedział. Co więcej, sam po mnie zjechał. A to wszystko na oczach pani Doktor, pani Ani oraz Klementyny, które pękały ze śmiechu. Jednak jak mówi przysłowie: ten się śmieje, kto się śmieje ostatni. Klementyna i pani Ania w pewnym momencie zobaczyły plusy mojego patentu i same zaczęły go stosować przy bardziej stromych wzniesieniach (pani Doktor dzielnie wspomagała się tam kijkami). Przy tym zaliczyłam kilkanaście (kilkadziesiąt? - naprawdę, nie liczyłam) upadków. Trochę się obawiałam o to moje kolano, o którym ostatnio pisałam. Na szczęście upadałam na tyłek. No i jak to bywa w życiu - po każdym upadku trzeba było się podnieść, choćby z pomocą innych osób.
Zejście poszło nam dużo szybciej niż wejście. Na Babią Górę wchodziliśmy w niecałe 5 godzin (wliczając w to dwie 30-minutowe przerwy), schodziliśmy z niej w niecałe 4 godziny (wliczając w to jedną 15-minutową przerwę na Sokolicy). Chociaż nie będę ukrywać, że ostatni odcinek z Sokolicy na parking dłużył mi się niesamowicie. Musiałam jednak się zmobilizować i wykrzesać z siebie potrzebne siły. Otuchy dodawał mi dzięcioł stukający w drzewo. Mimo wszystko poczułam pewną ulgę, kiedy pomiędzy drzewami zaczęły mi majaczyć zarysy parkingu. Im bardziej zbliżaliśmy się do niego, tym był on wyraźniejszy. Wreszcie wyszliśmy z lasu i siedząc na ławce mogliśmy z Marcinem spokojnie czekać na panią Doktor, panią Anię i Klementynę (bo Miki i Przemo już dawno czekali na nas w samochodzie). Jeszcze chwilę rozmawialiśmy na różne tematy i mogliśmy powoli wracać do domu. Szczerze powiedziawszy to byłam tak wypompowana, że padłam zaraz po wyruszeniu w drogę.
To był bardzo miło i przyjemnie spędzony czas. Chociaż skłamałabym, że nie był wymagający. Pewnie dla niejednej zdrowej osoby przejście całego szlaku byłoby wykańczające, a co dopiero dla kogoś z niepełnosprawnością ruchową. Ale z drugiej strony ktoś kiedyś powiedział, żeby się nie spodziewać, że będę chodziła. A jeżeli już to z trudem. No, niejako miał ten ktoś rację, ale chyba nie spodziewał się wtedy, że wybiorę się na szczyty gór. Mam cichutką nadzieję, że zdobędę jeszcze niejeden z nich.

P.S. Więcej zdjęć będzie, jak otrzymam je od reszty uczestników wyprawy.

15 komentarzy:

  1. Brawo Karolino za wytrwałość. Ślę moc serdeczności.

    OdpowiedzUsuń
  2. Szok, gratulacje, nie wiem co pisać, jestem pod ogromnym wrażeniem, Ty jesteś niesamowita,gratulacje .Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
  3. Gratulacje! Podwójne, bo szliście w śniegu! ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Świetna fotorelacja! Gratulacje dla wszystkich uczestników! :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Świetna wyprawa. Gratulacje . Pozdrawiam serdecznie 🌺🌺🌺

    OdpowiedzUsuń
  6. Byłam na Babiej wiele razy, ale nigdy zimą, więc podziwiam Cię bardzo, bo to trudny szlak, nawet z Krowiarki!
    jotka

    OdpowiedzUsuń
  7. Gratuluję Karolinko wejścia to był wielki wyczyn a jednocześnie spełnienie jednego z wielu marzeń a wspomnień z wyprawy nikt Ci nie odbierze. Ja choć stara już jestem i mam chore płuca, też lubię takie wyzwania. Przeżyłam już swoich rodziców ale uważam że każdy dzień należy wykorzystać na maxa , bo może to być już nasz ostatni dzień !!!
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  8. Karolcia, Ty jesteś niesamowita i mam nadzieję, że o tym wiesz. Nieustajesz w spełnianiu marzeń nawet jeśli oznacza to wczesną pobudkę, długie wspinanie się po śniegu, a nawet upadki. Niezmiennie Ci kibicuję i bardzo się cieszę, że udało Ci się spełnić tak długo noszone w sercu marzenie. Wiem, jak cieszą takie rzeczy. A ten ktoś kto powiedział, że nie będziesz chodziła albo że chodzenie będzie Ci sprawiało trudność może i po części miał rację ale mylił się jeśli oczekiwał, że ten fakt będzie dla Ciebie przeszkodą w życiu z całych sił. Czekam na kolejną porcję zdjęć i ściskam Cię mocno.

    OdpowiedzUsuń
  9. Brawo Karolino! Wejście na Babią i to jeszcze w takich warunkach to ogromny wyczyn. Podziwiam i gratuluję:)

    OdpowiedzUsuń
  10. Brawo Karolinko!
    Ależ tam zimowo!
    https://okularnicawkapciach.wordpress.com/

    OdpowiedzUsuń
  11. Brawo! Byłam w Zawoi ale nie wspinałam się tak wysoki jak Ty!

    OdpowiedzUsuń
  12. Witaj poświątecznie Karolinko
    Gratuluję wyczynu. Jesteś wielka.
    Dziękuję, za dobre słowa, tak mi teraz potrzebne
    Pozdrawiam razem z płaczącą Wiosną za oknem

    OdpowiedzUsuń
  13. Kochana, prześlij mi trochę swojej energii.
    Przy okazji serdecznie dziękuję za piękną kartkę świąteczną, Karolinko.

    OdpowiedzUsuń
  14. Brawo! Ja jeszcze nie byłam na Babiej Górze, chciałabym kiedyś tam wejść, ale chyba wybiorę mniej wymagającą porę roku.

    OdpowiedzUsuń
  15. Ale super, gratuluję! Ja jeszcze nigdy nie byłam na Babiej Górze, ale może kiedyś spełnię marzenie i też się tam wdrapię ;) Dobrej wiosny!

    OdpowiedzUsuń